Runaway Devils – „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”. Black metal i disco polo?

Runaway Devils zaczynają od brudnego black raw’n’rolla, ale z każdym kolejnym numerem coraz trudniej przewidzieć, dokąd właściwie zmierza ta płyta. Punkowy brud, świadome wygłupy i melodie podejrzanie znajome prowadzą w końcu do pytania, czy z black metalu naprawdę trzeba jeszcze robić karykaturę.

Podziel się swoją opinią

Obiecajcie mi jedno.

Nie będziecie zadawać pytań, skąd ja to wiem.

Dobra?

To możemy przejść do omówienia Runaway Devils i „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”.

Pliki dostałem przedpremierowo od Godz Ov War w ramach większego pakietu promocyjnego. Akurat byłem w podróży, więc zrobiłem rzecz najprostszą: wrzuciłem wszystko na telefon i zająłem się słuchaniem. Jeszcze tylko zerknąłem na okładkę, co w tym przypadku było błędem poznawczym, bo po niej naprawdę mogło się tam kryć wszystko.

Zanim jednak zamkniemy się w piwnicy z korkową tablicą i kłębkiem czerwonej nitki, kilka informacji z kronikarskiego obowiązku.

„Blood Must Be Shed to Enchant Your Head” jest pierwszym pełnym albumem Runaway Devils. Wcześniej zespół zdążył wypuścić króciutką demówkę „Bloodsucker” oraz EP-kę „Beyond the Sight of Mortal Eyes”. Demo ukazało się własnym sumptem, natomiast EP trafiła już pod skrzydła Grime Stone Records.

Jeżeli nazwa tego labelu nic wam nie mówi, to w jego katalogu znajdziecie między innymi Curta’n Wall.

Tak. Curta’n Wall.

Powoli zaczynacie więc rozumieć, w jaką stronę skręca ta historia?

Teraz robi się odrobinę ciekawiej.

Sam „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head” miał cyfrową premierę 1 lipca 2026 roku. Na oficjalnym Bandcampie zespołu jako label widnieje Grime Stone Records, tak samo album funkcjonuje w streamingu. Wiem to między innymi dzięki Apple Music, którego używam od czasu, kiedy wiele lat temu jebłem fochem na Spotify.

Tymczasem Godz Ov War ma własne wydanie albumu z datą 16 października 2026 roku. To właśnie od nich dostałem materiał przedpremierowo.

Czyli mamy zespół z Łodzi, amerykański Grime Stone Records, który wcześniej wypuścił ich EP-kę i ma w katalogu Curta’n Wall, cyfrową premierę albumu w lipcu oraz polskie Godz Ov War szykujące swoją edycję na październik.

Dobrze.

Korkowa tablica gotowa?

Czerwona nitka?

To teraz możemy wreszcie popatrzeć na okładkę.

Kaseta z piwnicy, której nigdy nie było

Logo Runaway Devils jest jak na metalowe standardy podejrzanie czytelne. Do tego mały diabełek, który równie dobrze mógłby być naszywką z kurtki amerykańskiego lotnika z czasów II wojny światowej. Sama grafika wygląda natomiast tak, jakby wyciągnięto ją z pierwszej edycji Warhammera Fantasy Roleplay, po czym przerobiono na okładkę demówki ręcznie rysowanej i kserowanej na kolorowym papierze, żeby było ciekawiej.

Czyli równie dobrze mogłem dostać dungeon synth, piwniczne raw black metalowe granie starego typu albo metalowe lo-fi.

Ta estetyka przypomniała mi stare podziemie, w którym kaseta mogła wyglądać jak coś wykonane między obiadem a kolacją przy użyciu flamastra, nożyczek i ksera w miejscu pracy któregoś z rodziców. Skojarzenie poleciało mi też w stronę Septic Cunts, jednoosobowego projektu Maniaca sprzed Mayhem. Samą okładkę tamtej demówki zapamiętałem jako ten cudownie prymitywny typ grafiki z disneyowską kaczką, ale ważniejsza jest historia samego nagrania. Maniac wysłał swoją kasetę Euronymousowi, ten polubił jego wokal i niedługo później zaprosił go do Mayhem. Innymi słowy: kiedyś portfolio przyszłego wokalisty jednego z najważniejszych zespołów blackmetalowych mogło składać się z kasety brzmiącej jak awaria sprzętu AGD.

W każdym razie okładka Runaway Devils przygotowała mnie na archeologię undergroundu. Odpaliłem „Bloodsucker!!!” i przez chwilę wszystko było na swoim miejscu. Brud, prostota, chaos. Mniej więcej tego należało się spodziewać.

Potem weszło „You Cry in Agony” i zrobiło się bardziej punkowo. Też dobrze. Venom majaczy gdzieś nad całym tym interesem, a black metal od początku miał w sobie więcej punkowego brudu, niż część metalowego towarzystwa chciałaby przyznać. Nadal znajdowałem się więc w granicach znanego wszechświata.

Problem polegał na tym, że z każdym następnym numerem granice tego wszechświata zaczynały się przesuwać.

Cztery osiemnastki. Nie pytajcie

W pewnym momencie usłyszałem melodię podejrzanie znajomą. Nie taką, przy której człowiek myśli przez pół dnia „skąd ja to znam?”, tylko taką, która od razu otwiera w głowie szufladę z rzeczami, których istnienia wolałby nie ujawniać publicznie.

Disco polo. Tomasz Niecik. „Cztery osiemnastki”.

Stop.

Mieliście nie zadawać pytań, skąd wiedziałem, że chodzi akurat o tę konkretną piosenkę disco polo.

Umawialiśmy się.

Żadnych pytań.

Doceniam natomiast konwencję, bo numer nie nazywa się przecież „Cztery osiemnastki”. Nazywa się „Four Witches in Four Castles”. W tym momencie wiadomo już, że ktoś po drugiej stronie również bardzo dobrze się bawi.

Album trwa niecałe trzydzieści sześć minut, więc po dotarciu do końca odpaliłem go jeszcze raz. I wtedy zaczęły wychodzić następne anomalie. „Everytime We SIEGE” odpaliło tę samą lampkę, tylko tym razem z napisem Cascada i „Everytime We Touch”. Przy „I Want to Forget” również coś zaczęło mnie uwierać w pamięci, ale tutaj przestałem już ufać własnemu mózgowi.

Zespół Runaway Devils
Runaway Devils, łódzki kwartet grający black raw’n’roll.

Dopiero na ostatnim etapie pisania tego tekstu, kiedy zacząłem dokładniej przeglądać materiały zespołu, dotarło do mnie, że cała ta nieporadność może być dużo bardziej świadoma, niż początkowo zakładałem.

Runaway Devils nie tyle przypadkiem brzmią i wyglądają jak coś wygrzebanego z początków drugiej fali black metalu, ile świadomie odgrywają tę estetykę. Prymitywna grafika, logo, brud produkcji, punkowa prostota, cała aura demówki nagranej za równowartość dwóch piw i paczki fajek. To zaczyna wyglądać jak bardzo konsekwentny cosplay czasów, kiedy black metal dopiero budował własny język i jeszcze nie zdążył się nauczyć, że kiedyś będzie można kupić corpse paint w internecie z dostawą następnego dnia.

I chyba właśnie dlatego mam z tym jeszcze większy problem. Bo jeśli nieporadność jest świadoma, przestaje być nieporadnością. Staje się stylizacją.

Nie trzeba kopać leżącego

Przy kolejnym odsłuchu umierała już jednak jakaś część mnie. I nie dlatego, że uważam black metal za rzecz świętą, której nie wolno dotykać brudnymi rękami, żartować z niej ani wystawiać na działanie disco polo. Wręcz przeciwnie. Pisałem już o tym przy okazji moich skomplikowanych stosunków z zespołem Sznur.

Tu zresztą znowu muszę powołać się na Berlina i jego tekst „O śmianiu się z metalu”. Jego teza jest w gruncie rzeczy bardzo prosta: metal, a szczególnie black metal, sam dostarcza takiej ilości materiału komediowego, że próba świadomego parodiowania go często okazuje się zwyczajnie zbędna. Największy absurd powstaje wtedy, kiedy ktoś robi rzecz kompletnie przesadzoną ze stuprocentowym przekonaniem, że właśnie tworzy coś śmiertelnie poważnego.

Black metal ma bowiem pewien problem. Sam w sobie jest już absurdalny. Faceci wymalowani na trupy stoją w lesie, wymachują mieczami, przyjmują pseudonimy jak pomniejsze demony z podręcznika do RPG i z całkowicie poważnymi minami opowiadają o Szatanie, śmierci, mizantropii, nihilizmie, nienawiści do chrześcijaństwa oraz paleniu kościołów.

A potem robisz sobie zdjęcie z mieczem pomiędzy tujami w ogrodzie rodziców. Widzicie? Tutaj naprawdę nie trzeba kopać leżącego.

I właśnie ta całkowita powaga jest częścią uroku. Próba zrobienia świadomej karykatury z czegoś, co już bez niczyjej pomocy balansuje na granicy groteski, zaczyna przypominać dorysowywanie wąsów komuś, kto przyszedł na imprezę w corpse paincie. Można, ale pojawia się dość zasadne pytanie: po co?

Takie formy ekspresji zajmują u mnie miejsce gdzieś między Mazurską Nocą Kabaretową z numerem „chłop przebrany za babę” a nu metalem. Nie jest to obszar mapy, na którym szczególnie chętnie spędzam wakacje.

I tutaj właśnie rozjeżdżają się moje relacje z Runaway Devils.

„Four Witches in Four Castles” rozbawiło mnie. „Everytime We SIEGE” też. Doceniam pomysł, rozumiem konwencję i widzę, że płyta świadomie pracuje takimi zderzeniami. Tylko z każdym kolejnym podobnym momentem coraz trudniej było mi zapomnieć, że właśnie oglądam żart.

A ja black metal lubię najbardziej wtedy, kiedy ktoś robi coś kompletnie absurdalnego i ani przez sekundę nie daje mi do zrozumienia, że wie, jakie to absurdalne.

To jest dla mnie zasadnicza różnica między blackmetalową groteską a kabaretem z black metalu. W pierwszym przypadku śmieję się czasem obok muzyki, ale nadal mogę wejść w jej świat i zawiesić niewiarę. W drugim zespół sam podchodzi, szturcha mnie łokciem i mówi:

„widzisz, jakie to wszystko głupie?”.

No widzę. Widziałem już wcześniej. Teraz próbowałem słuchać płyty.

Witch Club Satan w domu

Najbardziej przewrotne jest to, że Runaway Devils wcale nie brzmią jak projekt zrobiony przez ludzi, którzy trafili do black metalu wczoraj i odkryli, że corpse paint śmiesznie wygląda na zdjęciach. Podstawowy materiał działa właśnie wtedy, kiedy zespół pozwala mu być brudnym, punkowym i bezczelnym bez dodatkowego mrugania do słuchacza. Dlatego „Bloodsucker!!!” przy pierwszym odsłuchu nie wywołał we mnie żadnego alarmu. To była dokładnie ta piwnica, którą obiecywała okładka.

Im bardziej jednak płyta odsłania swój dowcip, tym bardziej sama odbiera mi możliwość potraktowania jej całkiem serio. Nie twierdzę przez to, że te żarty są obiektywnie złe. Najwyraźniej jestem po prostu fatalnym odbiorcą dla muzyki, która najpierw buduje blackmetalową konwencję, a chwilę później sama zaczyna ją rozmontowywać i robić miny zza dekoracji.

Jak dostaję jakąś płytę do odsłuchu, abo algorytm mi coś poleci, to przeważnie nie interesuje się czymkolwiek poza muzyka. Okładka, miesięczna ilość słuchaczy czy wyświetleń zupełnie mnie nie interesuje. Dopiero jak muzyka mnie kupi to sprawdzam. W wypadku otrzymania czegoś wcześniej i pisania tekstu na Gatekeepera czuję obowiązek żeby ten krok musiał się pojawić nawet wtedy jak muzyka nie do końca mi się spodobała.

Więc mając już napisany w notatniku wstępny szkic tego tekstu i inne chaotycznie napisane spostrzeżenia. Zajrzałem jeszcze do Metal Archives. I dopiero wtedy odkryłem, że Runaway Devils to damski kwartet z Łodzi.

Więc dopiero teraz doceniłem podwójny dowcip z „Four Witches in Four Castles”.

I do tego członkinie zespołu to młode kobiety. Więc jak zdecydowały się nagrać taki materiał, który ZBYT OCZYWIŚCIE obśmiewa starą kvlt szkołę, to wypada uchylić kapelusza za znajomość kultury black metalu.

A na zakończenie, gdyby złośliwości wciąż było za mało to zakończę ten tekst starym dobrym memem:

„Mamo, mamo, możemy kupić Witch Club Satan?”

„Ale przecież mamy Witch Club Satan w domu.”

„Witch Club Satan w domu: Runaway Devils”.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *