Zørza – Twilight of the Golden Star. Pomiędzy koszmarem a przebudzeniem

Od tygodnia nie mogę przestać słuchać nowej Zørzy. „Twilight of the Golden Star” nie prowadzi w stronę totalnej ciemności, lecz zawiesza gdzieś pomiędzy niepokojem, ulgą i snem, z którego nie do końca chce się budzić. To jedna z tych płyt, które bardziej się przeżywa, niż analizuje.

Podziel się swoją opinią

Zacznę od formalności. Ten tekst mogę opublikować dzięki uprzejmości Godz Ov War Productions, którzy udostępnili mi przedpremierowo nową płytę Zørza – Twilight of the Golden Star. Premiera zaplanowana jest na 26 czerwca 2026 roku, a dostęp do materiału dostałem 8 czerwca. Od tego czasu album zdążył przewinąć się przez moje słuchawki tyle razy, że przestałem już liczyć.

Alfred Hitchcock miał podobno powiedzieć, że dobry film powinien zacząć się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma już tylko rosnąć. Nie wiem, czy Zørza bierze lekcje narracji od mistrza suspensu, ale TofGS działa właśnie w ten sposób.

Odpalam płytę.

Na dzień dobry dostaję strzał w twarz.

Niby wszystko zaczyna się tak, jak powinno. Lecą blasty. Gitara brzmi jak kosiarka odpalona o siódmej rano pod oknem. Słuchasz i myślisz, że wszystko jest na swoim miejscu. A potem jeszcze w pierwszym numerze pojawia się moment, który działa jak wspomniane hitchcockowskie trzęsienie ziemi – gościnny występ J.J. z Harakiri for the Sky i Karg. W przypadku tego drugiego projektu warto przypomnieć, że jest to w stu procentach jego autorskie dziecko, podczas gdy Harakiri pozostaje duetem.

Skoro pojawia się tak charakterystyczny gość, trudno nie zauważyć pewnych inspiracji. Tylko że inspiracja nie jest tym samym co kopiowanie.

Rzeczywiście, momentami można wyczuć ducha Harakiri for the Sky, przede wszystkim w sposobie prowadzenia niektórych gitarowych melodii i emocjonalnym charakterze części kompozycji. Reszta skojarzeń to już w dużej mierze moje własne tropy i domysły wyłapane podczas kolejnych odsłuchów. Tu i ówdzie pojawiają się elektroniczne dodatki, ambientowe plamy czy delikatne klawiszowe melodie. Gdzieś zadzwoni dzwon. W innym miejscu odezwą się chóry przywołujące skojarzenia z Alcest. Pojawiają się bitewne okrzyki i metaliczne zgrzyty rodem z późnego Bathory. Są też bardzo udane gitarowe melodie, które nie wpadają w pułapkę jarmarcznego, przesłodzonego black metalu.

Tekst alternatywny:
Materiały promocyjne albumu „Twilight of the Golden Star” zespołu Zørza z logo zespołu, okładką wydawnictwa oraz logotypem Godz Ov War Productions.
Materiały promocyjne udostępnione przez Godz Ov War Productions przy okazji premiery albumu „Twilight of the Golden Star”.

Mam też wrażenie, że w kilku momentach pobrzmiewa gdzieś echo starego Satyricon. Nie chodzi o konkretne riffy czy bezpośrednie zapożyczenia, ale raczej o pewien sposób budowania nastroju i prowadzenia kompozycji. Czy rzeczywiście tak jest? Nie wiem. I właśnie to jest w tym najciekawsze. Każdy słuchacz może odnaleźć tutaj zupełnie inne inspiracje i skojarzenia.

Podkreślam jednak słowo „inspiracja”. TofGS od początku do końca sprawia wrażenie albumu będącego częścią poszukiwań własnej tożsamości. Słychać znajome wpływy, ale równie wyraźnie słychać próbę wypracowania własnego charakteru i własnego języka. To nie jest album, który próbuje przebrać się za cudzą płytę.

Być może właśnie dlatego słuchało mi się go tak łatwo.

I nie mówię tego jako zarzutu.

Niektórym fanom black metalu zdarza się traktować przystępność jak obelgę. Jakby muzyka musiała wymagać miesięcy studiowania struktur utworów, żeby zasłużyć na szacunek. Tymczasem TofGS działa na mnie zupełnie inaczej. Wchodzi naturalnie. Pierwszy odsłuch był bardzo przyjemny, a kiedy po około czterdziestu pięciu minutach album dobiegł końca, złapałem się na myśli:

„Co? To już?”

Od tygodnia słucham tej płyty codziennie. Mam ten luksus, że w pracy mogę siedzieć w słuchawkach przez pół dnia, i nikt do mnie się nie przywali. Więc nowa Zørza regularnie leci u mnie w pętli. I wciąż nie mam jej dość.

Jest w tym materiale pewna epickość. I choć Zørza formalnie jest duetem tworzonym przez E. Lange’a i K. Bartkowiaka, skład odpowiedzialny za brzmienie TofGS jest nieco szerszy. Za perkusję odpowiada M. Wróbel, główne wokale nagrał Amorth, a na dwóch pierwszych utworach pojawia się również Michael „J.J.” Kogler znany z Harakiri for the Sky i Karg. Można oczywiście roztrząsać, kto jest członkiem zespołu, kto muzykiem sesyjnym, a kto gościem, ale z perspektywy słuchacza najważniejsze jest jedno – wszystkie te elementy składają się na bardzo dobrze działającą całość.

Jest jednak jeden element, przy którym łapię się na lekkim wahaniu. Wokalnie wszystko się tutaj zgadza. Warsztat jest solidny, wykonanie pewne, a kolejne partie brzmią dokładnie tak, jak powinny brzmieć na współczesnej blackmetalowej płycie. Problem polega na tym, że momentami brakuje mi w tym odrobiny ryzyka. Nie chodzi nawet o słynne „przeprodukowanie”, bo nie mam wrażenia obcowania z materiałem sterylnym czy wygładzonym pod linijkę. Bardziej o coś trudniejszego do uchwycenia. O brud. O niedoskonałość. O ten drobny element chaosu, który czasem zostaje na nagraniu dlatego, że ktoś zamiast odtwarzać sprawdzone rozwiązania próbuje znaleźć własną drogę. Dzisiejsze pokolenie muzyków ma dostęp do ogromnej liczby wzorców i bez problemu może uczyć się od najlepszych. Ci najlepsi często takiego komfortu nie mieli. Błądzili, eksperymentowali, popełniali błędy, a właśnie z tych błędów rodził się charakter. Mam wrażenie, że ten sam zarzut można postawić nie tylko wokalowi, ale również albumowi jako całości. Słychać ogrom kompetencji i świadomości, ale czasami chciałbym usłyszeć coś, co choć na moment wymknie się spod kontroli. 

Liczy się efekt końcowy. A ten jest bardzo dobry.

Okładka albumu Zørza „Twilight of the Golden Star” przedstawiająca kobiecą postać na tle kosmicznego krajobrazu, mgławic i górskich szczytów.
Okładka albumu „Twilight of the Golden Star”, którego premiera nakładem Godz Ov War Productions odbędzie się 26 czerwca 2026 roku.

Próbując zrozumieć, gdzie właściwie ta muzyka chce mnie zabrać, coraz częściej wracam do okładki. To niezwykle ciekawy obraz. Widzimy nocne niebo, mgławicę albo ciężkie chmury. Sen miesza się z rzeczywistością. Coś, co równie dobrze może być kosmosem, za chwilę wygląda jak ściana pokoju. Jest kobieca postać odwrócona plecami. Pod nią przelatuje sowa. Jeszcze niżej pojawiają się górskie szczyty.

W śnie takie skrajności potrafią istnieć obok siebie bez najmniejszego problemu. Kosmos może być ścianą pokoju, mgławica ciężką chmurą, a sowa przelatywać nad górskimi szczytami wyrastającymi spod łóżka. Nie czujemy wtedy żadnego dysonansu poznawczego. Wszystko wydaje się naturalne i logiczne, choć po przebudzeniu trudno byłoby to wytłumaczyć. Dokładnie takie wrażenie sprawia ta okładka.

Dokładnie tak samo odbieram tę płytę.

Wciąż słucham tą samą zapętloną płytę od kilku dni i nadal nie wiem, dokąd chce mnie zabrać. I może właśnie to jest jej największa siła. Zostawia ogromne pole do interpretacji.

Nowa Zørza jest po prostu przyjemna. Tak, to nadal black metal, ale taki, który nie wymaga ode mnie wielogodzinnego przebijania się przez kolejne warstwy, żeby zacząć cokolwiek odczuwać. Ta muzyka daje mi coś już od pierwszego kontaktu.

Dlatego nie powiedziałbym, że Twilight of the Golden Star prowadzi mnie do krainy koszmaru, zniszczenia i totalnej ciemności.

Od kilku dni próbuję ubrać w słowa to, co właściwie czuję podczas słuchania tego albumu. I idzie mi to zaskakująco ciężko.

Najbliżej prawdy jest chyba takie porównanie: To stan tuż po gwałtownym przebudzeniu z koszmaru.

Jeszcze czujesz niepokój. Wiesz, że przed chwilą wydarzyło się coś strasznego. Serce bije szybciej. Ale jednocześnie przychodzi ulga, bo wszystko było tylko snem. Wracasz do rzeczywistości i przez moment czujesz ukojenie.

A potem przypominasz sobie, że rzeczywistość wcale nie jest taka przyjazna. Czeka na ciebie kolejny legion problemów, obowiązków i spraw do załatwienia. I nagle zaczynasz się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby jednak znowu zasnąć, nawet jeśli kosztem tego miałby być kolejny senny koszmar.

To właśnie jest dla mnie nowa Zørza.

Nie tyle ścieżka dźwiękowa do końca świata, co soundtrack do krótkiej chwili zawieszenia pomiędzy lękiem a ulgą. Pomiędzy koszmarem a przebudzeniem. Pomiędzy snem a rzeczywistością.

Wizualizacja merchu zespołu Zørza z grafiką albumu „Twilight of the Golden Star”.
Wizualizacja oficjalnego merchu związanego z albumem „Twilight of the Golden Star”. Materiały prasowe: Godz Ov War Productions.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *