Gatekeeper to miejsce, w którym piszę o tym, o czym akurat chcę napisać.
Bez dopasowywania się do cudzej wizji, bez udawania, że każdy tekst musi mieć odpowiednio grzeczny ton, idealną długość i wystarczająco dużo słów kluczowych, żeby algorytm pogłaskał mnie po głowie.
Piszę głównie o ciężkiej muzyce i jej bliższych oraz dalszych krewnych: metalu, rocku, hardcore punku, industrialu, gotyku, alternatywie i wszystkich tych dźwiękach, które nie zawsze da się wygodnie wrzucić do jednej szuflady. A nawet jeśli się da, to zwykle ktoś zaraz tę szufladę wyciąga, podpisuje markerem i zaczyna się kłótnia o definicje.
Interesuje mnie jednak coś więcej niż kolejne premiery płyt i koncertowe zapowiedzi. Lubię grzebać w historii muzyki, odkrywać zapomniane wydawnictwa, szukać powiązań między pozornie odległymi gatunkami i zastanawiać się, dlaczego pewne zjawiska powstały właśnie w takich, a nie innych okolicznościach. Czasem punktem wyjścia jest nowy album, czasem nagranie sprzed kilkudziesięciu lat, a czasem zupełnie przypadkowa myśl, która nie daje mi spokoju.
Nie zamierzam przy tym ograniczać się wyłącznie do muzyki. Pojawiają się tu również filmy, gry, technologia, historia i szeroko pojęta popkultura. Granice tematyczne są dość umowne, podobnie zresztą jak te między gatunkami muzycznymi.
Jestem już za stary na zabawy w dopasowywanie się do czyjejś wizji, tonu, formatu albo liczby znaków. Czasem wystarczy kilka akapitów. Czasem trzeba się rozpisać, bo temat sam otwiera kolejne drzwi, a za nimi siedzi jeszcze wspomnienie koncertu sprzed piętnastu lat, rozczarowanie sceną, zachwyt nad jednym riffem i irytacja na wszystko dookoła.
To nie jest portal newsowy udający, że każda zapowiedź singla jest wydarzeniem rangi objawienia. Nie chodzi tu też o pilnowanie bramy w stylu: „kto jest prawdziwy, a kto powinien oddać naszywkę”. Nazwa jest raczej pretekstem. Może trochę żartem. Może trochę diagnozą. Bo w tej muzyce i wokół niej zawsze ktoś kogoś sprawdza, ocenia, przepuszcza albo zatrzymuje – często z powagą nieadekwatną do faktu, że mówimy o ludziach w czarnych koszulkach kłócących się o brzmienie werbla.
Ja wolę pisać po swojemu.
Czasem złośliwie. Czasem z sentymentem. Czasem z zachwytem, którego po latach wypadałoby się już wstydzić, ale jakoś nie wychodzi. Będą tu recenzje płyt, relacje z koncertów, felietony, wspomnienia, dygresje i teksty, które zaczynają się od muzyki, a kończą gdzieś przy rynku koncertowym, nostalgii, internecie albo własnym zmęczeniu światem.
Nie zamierzam też udawać obiektywnego arbitra muzycznego smaku. Mam swoje upodobania, uprzedzenia i opinie, które niekoniecznie muszą się komukolwiek podobać. Potrafię zachwycać się płytą, którą inni uważają za nieporozumienie, i nie rozumieć fenomenu zespołu powszechnie uznawanego za wybitny. Nie widzę w tym niczego szczególnie niezwykłego. Staram się jedynie pamiętać, że osobista opinia nie jest faktem, nawet jeśli wygłasza się ją z odpowiednio wielkim przekonaniem.
Nie stoi za tym redakcja, sponsor, patron medialny ani reklamodawca, któremu trzeba zrobić dobrze w trzecim akapicie. Wszystko powstaje własnym kosztem: z własnego czasu, własnych pieniędzy, własnych nerwów i własnej potrzeby gadania o muzyce. Bez reklam, bez układów, bez tekstów pisanych pod czyjąś kampanię. Z czystym sumieniem, co w internecie bywa już niemal podejrzane.
Gatekeeper jest więc prosty: piszę, kiedy mam coś do powiedzenia. I tak długo, jak trzeba.
A czasem także z wystawionym środkowym palcem.
