W chwili, gdy piszę te słowa, od premiery najnowszego teledysku KAT do utworu „Waging War” minął mniej więcej tydzień. Klip ukazał się 2 października, ale publikacja tego tekstu nastąpi wtedy, kiedy nastąpi.
Uznałem bowiem, że nie ma większego sensu srać tekstami na lewo i prawo niczym przeciętny redaktor Onetu. Artykuły na Gatekeeperze publikują się automatycznie, raz w tygodniu. A kiedy skończy się kolejka? No to trudno. Nie mam szefa ani terminów. Piszę, kiedy mam na to ochotę.
Kiepski wstęp, prawda? Przyznaję się bez bicia.
Wróćmy do KAT.
Zdan z nieaktywnego ostatnio What The Fuzz!? PODCAST opublikował kiedyś dwie krótkie, ale BARDZO treściwe recenzje ostatnich dokonań zespołu. Warto je przypomnieć, ponieważ całkiem dobrze oddają to, co sam myślę o obecnej działalności tej formacji. Najpierw jednak, z kronikarskiego obowiązku, trochę historii.
Przed laty w KAT doszło do rozłamu. Roman Kostrzewski poszedł własną drogą, tworząc zespół KAT & Roman Kostrzewski. Piotr Luczyk, znany również jako Kowboj tudzież Kałboj, zachował prawo do posługiwania się nazwą KAT i pod tym historycznym szyldem kontynuował działalność.
Obie frakcje nagrywały płyty i chciałbym powiedzieć, że również koncertowały, ale szczerze mówiąc, nigdy nie słyszałem o żadnym koncercie Luczykowego KAT. Co oczywiście nie znaczy, że takich koncertów nie było.
Wróćmy do Zdana. Na warsztat wziął „Without Looking Back” z 2019 roku oraz „The Last Convoy”, wydany rok później. Ten drugi nie jest zresztą klasyczną płytą z premierowym repertuarem, lecz mieszanką autorskich numerów, ponownie nagranych starszych kompozycji i coverów. Obie recenzje powstawały, sądząc po ich tonie, w bólu i cierpieniu. Zarzuty były podobne: brak oryginalności, brak pomysłu, brak właściwie czegokolwiek, co zachęcałoby do kolejnego przesłuchania. Zdan nie tyle recenzował te wydawnictwa, ile sprawiał wrażenie człowieka zastanawiającego się, czym sobie zasłużył na taki los.
Żeby jednak zachować odrobinę kronikarskiej rzetelności i sprawiedliwości, przypomnę, że przez cały ten czas KAT funkcjonował sobie, a KAT & Roman Kostrzewski funkcjonował sobie. Każdy po swojemu nagrywał kolejne materiały. Nie obyło się również bez internetowych przepychanek między dawnymi kolegami, choć mam wrażenie, że były to przepychanki dość jednostronne. To przede wszystkim Luczyk mocno produkował się przed klawiaturą.
Jego wypowiedzi pod adresem Kostrzewskiego zapamiętałem jako wyjątkowo niesmaczne. Szczególnie że w tle sporów o nazwę, autorstwo kompozycji i dziedzictwo KAT była poważna choroba nowotworowa, z którą zmagał się Roman. Luczyk publikował swoje wywody nawet przy okazji organizowanego dla niego koncertu charytatywnego. Nie zamierzam tych wypowiedzi szczegółowo odgrzebywać. Kto chce, znajdzie je bez trudu.
Nie wiem zresztą, czy kiedykolwiek publicznie wyjaśniono, co tak naprawdę poróżniło tych panów do tego stopnia, że ostatecznie poszli osobnymi drogami. I szczerze mówiąc, nie muszę tego wiedzieć. To była ich sprawa i skoro nie zdecydowali się ujawniać wszystkich powodów rozłamu, mieli do tego pełne prawo. Rozumiem również, że można kogoś znienawidzić do grobowej deski. Można nawet dojść do momentu, w którym cudze nieszczęście zaczyna przynosić satysfakcję. Nie zamierzam rozstrzygać, co Luczyk naprawdę czuł wobec Kostrzewskiego, bo nie siedzę w jego głowie (nawet gdybym miał taką możliwość to bym nie skorzystał). Uważam jednak, że kiedy wzajemna niechęć osiąga już taki poziom, wypadałoby przynajmniej wiedzieć, kiedy zamknąć usta. Szczególnie gdy druga strona zmaga się z ciężką chorobą. Nie każdą myśl trzeba przecież publikować w internecie.
Zresztą nie tylko ja miałem takie odczucia. Kiedy Metalurgia Plus dostarczała jeszcze regularny content w postaci filmów, a nie streamów, Piotr i Michał organizowali między innymi przeglądy miesiąca oraz doroczną galę Dzbanecznika Roku. Dla niewtajemniczonych była to wyjątkowo mało prestiżowa nagroda dla największego dzbana, tudzież przygłupa, metalowego półświatka. Co istotne, nie był to wyłącznie plebiscyt organizowany według widzimisię prowadzących. Społeczność skupiona wokół kanału mogła zgłaszać własnych kandydatów, obowiązkowo uzasadniając swoje nominacje, a także brać udział w głosowaniu. Innymi słowy, na miano dzbana trzeba było sobie solidnie zapracować również w oczach widzów. W materiałach kanału co rusz powracał temat tego, co znowu odwalił Luczyk, a jego nazwisko regularnie przewijało się również przy okazji kolejnych gal. Jeśli pamięć mnie nie zawodzi, pewnego razu nawet zgarnął główną nagrodę. Nie powiem, żeby w tamtych latach brakowało mu materiału do budowania takiej kariery.
10 lutego 2022 roku Roman Kostrzewski zmarł.
Skończyła się pewna epoka w historii polskiego metalu, a z dwóch konkurujących ze sobą formacji pozostał jeden KAT. Przynajmniej jeżeli chodzi o nazwę.
Kałboj i podejrzanie dobre riffy
Skoro już jesteśmy przy internetowej aktywności Piotra Luczyka, warto przypomnieć jeszcze jeden epizod. Pod koniec listopada 2022 roku Metallica opublikowała singiel „Lux Æterna”. Na facebookowym profilu KAT pojawił się wówczas wpis gratulujący zespołowi nowego utworu i sugerujący jego podobieństwo do „Satan’s Nights” z albumu „The Last Convoy”. Całość okraszono stwierdzeniem: „ale to z pewnością niezamierzony przypadek. W końcu Metallica wie, co to są dobre riffy”. Na oficjalnym kanale KAT opublikowano nawet film zestawiający fragmenty obu kompozycji.
Internauci postanowili odpowiedzieć tym samym. Przygotowali własne porównanie, tym razem zestawiając „Noce Szatana” KAT-a z „Just Like Something from Hell” brytyjskiego zespołu Tank, pochodzącym z albumu „This Means War” wydanego w 1983 roku, a więc przed fonograficznym debiutem „Nocy Szatana”.

Death Is Not Enough
I nastał ten sądny dzień. Piotr „Kałboj” Luczyk ogłosił, że nadchodzi nowa płyta KAT zatytułowana „Death Is Not Enough”, której premierę zaplanowano na 23 października 2026 roku.
Przy okazji spotkałem się z internetowymi komentarzami sugerującymi, że sam tytuł albumu jest kolejnym przytykiem do nieżyjącego Romana Kostrzewskiego. Interpretacja była mniej więcej taka: Roman umarł, a KAT nadal istnieje, więc nawet śmierć nie wystarczyła, żeby zakończyć historię zespołu. Osobiście uważam to za zbyt daleko idące doszukiwanie się drugiego dna. Sam tytuł „Death Is Not Enough” brzmi przecież całkiem dobrze, odpowiednio metalowo, i nie widzę powodu, żeby na siłę przypisywać mu jakieś ukryte intencje. Nie każda wzmianka o śmierci w metalu musi być przecież osobistą wiadomością skierowaną do konkretnego nieboszczyka.
Tymczasem 2 października ukazał się pierwszy singiel, „Waging War”, wraz z oficjalnym teledyskiem.
No i co ja mam napisać? Nie da się tutaj być całkowicie obiektywnym. Zresztą nigdy nie twierdziłem, że jestem. Na dodatek nie słucham szczególnie dużo „klasycznego metalu” czy heavy metalu i jego pochodnych, więc istnieje spora szansa, że nie znam aktualnych trendów tej części sceny i źle oceniam to dzieło. Ale przecież nie muszę znać wszystkiego, żeby wiedzieć, czy mam ochotę posłuchać czegoś drugi raz.
„Waging War” dałem kilka szans. I jest nudno. Po prostu nudno. Nie zamierzam kwestionować umiejętności Luczyka, bo to wybitny gitarzysta, który zapisał się w historii polskiego metalu. Problem polega na tym, że nawet znakomita technika nie musi przekładać się na interesującą muzykę. Tutaj dostajemy odgrzewane kotlety: wszystko brzmi znajomo, wszystko teoretycznie powinno działać, ale nie znalazłem w tym utworze ani szczególnie interesującego pomysłu, ani emocji, ani powodu, żeby do niego wracać.
I niestety muszę ocenić ten kawałek w najbardziej pogardliwy sposób, jaki przychodzi mi obecnie do głowy: jest w nim tyle emocji, co w metalu generowanym przez AI.
A co z tym dziedzictwem?
Żeby rozkręcić ten cyrk na maksa, wróćmy do sprawy, która od lat przewija się w sporach dotyczących KAT. Piotr Luczyk wielokrotnie podkreślał, że to właśnie po jego stronie znajduje się dziedzictwo zespołu. Tymczasem publicznie dostępne dane o autorstwie utworów, między innymi te pochodzące z katalogu ZAiKS, pokazują znacznie bardziej złożony obraz. Nie zamierzam negować wkładu Luczyka w historię KAT, ale współautorstwo wielu kompozycji nie czyni jeszcze człowieka jedynym spiritus movens całego przedsięwzięcia. Mam wręcz wrażenie, że dziś mocno przecenia swoją rolę w budowaniu artystycznej tożsamości grupy.
Bo dziedzictwo muzyczne to coś więcej niż nazwa, prawa do znaku towarowego czy autorstwo riffów. Za czasów Romana Kostrzewskiego KAT posiadał jeszcze jeden niezwykle istotny element swojej tożsamości: teksty. Majestatyczne, poetyckie, niekiedy trudne i wielowarstwowe. Pełne symboliki, religijnych odniesień i prowokacji, nierzadko uderzające w katolicki porządek rzeczy. Miały swój język i charakter, którego trudno szukać w obecnym wcieleniu zespołu.
Co równie istotne, znaczna część najbardziej rozpoznawalnej twórczości KAT funkcjonowała po polsku. Zanim ktoś wyskoczy z „Metal and Hell”, uprzedzam: wiem, że już w 1986 roku ukazała się anglojęzyczna wersja materiału znanego również z „666”. Angielski nie jest więc żadną nowością w historii tego zespołu. Tyle że właśnie polskie teksty Kostrzewskiego stały się jednym z fundamentów jego artystycznej tożsamości.
A co dostajemy obecnie? Kolejny materiał śpiewany po angielsku. Po co? Nie mam zielonego pojęcia. Nie twierdzę, że każdy polski zespół powinien śpiewać po polsku, bo byłby to absurd, szczególnie na metalowej scenie. Zastanawiam się jedynie, jak ma się to do dziedzictwa KAT, na które Luczyk tak chętnie się powołuje. Jeżeli pozostawimy nazwę, logo i część muzycznej tradycji, ale zabraknie głosu, języka i literackiej tożsamości, to co właściwie zostaje? Formalna ciągłość? Być może. Artystyczna? Mam znacznie większe wątpliwości.
Oczywiście można argumentować, że zespół ma prawo się rozwijać, zmieniać stylistykę, eksperymentować i nie oglądać się na własną historię. Pełna zgoda. Tylko że w przypadku Luczyka nabiera to dość komicznego wymiaru. W 2019 roku KAT wydał album „Without Looking Back”, czyli „Nie oglądając się za siebie”, po czym już rok później Luczyk najwyraźniej obejrzał się przez ramię i wydał „The Last Convoy”, zawierający także starsze utwory nagrane na nowo oraz covery innych wykonawców. Najwyraźniej to, co zobaczył za plecami, spodobało mu się bardziej niż droga przed nim.
Nie zamierzam szukać dla niego usprawiedliwień ani doszukiwać się w tym głębszej koncepcji artystycznej. Luczyk dostarczył nam już wystarczająco wielu powodów, żeby dla własnego dobra nie zagłębiać się w tajemnice jego umysłu. Zresztą jeżeli proponuje nowy kierunek, to wypadałoby jeszcze zainteresować nim słuchacza. Tymczasem po kilkukrotnym przesłuchaniu „Waging War” nie mam najmniejszej ochoty sprawdzać całego „Death Is Not Enough”. Może coś tracę. Trudno.
Popiór, czyli jednak można inaczej
Na zakończenie coś znacznie przyjemniejszego. Miałem zaszczyt być na ostatnim rzeszowskim koncercie KAT & Roman Kostrzewski. Wówczas oczywiście nie wiedziałem, że będzie to moja ostatnia okazja do zobaczenia i usłyszenia Romana na żywo. Tym bardziej cieszę się, że mogłem tam być.
A jako dodatkowy smaczek przypomnę historię zespołu Popiór. Jacek Hiro, wybitny wioślarz, który w ostatnich latach działalności KAT & Roman Kostrzewski współtworzył jego muzykę, po śmierci Romana wraz z perkusistą Jackiem Nowakiem powołał do życia nową formację. Nazwa nie jest przypadkowa: „Popiór” to tytuł ostatniej studyjnej płyty KAT & Roman Kostrzewski, wydanej w 2019 roku.
Na tym jednak nie kończy się ciągłość między obiema grupami. Kompozycje, które ostatecznie trafiły na debiutanckie „Pomarlisko”, powstawały z myślą o kolejnym wydawnictwie KAT & Roman Kostrzewski. Jacek Hiro opowiadał w wywiadzie dla Ślązaga, że Roman zdążył materiał przesłuchać i zaakceptować, ale nie zdążył już niczego do niego nagrać. Potwierdzał to również Jacek Nowak, mówiąc o pierwotnym przeznaczeniu tych utworów.
Dlatego trudno mi traktować Popiór jak kolejny zespół założony przez muzyków, którzy wcześniej grali w znanej formacji. Widzę w nim ciągłość tradycji i artystycznej spuścizny, chociaż sami muzycy jasno zaznaczali, że nie zamierzają zostać kolejną grupą odgrywającą cudzy repertuar. I bardzo dobrze. Również miałem okazję zobaczyć Popiór na żywo. Całkiem udany występ, z którego, poza koszulką, wyniosłem zdecydowanie więcej pozytywnych wrażeń niż z wielokrotnego odsłuchiwania najnowszej propozycji Luczyk Company.
Może więc historia KAT pokazuje, że dziedzictwo niekoniecznie podąża za nazwą i prawami do znaku towarowego. Czasami pozostaje po prostu w muzyce i ludziach, którzy ją tworzyli.
Pozostaje mi tylko stary okrzyk:
Nie ma Kata bez Romana!
I do zobaczenia w piekle, Romek.

