Profeci – Troska. Poezja śpiewana, ale to black metal

Kupiłem koszulkę Profeci, zanim usłyszałem choć jeden utwór zespołu. Potem przez lata próbowałem przekonać się do ich muzyki i za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku: dobre, ale nie dla mnie. Teraz dostałem przedpremierowo „Troskę” i postanowiłem sprawdzić, czy po kilku latach coś się zmieniło.

Podziel się swoją opinią

Poser alert

Z zespołem Profeci, podobnie jak z wieloma innymi, mam dość skomplikowaną relację.

W sumie trochę taką, jakbym w latach 90. poszedł na bazar i trafił na namiot, pod którym jakiś gość sprzedaje pirackie kasety. Albo „oryginalne piraty”, jak się wtedy czasem mówiło. Wszystko elegancko wyłożone na łóżku polowym.

Wbijasz na bazar, patrzysz po okładkach, bo oczywiście nie ma możliwości odsłuchu. Kupujesz więc wzrokiem. Dopiero w domu wsadzasz kasetę do magnetofonu typu „jamnik”, naciskasz PLAY i zaczynasz się zastanawiać, co właściwie kupiłeś i czy na pewno będzie ci się podobać.

Tak to wyglądało.

No dobra, kłamałem. Ale było podobnie.

Nawet nie pamiętam, co właściwie kupowałem wtedy w internetowym sklepiku Godz ov War. To znaczy nie pamiętam pierwotnego powodu zakupów. Pamiętam za to, że próbując jakoś zracjonalizować koszty przesyłki, postanowiłem dorzucić do koszyka kilka pierdół. Zacząłem więc przeglądać pozostałe zakamarki wirtualnego sklepiku i tak trafiłem na przecenione koszulki.

Wśród nich zobaczyłem jedną z napisem „Profeci”.

Fajne logo, pomyślałem. Sama koszulka też dość neutralna. Nawet z kościoła mnie w niej chyba nie wygonią, gdybym jakimś dziwnym zrządzeniem losu się tam znalazł.

I teraz w waszych głowach może się zapalić czerwona lampka: POSER ALERT.

Tak. Kupiłem koszulkę zespołu, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Nie znałem składu, żadnego kawałka, grupy krwi realizatora ani fazy Księżyca, podczas której nagrywano album.

Kiedyś prawdopodobnie sam uznałbym takie zachowanie za wykroczenie przeciwko jakiemuś niepisanemu metalowemu kodeksowi. Bo przecież najpierw trzeba znać dyskografię. Potem demówki. Potem wiedzieć, który basista grał przez trzy tygodnie w 2007 roku. Dopiero wtedy, być może, komisja dopuści cię do zakupu koszulki.

Pandemia dość skutecznie zweryfikowała moje poglądy na temat bycia trve.

Nagle okazało się bowiem, że muzycy z naszego małego metalowego poletka nie żyją samym etosem, mrokiem i integralnością artystyczną. Muszą jeszcze jeść.

Robert „Litza” Friedrich mówił wtedy wprost, że sytuacja zmusiła go do sprzedaży gitar, żeby mieć pieniądze na ZUS i chleb. A to tylko jedna z historii z czasów pandemii 2020.

I wtedy dotarło do mnie, że bycie trve i pilnowanie jakiegoś wyimaginowanego regulaminu spisanego w latach 80. nikomu nie pomoże zapłacić rachunków.

Paradoks polegał na tym, że kiedy wybuchła pandemia, branża, w której pracowałem, właśnie z tego powodu miała okres prosperity. Zamiast zwolnień były podwyżki. Skoro więc mnie się wtedy wiodło całkiem nieźle, uznałem, że mogę część tych pieniędzy zostawić ludziom, którym właśnie grunt usuwał się spod nóg.

Dzisiaj mam więc trochę inną definicję bycia trve. Jeżeli jakiegoś zespołu naprawdę słucham, staram się zostawić mu trochę swoich pieniędzy. Kupuję płytę, koszulkę, bilet na koncert. Czasem jakieś kompletnie niepotrzebne mi wydawnictwo, które później przez lata będzie zbierało kurz na półce, ale przynajmniej wiem, gdzie trafiła kasa.

I błagam, nie piszcie mi, że przecież słuchacie zespołu na streamingu, więc też go wspieracie.

Wy pewnie nie wiecie.

Ja to wiem.

Muzycy też to wiedzą.

To jest gówno, nie wsparcie.

A zanim ktoś zacznie mi opowiadać o swoich odsłuchach pełnych miłości do artystów, przypomnę tylko, że Daniel Ek, założyciel Spotify i ówczesny CEO, przez swoją firmę inwestycyjną wpompował setki milionów euro w Helsing, firmę rozwijającą między innymi wojskową sztuczną inteligencję i drony uderzeniowe.

Posiadając taką wiedzę uważam, że lepiej kupić koszulke.

Zresztą na Summer Dying Loud 2025 dostałem w tej sprawie jeszcze jedno, dość przyjemne potwierdzenie. Dávid Makó z The Devil’s Trade powiedział ze sceny po prostu: „Fuck Spotify”. Później miałem okazję chwilę z nim porozmawiać i, delikatnie mówiąc, nie musieliśmy długo szukać wspólnego stanowiska.

Ale tutaj jedna rzecz jest dla mnie bardzo ważna. Żeby rzucać pieniędzmi w muzyków, których się słucha, najpierw samemu trzeba mieć jakieś źródło dochodu. Więc nikogo nie oceniam za to, że nie kupuje płyt, koszulek albo biletów. Czynsz, jedzenie i rachunki mają paskudny zwyczaj domagania się pierwszeństwa.

Oceniam wyłącznie własne dawne poglądy. Akurat ja znalazłem się wtedy w sytuacji, w której mogłem sobie pozwolić na zostawienie części pieniędzy na scenie. I uznałem, że skoro mogę, to będę to robił. Niestety najbardziej trve podejście do muzyki nadal nie jest honorowane przez bank jako forma zatrudnienia.

I gdzieś w tym miejscu wracamy do Profeci.

Nie znałem zespołu. Nie słyszałem żadnego kawałka. Ale koszulka była spoko.

Pomyślałem więc: dobra, zostawię te kilka złotych więcej w Godz ov War. Może wyniknie z tego jakiś drobny pozytyw. Może dzięki takim zakupom ktoś nie utonie w długach. Może ta jedna cegiełka dołożona do labelu pozwoli mu kiedyś wydać album, który okaże się ważny dla całej sceny.

Wiem. Brzmi patetycznie jak na zakup przecenionej koszulki. Ale dziś mam z tego powodu mały uśmiech na twarzy, bo w zeszłym miesiącu dostałem od Godz ov War najnowszy materiał zespołu Profeci.

Nie jest złe. Po prostu mi nie siedzi

Po zakupie owej koszulki oczywiście uznałem, że wypadałoby wreszcie sprawdzić, czym właściwie jest to całe Profeci. Odpaliłem streamingi, posłuchałem i doszedłem do bardzo prostego wniosku: nie podoba mi się.

Żeby było jasne, nie uważałem, że to zła muzyka. Nie znalazłem tam niczego, co kazałoby mi krzyczeć o braku talentu, warsztatu czy pomysłu. Po prostu taka forma ekspresji kompletnie nie trafiała w moje muzyczne potrzeby. Tyle. Nie każda rzecz, którą potrafię docenić, musi mi się podobać. Osobiście wolę jazgot.

Na tym zresztą sprawa się nie skończyła. Co jakiś czas wyciągałem z szafy koszulkę Profeci i przypominałem sobie, że właściwie nadal nie wiem, czy coś się w tej kwestii zmieniło. Podejmowałem więc kolejne próby. Odpalałem ich muzykę, słuchałem i za każdym razem dochodziłem mniej więcej do tego samego miejsca: nadal nie jest źle, nadal rozumiem, dlaczego komuś może się podobać, nadal mi nie siedzi.

I pewnie właśnie tak wyglądałaby moja relacja z Profeci do końca świata: ładna koszulka, kilka uczciwych prób i muzyczna obojętność.

Tyle że jakiś czas temu wydarzył się kolejny zwrot w tej absurdalnie długiej historii jednego przypadkowego zakupu.

Z Godz ov War łączy mnie obecnie pewnego rodzaju dżentelmeńska umowa. W ramach materiałów prasowych dostaję również pliki z muzyką przed premierą. Żeby od razu zdjąć z tego całą otoczkę ekskluzywności: nie jestem żadnym wybrańcem labelu, któremu posłańcy przy świetle czarnych świec przynoszą tajne nagrania. Jestem jedną z wielu osób znajdujących się na takiej liście.

Co równie istotne, nie mam obowiązku pisać o wszystkim, co dostaję. Nikt nie stoi nade mną z pistoletem i terminem publikacji. Jeśli materiał mnie nie interesuje, mogę go przesłuchać, zamknąć folder i spokojnie zająć się czymś innym.

Tym razem wśród takich materiałów znalazło się nowe Profeci i tutaj odezwała się moja własna głupia ambicja.

Skoro już mam swoje małe poletko w internecie i tę, hehe, ekskluzywną możliwość usłyszenia czegoś przed częścią z was, to wypadałoby czasem zrobić z niej jakiś użytek. Nie tylko otworzyć pliki, pokiwać głową i wrócić do zespołów, które już znam i lubię.

To był główny powód, dla którego przez ostatni czas słuchałem nowego Profeci tak intensywnie. W normalnych warunkach prawdopodobnie zobaczyłbym informację o premierze, przypomniał sobie wcześniejsze próby i przeszedł dalej. Tym razem świadomie nie dałem sobie tej możliwości.

Nie robię przy tym z siebie męczennika. Nikt nie przywiązał mnie do kaloryfera i nie puszczał Profeci przez dwanaście godzin na dobę. Potraktowałem to raczej jako drobne wyzwanie: skoro przez lata ta muzyka odbijała się ode mnie, może warto wreszcie usiąść przy niej dłużej i sprawdzić, czy problem leży w niej, czy po prostu w moich własnych przyzwyczajeniach.

W najgorszym razie po kilku kolejnych odsłuchach nadal stwierdzę: dobre, ale nie dla mnie. W najlepszym może odrobinę poszerzę sobie muzyczne horyzonty.

I chyba właśnie dlatego nowy materiał Profeci jest obecnie najintensywniej słuchanym przeze mnie wydawnictwem tego zespołu.

Okładka albumu „Troska” zespołu Profeci z kapliczką umieszczoną w drzewie
Profeci – „Troska”, Godz ov War Productions, 2026

Nie wszystko musi być dla mnie

Nowe Profeci jest mniej więcej takie jak wcześniejsze wydawnictwa Profeci.

I tutaj właściwie mógłbym zakończyć recenzję, bo problem pozostaje dokładnie ten sam: całościowo ten zespół nadal mi nie siedzi. Tylko że nie mam najmniejszego zamiaru na siłę jechać po tym albumie wyłącznie dlatego, że nie trafia w mój gust.

Wiem, odkrycie godne co najmniej habilitacji z krytyki muzycznej, ale istnieją gusta i guściki. Nie wszystko musi być napisane specjalnie pode mnie.

Tym bardziej że byłbym potwornym hipokrytą, gdybym akurat Profeci zaczął rozliczać z tego, że nagrali kolejną płytę brzmiącą jak Profeci. Sam przecież potrafię zachwycać się sytuacją, w której ulubiony zespół dostarcza mi kolejną czterdziestopięciominutową porcję mniej więcej tej samej papki co poprzednio. To samo logo, podobne brzmienie, podobne patenty, podobna estetyka. I jestem szczęśliwy, bo właśnie tego od nich chciałem.

Skoro więc w przypadku zespołów, które lubię, potrafię zaakceptować konsekwencję, powtarzalność, a czasem nawet zwyczajne dreptanie po doskonale znanym podwórku, to dlaczego miałbym nagle uznać te same cechy za wadę tylko dlatego, że chodzi o Profeci?

To byłoby zwyczajnie głupie i niesprawiedliwe.

Mogę powiedzieć, że ta muzyka nadal nie jest dla mnie. Mogę wskazać elementy, które sprawiają, że nie mam ochoty wracać do niej tak, jak wracam do własnych ulubieńców. Mogę nawet dokładnie rozebrać na części to, co mnie w niej odpycha. Ale to jeszcze nie znaczy, że zespół robi coś źle.

Dlatego próbując opisać „Troskę”, muszę rozdzielić dwie rzeczy: czy Profeci dobrze robi to, co najwyraźniej chce robić, oraz czy ja mam ochotę tego słuchać. Odpowiedzi na te dwa pytania wcale nie muszą być takie same.

Black metal. Podobno.

Przy kolejnych odsłuchach tego albumu w głowie naturalnie pojawiały mi się porównania z innymi zespołami, które gdzieś wcześniej słyszałem. Mógłbym więc teraz rozpocząć tradycyjną zabawę w „trochę tego, trochę tamtego, a tutaj przez siedem sekund przypomina mi zespół X z trzeciej płyty”. Tylko właściwie po co?

Tym bardziej że spokojnie zakładam, iż muzycy Profeci nie siedzą z kartką i nie zastanawiają się, od kogo tym razem pożyczyć patent. Mam raczej dokładnie odwrotne wrażenie: idą za jakąś własną potrzebą i robią muzykę, która po prostu im odpowiada.

Bo jeśli jednej rzeczy jestem tutaj pewien, to tego, że nie brzmi to jak materiał nagrany pod rynek, algorytm albo nadzieję na szybki zwrot z inwestycji. To jest muzyka robiona dlatego, że ktoś najwyraźniej potrzebował właśnie takiej muzyki.

I chyba dlatego tak zabawnie działa na mnie określenie z presskitu, w którym Profeci zostaje przedstawione jako black metal. Słucham tej płyty i chwilami mam wrażenie, że ktoś robi sobie ze mnie jaja.

Black metal? Gdzie?

A potem wjeżdża „Nic poza nim” i przez mniej więcej minutę dostaję po ryju blastami oraz blackmetalowym tremolem opartym na trytonowym napięciu. I nagle wszystko się zgadza.

Za każdym razem, kiedy wracam do tego fragmentu, żałuję tylko jednego: że nie mogę sobie chirurgicznie usunąć z pamięci tych kilkudziesięciu sekund, żeby jeszcze raz usłyszeć je bez ostrzeżenia. Pierwsze zetknięcie z tym momentem działa właśnie dlatego, że wcześniej album przez długi czas nie daje podstaw, żeby spodziewać się takiego ataku.

Do tego dochodzi tekst o pęknięciach, rozbitych lustrach i zobaczeniu w nich samego siebie. I właśnie wtedy ten fragment uderza najmocniej, bo nagle nie słyszę już tylko blastów i tremola, ale coś, co brzmi jak moment kompletnego rozsypania się człowieka od środka. Jakby przez chwilę muzyka i tekst mówiły dokładnie to samo, tylko innym językiem.

Zresztą nawet okładka „Troski” jest bardzo swojska. I nie mam tu na myśli „swojska” jak kiełbasa ani „swojska” jako eufemizm dla czegoś prymitywnego. Wystarczy wyjść z domu, odjechać pięć czy dziesięć kilometrów od miasta i pójść w losowym kierunku. Gwarantuję, że prędzej czy później traficie na mniej lub bardziej spontaniczną kapliczkę z Jezusem albo Matką Boską. Jeśli jesteście gdzieś z dawnej Galicji, może jeszcze trafi się Nepomuk.

Na okładce Profeci mamy drzewo, dziuplę czy może fragment pnia ogołoconego z kory i przerobionego na właśnie taką kapliczkę. Wielkie mi cuda, prawda?

Tyle że w tej zwyczajności siedzi cała siła obrazu. Święty wizerunek gdzieś w naturze, religijny symbol wpisany w drzewo, a obok sztuczne kwiaty, które pasują tam jak pięść do nosa.

Tylko że ktoś, kto je tam zostawił, prawdopodobnie nie myślał kategoriami plastiku, ekologii ani dobrego smaku. Chciał czegoś, co będzie kolorowe także za tydzień, za miesiąc, może za rok. Czegoś, co nie zwiędnie. Z jego perspektywy nie był to więc plastikowy badziew, tylko forma oddania czci i troski.

I nagle jedno zwyczajne zdjęcie zaczyna ciągnąć za sobą ludową religijność, pamięć, przemijanie, potrzebę pozostawienia śladu i bardzo ludzkie pragnienie, żeby chociaż coś nie zwiędło.

A album nazywa się „Troska”.

Jedno zdjęcie i tyle niuansów. Z samą muzyką i tekstami można zrobić co najmniej drugie tyle.

Bo właśnie tak Profeci działa od początku swojego istnienia. Nadal stoję przy swoim: to nie jest moja ulubiona forma ekspresji.

Mam wrażenie, że ta muzyka wymaga od słuchacza bardzo dużego skupienia na tekście. Wokal jest czytelny, mocno poetycki i momentami ma niewiele wspólnego z tym, czego zwykle oczekuję od black metalu. Nie można go potraktować wyłącznie jako kolejnej warstwy dźwięku, która ma wrzeszczeć razem z gitarami. Tutaj słowa naprawdę domagają się uwagi.

I właśnie to trzeba lubić. Trzeba mieć ochotę zatrzymać się nad tekstem, pogrzebać w nim, poszukać znaczeń, własnych skojarzeń i interpretacji. Profeci nie podaje wszystkiego na tacy i chyba nawet nie chce tego robić. Dla jednych będzie to jedna z największych zalet tego zespołu. Dla mnie czasem jest to zwyczajnie wysiłek, na który przy muzyce nie zawsze mam ochotę.

Dobrym przykładem są choćby takie wersy:

„Kształt sugeruje człowieka
I coraz mniej sugeruje
Na kontur swój stale nawleka
Ból i zwątpienia strumień”

albo:

„Nie wejdę pod kamień
Bo jestem kamieniem
Na którym wyryte jest
Nasze istnienie”

I co ja mam z tym zrobić? Każdy z tych fragmentów można rozebrać na kilka różnych sposobów, a potem jeszcze pokłócić się samemu ze sobą o to, która interpretacja ma najwięcej sensu.

Kamień może być ciężarem, fundamentem, pamięcią, nagrobkiem albo czymś, czego człowiek już nie może od siebie oddzielić. „Kształt sugerujący człowieka” może mówić o rozpadającej się tożsamości, ale równie dobrze o kimś coraz bardziej sprowadzonym do samego konturu. Można w to wejść bardzo głęboko, jeśli tylko ma się ochotę.

Dlatego nie potrafię przejść obok Profeci całkiem obojętnie. Szczególnie teraz, kiedy ten konkretny album przesłuchałem tyle razy, że powinienem już zacząć pobierać od niego czynsz za miejsce w głowie.

I nadal jak mantrę będę powtarzał: to nie jest moja ulubiona forma ekspresji. Ale jednocześnie coraz trudniej byłoby mi powiedzieć, że niczego tutaj dla siebie nie znajduję.

Określenie „black metal” nadal brzmi dla mnie trochę jak granie na nosie ludziom w corpse paincie. Owszem, Profeci potrafi nagle przypomnieć, skąd ta etykieta się wzięła, dowalić blastami, tremolem i zrobić przez chwilę dokładnie to, czego po niej oczekujemy. Tyle że równie szybko wraca do poetyckich tekstów, bardzo czytelnego wokalu i muzyki, która bardziej zaprasza do grzebania w znaczeniach niż do rytualnego machania głową pod sceną.

Więc gdybym miał określić Profeci możliwie odpowiedzialnie, a jednocześnie bez pisania kolejnego akapitu gatunkowego bełkotu, chyba powiedziałbym po prostu: poezja śpiewana, ale to black metal.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *