Occultum na Apokatastasis jest brudne, brzydkie i agresywne. Czyli dokładnie takie, jaki black metal powinien być.
I właściwie na tym mógłbym rozpocząć albo zakończyć tę recenzję.
Problem w tym, że wtedy cały tekst miałby dwa zdania, a podobno od recenzenta oczekuje się czasem czegoś więcej niż tylko wskazania płyty palcem i powiedzenia: „tak, to jest dobre”.
Trudne się wylosowało.
Jakiś czas temu pisałem o Invocation of Belial, wydawnictwie kupionym od Old Temple na Mystic Festival 2026. Teraz przyszedł czas na kolejny zakup z tego samego źródła, tylko tym razem schodzimy jeszcze niżej.
Bardziej raw, bardziej kvlt, bardziej piwnica. I zdecydowanie więcej diabła w diable.
Jak wspominałem przy Belialu, moje zakupy na stoisku Old Temple odbywają się według bardzo skomplikowanej procedury. Podchodzę, mówię mniej więcej, czego szukam, słucham rekomendacji i biorę płytę.
YOLO, tylko z black metalem.
Jak dotąd ten system działa podejrzanie dobrze. Skoro już któryś raz z rzędu człowiek mówi mi: „to jest dobre”, ja kupuję, a potem rzeczywiście okazuje się dobre, to z czasem człowiek nabiera zaufania.
Straszna rzecz.
Tym razem miałem jednak małą przewagę, bo zjawiłem się w koszulce Clandestine Blaze.
Nie musiałem właściwie nic mówić. To działało trochę jak legitymacja metalowca i dyplom z grzebania w wyjątkowo nieprzystępnych brzmieniach. Od razu było wiadomo, że do stoiska nie przyszedł przypadkowy festiwalowicz szukający czegoś „mocnego”, tylko ktoś, komu można bez większego ryzyka pokazać rzeczy bardziej surowe, brudne i problematyczne.
Innymi słowy, pula możliwych (trafnych) rekomendacji zawęziła się sama.
W moje ręce trafiło Apokatastasis toruńskiego Occultum. Trzeci pełny album zespołu, wydany w 2021 roku przez Old Temple.
Czyli tym razem nie dostałem tylko płyty polecanej przez właściciela labelu.
On ją wydał.
Autopromocja?
Oczywiście.
Tyle że po kilku wcześniejszych trafionych rekomendacjach działało to raczej na korzyść całej operacji. Skoro facet kolejny raz skutecznie wciska mi rzeczy, które później okazują się dobre, to fakt, że tym razem sam postawił na ten album pieniądze i logo własnego labelu, był dla mnie raczej dodatkowym argumentem niż sygnałem alarmowym.
Kiedy byłem niezdecydowany, pokazał mi zdjęcie muzyków z tyłu okładki.
Popatrzyłem.
– Stara szkoła – powiedziałem.
– Dokładnie. Stara szkoła.
I właściwie na tym etapie transakcja była już zakończona.

Kurde, jaki to jest piękny, mięsny black metal.
Uwielbiam takie dzikie, nieokiełznane struktury, które trzeba osłuchać kilka razy, żeby wreszcie dobrać się do tego, co siedzi w środku. Dla niedzielnego słuchacza metalu może to pewnie brzmieć jak wyjątkowo pretensjonalny sposób powiedzenia, że za pierwszym razem nie wiadomo, co się właściwie dzieje.
Tyle że w moim przypadku właśnie takie płyty zostają ze mną najdłużej. To do nich najczęściej wracam, bo kolejne odsłuchy zamiast odbierać im tajemnicę, pozwalają dobrać się do następnych warstw.
I dopiero wtedy zaczyna wychodzić, ile naprawdę dzieje się pod tym całym brudem. Są tu momenty zaskakująco chwytliwe, świetne zagrywki i kilka naprawdę śmiałych pomysłów kompozycyjnych. Co przy takim graniu brzmi niemal paradoksalnie, bo przecież poruszamy się w obrębie muzyki, która sama narzuca sobie bardzo konkretny kanon.
Black metal ma własny zestaw zasad, ograniczeń i estetycznych wyrzeczeń. Można oczywiście próbować je łamać, ale jeżeli chce się pozostać w środku tej konwencji, pole manewru nie jest nieskończone.
Trochę przypomina mi to ikonopisarstwo. Wiem, wyjątkowo przewrotne porównanie przy muzyce, z której diabeł właściwie kapie po ścianach.
Ikonopis również działa w ramach ścisłego kanonu. Nie chodzi o to, żeby wszystkie zasady wyrzucić przez okno i ogłosić się geniuszem, tylko żeby podporządkować się im, a mimo to stworzyć coś własnego i rozpoznawalnego. I chyba właśnie po tym poznaje się mistrza. Jeżeli dostajesz ograniczony zestaw środków, świadomie rezygnujesz z całej masy możliwości, a mimo to potrafisz stworzyć coś wyjątkowego, to znaczy, że naprawdę wiesz, co robisz.
Occultum wie.
A przy tym wszystkim Apokatastasis potrafi być zwyczajnie piękne. Majestatyczne. Czasem wokal wykrzykuje kolejne wersy jak inkantację. Czasem schodzi niżej i brzmi, jakby ktoś usiadł obok mnie i półgłosem zdradzał tajemnice spoza znanej nam rzeczywistości.
A czasem po prostu wydaje okrzyki zachwytu, jakby właśnie trafił na imprezę urodzinową dziecka Rosemary.
I jakoś cholernie dobrze to wszystko do siebie pasuje.
Określenie „stara szkoła” okazało się więc niemal idealne.
Niemal, bo Apokatastasis ma jedną drobną przewagę nad częścią oldschoolowego black metalu: została nagrana uczciwie.
Cały czas mówimy o brudnym, brzydkim i agresywnym graniu. Gitary mają zgrzytać, perkusja ma walić, wokal ma brzmieć jak coś, czego rozsądny człowiek nie zaprasza do domu po zmroku. Tyle że ktoś jednak wszedł z tym materiałem do normalnego studia i zadbał, żeby ten brud był zamierzony.
Nie brzmi to jak nagranie zrealizowane w kartonie po pizzy familijnej tylko dlatego, że „tak jest bardziej kvlt”.
I bardzo dobrze.
Ta sama zasada działa zresztą w warstwie wizualnej.
Na pierwszy rzut oka okładka Apokatastasis nie ma w sobie właściwie nic szczególnie atrakcyjnego. Czarne tło, logo równie czytelne jak przeciętny akt notarialny pisany po aramejsku i jakiś okultystyczny symbol wyglądający, jakby ktoś wygrzebał go z Necronomiconu albo innej śmiesznej książki, przy której bardzo poważni ludzie palą bardzo czarne świece.
Nie ma tutaj fikuśnego cover artu, który próbuje sprzedać płytę, zanim jeszcze usłyszysz pierwszy riff. Okładka robi minimum potrzebne do zakomunikowania: black metal, okultyzm, żadnych zbędnych ozdobników.
Resztą ma zająć się muzyka.

Za to tył okładki i zdjęcie w środku to już pełne Helvete mode: on.
Czaszki, ćwieki i cały ten obowiązkowy zestaw blackmetalowych utensyliów, który teoretycznie ma być śmiertelnie poważny i przerażający, a w praktyce od dawna jest częścią wspólnego żartu między muzykami i ludźmi, którzy tej muzyki słuchają.
Wszyscy wiemy, że jest to trochę absurdalne.
I wszyscy nadal tego chcemy.
Bo nawet jeśli się z tego śmiejemy, ten cały teatr nadal buduje właściwy krajobraz. Zimny, nieprzystępny, odpychający. Jest częścią blackmetalowego etosu, równie umowną jak corpse paint, pseudonimy i zdjęcia robione tak, jakby w najbliższym lesie właśnie otwarto portal do piekła.
Można się z tego śmiać.
Ale bez tego byłoby jednak trochę za jasno.
Occultum na Apokatastasis jest brudne, brzydkie i agresywne. Czyli dokładnie takie, jaki black metal powinien być.
I właściwie na tym mógłbym rozpocząć albo zakończyć tę recenzję.
Problem w tym, że wtedy cały tekst miałby dwa zdania, a podobno od recenzenta oczekuje się czasem czegoś więcej niż tylko wskazania płyty palcem i powiedzenia: „tak, to jest dobre”.
