Belial – „The Invocation of Belial”. Gdy fiński black metal nie znał jeszcze instrukcji obsługi

Kupiłem tę płytę bez planu, z lekką nieufnością do słowa „demówka”. Dostałem za to archiwum fińskiego black/death metalu z czasów, gdy nikt nie próbował jeszcze rekonstruować początku lat dziewięćdziesiątych, bo właśnie wtedy żył, grał i nagrywał. „The Invocation of Belial” to brud, chaos, kilka wersji tych samych utworów i masa drobnych różnic, w których koneser może grzebać godzinami.

Podziel się swoją opinią

Nie wiem, czy to jeszcze tradycja, czy już zwykły nawyk konsumencki.

Słowo „tradycja” ma jednak w sobie pewien ciężar. Kojarzy się z obrzędami, pokoleniami i czynnościami powtarzanymi od czasów, których początku nikt już nie pamięta. Nawyk konsumencki brzmi znacznie mniej dostojnie. Pachnie historią płatności kartą, powiadomieniami z aplikacji i człowiekiem przekonującym samego siebie, że fizyczne nośniki to przecież inwestycja w kulturę.

Moja coroczna wizyta przy stoisku Old Temple podczas Mystic Festival plasuje się gdzieś pomiędzy.

Brzmi to może trochę głupio, bo na Mysticu byłem dopiero trzy razy. Z drugiej strony bilet na edycję 2027 już kupiony, więc najwyraźniej proces zrastania się z festiwalowym krajobrazem postępuje prawidłowo.

Czy trzy edycje to dużo, czy mało? Pojęcia nie mam. Chyba jednak wystarczająco, żebym mógł stanąć gdzieś pod ścianą i, jak na prawdziwego obleśnego gatekeepera przystało, pluć ludziom pod nogi, mamrocząc, że kiedyś to było, a teraz Mystic to komercja, plastik i gówno.

Oczywiście „kiedyś” oznacza w tym przypadku mniej więcej trzy lata temu.

Skoro jednak trzy powtórzenia wystarczą, żeby człowiek zaczął nazywać coś tradycją, to moja wygląda następująco: kiedy jestem na Mystic Festival, zatrzymuję się przy stoisku Old Temple i kupuję kilka płyt.

Nie przychodzę z dokładną listą ani przygotowanym planem zakupowym. Wiem tylko, że raczej nie odejdę z pustymi rękami. Nie mam natomiast pojęcia, co dokładnie znajdzie się później w torbie.

I właśnie na tym polega cała przyjemność.

Zamiast przez godzinę przeglądać rekomendacje wygenerowane przez algorytm, mogę porozmawiać z człowiekiem. Opowiedzieć, czego ostatnio słucham, jakiego rodzaju brudu szukam i na jaki poziom produkcyjnej piwnicy jestem aktualnie gotowy.

Właściciel Old Temple bazuje na własnej wiedzy i wyczuciu. Słucha, chwilę się zastanawia, a potem wyciąga coś, o czym wcześniej najczęściej nie miałem pojęcia.

To jeden z niewielu sposobów, żeby naprawdę wyrwać się z muzycznej bańki. Algorytmy świetnie radzą sobie z podsuwaniem kolejnych wariacji tego samego. Człowiek może natomiast położyć przed tobą płytę i powiedzieć: „Weź to”. A później okazuje się, że właśnie tego potrzebowałeś, chociaż pięć minut wcześniej nie znałeś nawet nazwy zespołu.

Do tej pory na tym zwykle kończyła się historia. Wracałem z festiwalu, wrzucałem płyty do odtwarzacza i przez kolejne tygodnie sprawdzałem, co właściwie przywiozłem ze sobą z Gdańska.

Tym razem będzie trochę inaczej.

Skoro dorobiłem się własnego poletka w internetach, postanowiłem nie ograniczać się do pochwalenia zakupami. Kilku płytom znalezionym przy stoisku Old Temple poświęcę osobne teksty.

Na pierwszy ogień idzie Belial i kompilacja „The Invocation of Belial”.

Gdy próbuję odkopać z pamięci rozmowę o tej płycie, wracają do mnie głównie pojedyncze hasła: niemal legendarna kapela, Skandynawia, black metal, brudne, brzydkie i true.

Brzmiało obiecująco.

Potem jednak padły słowa, które natychmiast uruchomiły we mnie mechanizm obronny: kompilacja, demówki, materiały archiwalne.

Za pacholęcia nauczyłem się, że kiedy ktoś wręcza ci kasetę z wypiekami na twarzy i drżącymi dłońmi, przekazując ją niemal jak relikwię, a następnie konspiracyjnym szeptem oznajmia, że to DEMÓWKA, należy zachować ostrożność.

Zwykle oznaczało to nagranie kapeli grającej w piwnicy wyłożonej wytłoczkami po jajkach. Rolę studia pełnił magnetofon typu jamnik ustawiony na taborecie, a za realizację dźwięku odpowiadał człowiek, który w odpowiednim momencie wciskał jednocześnie REC i PLAY.

Bardziej ekstremalnego lo-fi zrobić się chyba nie dało.

Dla kronikarskiej sprawiedliwości trzeba jednak dodać, że z dala od internetu trudno było wtedy zrozumieć kontekst i idee stojące za częścią takich nagrań. Burzum czy Darkthrone świadomie wybierały brzmienie podporządkowane zasadzie IGTL, czyli „im gorzej, tym lepiej”. Tyle że jako młody słuchacz nie zawsze potrafiłem odróżnić artystyczny manifest od sytuacji, w której zespół po prostu nie umiał się nagrać.

Dlatego kiedy trzymałem w dłoniach płytę Belial i usłyszałem, że w środku czekają na mnie demówki, włosy zjeżyły mi się na głowie.

Chociaż zaraz.

Nie mam już włosów na głowie.

Mam jednak nadzieję, że wiecie, o co chodzi.

Pierwszym odruchem było odłożenie płyty na miejsce i powiedzenie, że jednak szukam czegoś innego. Właściciel Old Temple z pewnością znalazłby dla mnie kolejną propozycję. Jestem o tym przekonany.

Wtedy jednak odezwał się wewnętrzny głos rozsądku, co w moim przypadku zdarza się rzadko i zwykle w najmniej odpowiednich momentach.

„Moor, za każdym razem, kiedy tu przychodzisz, wracasz do domu zadowolony. Może więc tym razem przestań kombinować i po prostu zaufaj człowiekowi”.

No dobrze.

Zaufałem.

I kupiłem.

Okładka kompilacji Belial „The Invocation of Belial”
Okładka kompilacji „The Invocation of Belial” zespołu Belial.

Gdy odpaliłem płytę, zrozumiałem, jak wielka przepaść dzieliła fiński Belial od większości polskich piwnicznych grajków z początku lat dziewięćdziesiątych.

Nie chodzi o to, że Finlandia pławiła się wtedy w dobrobycie. Lata 1991–1993 były dla niej okresem potężnej recesji. Tyle że był to kryzys zachodniego państwa z działającymi instytucjami, rozwiniętą edukacją muzyczną i zapleczem technicznym budowanym od dekad. Młody Fin miał większą szansę zdobyć przyzwoity instrument, nauczyć się na nim grać i nagrać materiał w warunkach, w których słychać było coś więcej niż sam fakt, że w pomieszczeniu przebywa perkusista.

W tym samym czasie Polska dopiero wygrzebywała się z komunizmu, hiperinflacji i gospodarczej prowizorki. Sprzęt był drogi, dostęp do sensownego nagrywania ograniczony, a wiele młodych kapel działało zgodnie z zasadą: pożycz gitarę, znajdź piwnicę i postaw jamnika na taborecie. Realizatorem zostawał kolega, który umiał jednocześnie wcisnąć REC i PLAY.

Fińska demówka nie brzmiała więc lepiej dlatego, że Finowie byli bardziej true. Brzmiała lepiej, bo nawet pogrążona w kryzysie Finlandia pozostawała cywilizacją z gotowym zapleczem, podczas gdy my dopiero budowaliśmy je z przedłużacza, wytłoczek po jajkach i dobrych chęci.

Zresztą nie byli to goście z pierwszej łapanki. Pierwszy nakład demówki „The Gods of the Pit” liczył 500 kaset i rozszedł się w całości. Jak na podziemny materiał z 1991 roku był to wynik wystarczający, żeby Belial dorobił się kultowego statusu i doczekał kolejnych wydawnictw. Wiarygodnych danych o sprzedaży późniejszych EP-ek i albumów nie znalazłem, więc nie będę udawał księgowego fińskiej sceny. Wiadomo natomiast, że Jarno Anttila, Jani Lehtosaari i Reima Kellokoski przewinęli się również przez Impaled Nazarene, choć w różnych okresach działalności zespołu. Belial nie był więc szkolnym projektem, który nagrał jedną próbę, zagrał dwa koncerty i zniknął, gdy perkusiście skończyła się zgoda rodziców na trzymanie zestawu w piwnicy. To byli muzycy mocno osadzeni w rodzącej się scenie na black metalowej mapie finlandii.

Znowu nastukałem kilka stron tekstu, nie pisząc właściwie nic o muzyce.

Ważne, że wstaję wcześnie rano.

Na tym właśnie polega profesjonalna publicystyka.

Dobrze, przejdźmy wreszcie do płyty.

Dlaczego „The Invocation of Belial” tak bardzo przypadło mi do gustu?

W zasadzie nie ma tu żadnego wielkiego odkrycia. Gdy spojrzeć dokładnie na listę utworów, dostajemy materiał nagrywany w różnych warunkach, miejscach i momentach działalności zespołu. Te same kompozycje potrafią pojawiać się w kilku wersjach, a różnice między nimi czasami są naprawdę niewielkie.

I chyba właśnie to urzekło mnie najbardziej.

Kiedy kupujemy płytę albo odpalamy album w streamingu, najczęściej dostajemy gotową, zamkniętą wizję. Utwory są skomponowane, nagrane, zmiksowane i ustawione w kolejności, którą ktoś uznał za ostateczną. Proces powstawania muzyki zostaje schowany. Widzimy efekt końcowy, ale nie drogę, która do niego prowadziła.

Dopiero po latach, kiedy album dorobi się statusu kultowego, pojawiają się kolejne reedycje, wersje deluxe, nagrania z prób i odrzuty ze studia. Wtedy można sprawdzić, jak utwory wyglądały wcześniej, czego im brakowało i co zmieniło się pomiędzy pierwszym szkicem a ostatecznym nagraniem.

Na „The Invocation of Belial” cały ten proces dostajemy od razu.

Jeden kawałek może pojawić się jako nagranie z próby, wersja studyjna i zapis koncertowy. Czasami różni się brzmieniem, czasami tempem, czasami tylko drobnym szczegółem, który dla większości ludzi nie będzie miał żadnego znaczenia.

Dla konesera gatunku jest to jednak kopalnia niuansów.

Tak, właśnie nazwałem siebie koneserem. I wcale nie jest mi wstyd.

Bo kto normalny kupuje płytę wydaną w nakładzie 500 egzemplarzy, zawierającą kilka wersji tych samych utworów nagranych ponad trzydzieści lat temu? Dla Taylor Swift albo Metalliki pięćset sztuk to błąd statystyczny. Tutaj jest to cały nakład.

Widocznie właśnie dla takich ludzi powstają podobne wydawnictwa.

A dla Belialowych świrów taka płyta to nie lada gratka. Sama wkładka jest rarytasem: archiwalne zdjęcia, fragmenty zinów, stare materiały prasowe i ręcznie rysowane plakaty koncertowe.

To małe archiwum sceny z czasów, gdy wszystko robiło się ręcznie, informacje zdobywało pocztą, a koncertowy plakat wyglądał tak, jakby ktoś narysował go długopisem podczas matematyki.

Czyli, mówiąc głosem wujka, który przy weselnym stole właśnie odłożył widelec, poprawił krawat i postanowił wyjaśnić młodzieży życie:

GDY WSZYSTKO BYŁO LEPSZE, A METAL BARDZIEJ METALOWYYYYYYY.

Dobrze, wujek już się wygadał. Możemy wrócić do muzyki.

Jednym z najlepszych przykładów tego, jak działa „The Invocation of Belial”, jest „Hypocrisy of the God’s Sons”, dostępne tutaj w dwóch wersjach: koncertowej oraz pochodzącej z minialbumu „Wisdom of Darkness”.

Wersja studyjna kończy się w sposób dość nietypowy jak na bluźnierczy black metal z początku lat dziewięćdziesiątych. Po całym wcześniejszym łomocie pojawia się melodyjna, instrumentalna zagrywka gitarowa. Nie wybija z atmosfery utworu, ale jednocześnie nie jest do niej przyspawana na stałe. Gdyby wyjąć ją z tego nagrania i wkleić do materiału zespołu reprezentującego zupełnie inny gatunek, prawdopodobnie również znalazłaby dla siebie miejsce.

To jeden z tych momentów, które pokazują, że Belial nie ograniczał się wyłącznie do sprawdzania, jak szybko można tłuc w instrumenty, zanim coś odpadnie.

Ale spokojnie.

JEŚLI, DZIECIAKI, NIE WIECIE, CO TO JEST METAL, TO WUJA ZARAZ SPROWADZI WAS NA ZIEMIĘ.

Bo po tej melodyjnej zagrywce docieramy do zamykającego minialbum „Voices Beyond”. Utworu, którego na całym „The Invocation of Belial” dostajemy aż pięć wersji.

Pięć odsłon tego samego pięknego okładania słuchacza łopatą.

I właśnie tutaj ta kompilacja pokazuje swój sens. Można prześledzić, jak jeden numer zmieniał się między próbą, studiem i sceną. Dla przypadkowego słuchacza będzie to pięć podobnych nagrań. Dla człowieka, który naprawdę lubi grzebać w takim materiale, każda wersja odsłania trochę inny szczegół: zmianę tempa, sposób prowadzenia gitar, inne rozłożenie akcentów albo zwyczajnie różnicę między kontrolowanym studyjnym chaosem a koncertowym rozpierdolem.

Pisząc recenzję ostatniej Zørza, wspomniałem o tym, co czasami boli mnie we współczesnych zespołach.

Żeby nie było: młodzi muzycy metalowi są dziś często fantastyczni technicznie. Mają dostęp do wiedzy, o której kiedyś można było tylko marzyć. Lekcje gry, emisja głosu, techniki growlu, poradniki dotyczące nagrywania i produkcji – wszystko znajduje się na wyciągnięcie ręki. Ceny sprzętu, dostępność towaru i siła nabywcza PLN są korzystne. Do tego metal ma już własnych weteranów, którzy mogą przekazywać doświadczenie kolejnym pokoleniom.

I to jest piękne.

Ale jako zrzędliwy staruch muszę oczywiście trochę ponarzekać.

Dziś młody zespół doskonale wie, jak powinien brzmieć black metal z początku lat dziewięćdziesiątych, death metal z Florydy albo szwedzki buzzsaw. Ma przed sobą kilkadziesiąt lat historii gatunku, gotowe wzorce i całe katalogi sprawdzonych patentów.

Belial nie próbował natomiast grać oldschoolowego black/death metalu.

Belial po prostu grał black/death metal w latach 1991–1992.

To zasadnicza różnica.

W tych nagraniach słychać zespół, który nie rekonstruuje minionej epoki, bo sam jest jej częścią. Muzycy nie próbują odtworzyć właściwego brzmienia gitar, odpowiedniej produkcji i obowiązkowego zestawu inspiracji. Szukają własnej wersji tej muzyki, czasem prymitywnej, czasem niezgrabnej, ale pełnej naturalnej wściekłości.

Nie chodzi mi przy tym o plucie na wszystko, co nowe. Byłoby to zbyt łatwe, zbyt wygodne i potwornie przewidywalne. Nadal chcę trafiać na zespoły, które potrafią wybić mnie z przyzwyczajeń i pokazać, że metal nie musi być wyłącznie rekonstrukcją własnej przeszłości.

Mógłbym oczywiście zasłonić się badaniami o tym, kiedy kształtuje się gust muzyczny, i uznać, że mój mózg po prostu zamknął już okno aktualizacji. Tylko czy takie wyjaśnienie nie odbiera całej magii słuchaniu i poszukiwaniu nowej muzyki?

Wolę więc prostszą odpowiedź.

„The Invocation of Belial” przypadło mi do gustu, bo słychać na nim moment, w którym ta muzyka nie wiedziała jeszcze dokładnie, czym powinna być. Belial znał miejsce, z którego wychodził, ale nie korzystał z gotowej instrukcji mówiącej, dokąd ma dojść.

I właśnie takich nagrań szukam.

Dlatego dobrze, że przy stoisku Old Temple nie odłożyłem płyty na miejsce. Dobrze, że po raz kolejny zaufałem człowiekowi zamiast algorytmowi.

A skoro trzy powtórzenia wystarczą, żeby coś nazwać tradycją, wygląda na to, że za rok znowu spotkamy się przy tym samym stoisku.

Prawdopodobnie znów bez listy.

I z kolejną płytą, której nie planowałem kupić.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *