Tak, byłem na koncercie Mushroomhead.
Znowu.
Nie chciałem. Naprawdę.
To nie miało tak wyglądać. Miał być Crowbar. Miał być Kirk Windstein i jego ekipa, a obok nich kilka innych zespołów, w tym Dopelord. Tyle że problemy zdrowotne Kirka doprowadziły do odwołania całej europejskiej trasy Crowbar.
A wyszło tak, że znowu byłem na Mushroomhead.
W zasadzie ten wpis można potraktować jako drugą część moich żali na ten temat. Nie chcę jednak powtarzać wszystkiego od początku i ponownie wypłakiwać się nad klawiaturą. Za pierwszym razem pójście na Mushroomhead było łatwiejsze. Nie miałem jeszcze większej wiedzy na temat opery mydlanej rozgrywającej się za fasadą masek.
Teraz mam.
Dlatego ten koncert odbierałem już zupełnie inaczej.
Łącznik, czyli dobre miejsce do stania z tyłu
W piątkowy wieczór dotarłem do wrocławskiego klubu Łącznik. Całkiem klimatyczne miejsce urządzone w halach po dawnej zajezdni tramwajowej. Klub nie jest szczególnie duży, dzięki czemu można spokojnie oprzeć się o tylną ścianę i nadal dobrze widzieć scenę. Akustyka też daje radę.
Osobiście kultywuję zasadę, że na koncertach najlepiej ustawić się przed wyspą akustyka. Zrobiłem więc to, co zwykle.
Później jednak zauważyłem, że klub nie jest wypchany po brzegi. Przez cały dzień słońce nie odpuszczało, temperatura wewnątrz też robiła swoje, a kiedy poszedłem po piwo, automatycznie pożegnałem się ze swoim strategicznym miejscem.
Nie było mi szczególnie żal.
Widok kilku osób w koszulkach Crowbar dawał mi zresztą do zrozumienia, że nie tylko ja znalazłem się na tym koncercie w ramach planu awaryjnego. Byliśmy trochę jak pasażerowie samolotu przekierowanego na inne lotnisko. Niby dotarliśmy na miejsce, tylko nie do końca tam, gdzie zamierzaliśmy.
Mushroomhead już widziałem i słyszałem na żywo. Było gorąco, kupiłem piwo i uznałem, że tym razem mogę zaryzykować utratę części warstwy sonicznej. Zacząłem więc krążyć po klubie. Najpierw stałem bliżej, później dalej, raz po jednej stronie, raz po drugiej.
Ostatecznie niczego nie straciłem.
I potwierdzam: Łącznik ma całkiem niezłą akustykę.
Tyle o klubie. Czas na koncert.
Otwarcie bram: 19:00.
Mushroomhead na scenie: około 20:30.
I tyle.
Żadnego supportu. Nic. Dziwne. Ze złośliwości można powiedzieć, że to rozwiązanie bardzo oszczędne.
Więcej pieniędzy dla Skinny’ego.

Merch, czyli Jackie LaPonza sprzedaje Mushroomhead
Przed koncertem oczywiście zajrzałem na stanowisko z merchem.
Trochę bieda. Trochę zaskoczenie.
Trzy albo cztery wzory koszulek, z czego na większości centralną postacią była Jackie LaPonza. Kierunek wydaje się więc jasny: ktoś najwyraźniej uznał, że to właśnie ona jest obecnie głównym selling pointem przedsięwzięcia zarządzanego pod nazwą Mushroomhead.
Nie było najbardziej ikonicznych wzorów ani części starej symboliki. Co ciekawe, na nowych koszulkach nie zauważyłem też klasycznego logo zespołu.
Czy to efekt zmian w brandingu? Ostrożność po sporach między Skinnym a Jeffreyem Hatrixem? A może zwykła decyzja osoby odpowiedzialnej za projekty?
Nie wiem.
Spór prawny między Hatrixem i Feltonem zakończył się zresztą ugodą w lutym 2026 roku, więc łączenie każdego nadruku albo jego braku z dawnym konfliktem byłoby już wyłącznie zgadywaniem.
Zwracam tylko uwagę, że ktoś wyraźnie odsuwa się od części starego języka wizualnego zespołu. A przynajmniej tak wyglądało to na tym konkretnym stoisku.
Płyty? Były. Trzy ostatnie wydawnictwa, czyli akurat te znajdujące się poza moim zainteresowaniem. Do tego czapki i inne koncertowe śmieciuchy.
Tym razem poszedłem więc pod scenę, nie zostawiając przy merchu ani grosza.
Po pierwsze, nadal mam niesmak związany z tym, jak przez lata funkcjonował ten zespół. Moja emocjonalna więź z Mushroomhead umarła już jakiś czas temu.
Po drugie, podczas poprzedniego koncertu kupiłem koszulkę. Drugiej naprawdę nie potrzebuję.
Po trzecie, 30–40 euro za T-shirt sprawia, że więcej szacunku budzi cena niż nadruk. Gdyby już coś takiego nosić, należałoby koniecznie zostawić metkę na wierzchu.
Żeby ludzie wiedzieli, ile kosztowała.
Mushroomhead, czyli skład trudniejszy od Metal Gear Solid
Koncert rozpoczął się punktualnie.
I co się działo na scenie?
Najwyraźniej zmiany personalne w Mushroomhead wciąż pozostają tematem burzliwym. Przyznam, że łatwiej byłoby mi wyjaśnić genealogiczną plątaninę „Metal Gear Solid”: kto jest Solid Snake’em, kto Big Bossem, kto Liquid Snake’em, a kto kolejną kopią któregoś z nich.
Dave „Gravy” Felton oficjalnie wrócił do Mushroomhead w 2022 roku, a zespół miał ponownie funkcjonować z dwiema gitarami. Tymczasem we Wrocławiu widziałem tylko jednego gitarzystę.
Na basie również stał ktoś w masce, której nie kojarzyłem. Nie będę jednak udawał eksperta od aktualnej garderoby Mushroomhead. Ale w przypadku tego zespołu nowa maska raczej może oznaczać nowego człowieka.
Największy problem mam jednak z wokalami.
Pierwotnie Mushroomhead opierał się na kontraście dwóch całkowicie różnych osobowości. Jason „J Mann” Popson i Jeffrey Nothing mieli inne głosy, inne maniery i inną sceniczną energię.
J Mann wywodził się ze środowiska hardcore punkowego Cleveland, miał też na swoim sumieniu rapowy projekt 10,000 Cadillacs tworzony wspólnie ze Skinnym.
Jeffrey Nothing reprezentował zupełnie inny biegun: bardziej melodyjny, teatralny i klasycznie metalowy. Z czasem wyglądał przy tym trochę jak eksponat z muzeum sceny alternatywnego metalu, ale był eksponatem charakterystycznym. Wystarczyło kilka sekund, żeby wiedzieć, kto właśnie śpiewa.
Dwie skrajności, które znakomicie się uzupełniały.
Kiedy J Manna zastąpił Waylon Reavis, przez lata ciągnął ten wózek bez większych problemów. Nie był wokalną kopią poprzednika, ale na koncertach dobrze wykonywał jego partie, a po nagraniu „Savior Sorrow” dołożył do zespołu również coś własnego.
A obecny duet?
Steve Rauckhorst i Scott Beck są dla mnie boleśnie nijacy. W teorii odpowiadają za inne partie, ale podczas koncertu trudno było mi wskazać, który z nich ma być następcą którego dawnego wokalisty.
Mają jednak jedną niezaprzeczalną zaletę: są młodsi od swoich poprzedników.
Biegają z jednego końca sceny na drugi, skaczą i robią wszystko, żeby spektakl ani na chwilę nie stracił tempa. Beck dodatkowo chętnie rzuca się ze sceny w publikę, nie przerywając przy tym growlu.
Scenicznie to spora wartość. Trudno mi sobie wyobrazić, żeby ich poprzednicy próbowali dzisiaj podobnych numerów bez poważniejszego uszczerbku na zdrowiu.
Szczególnie kiedy pamięta się okres, w którym w zespole jednocześnie funkcjonowali J Mann, Jeffrey Nothing i Waylon, a na koncertach pojawiała się jeszcze Jackie.
Tam każdy głos miał swój kolor.
Teraz dostaję dwóch facetów w maskach, którzy poprawnie wykonują materiał i wkładają dużo energii w widowisko, ale wokalnie nie zostawiają po sobie większego śladu.
Muzyka się zgadza. Partie się zgadzają. Ruch sceniczny również.
Tylko charakter gdzieś wyparował.
Kto jest potrzebny, ten wychodzi
To zresztą kolejny dziwny standard w Mushroomhead. Na scenie ciągle ktoś się pojawia i znika, zależnie od tego, czy jest akurat potrzebny w danym utworze.
Raz występuje jeden wokalista, raz dwóch. Innym razem wokalista i wokalistka. Ktoś wychodzi, ktoś schodzi, ktoś czeka z boku, aż przyjdzie jego pora.
Nie ogląda się zespołu.
Ogląda się grafik pracowników wychodzących na zmianę.
Podobnie wygląda sprawa ze słynnymi water drums. Ich wartość muzyczna jest dla mnie właściwie zerowa. To perkusyjne tomy obudowane całą instalacją wizualną: przezroczyste powierzchnie, światła od spodu i woda rozpryskująca się przy każdym uderzeniu.
Muzycznie nie robi to większej różnicy.
Widowiskowo robi ogromną.
Kolorowe rozpryski wyglądają efektownie, szczególnie w połączeniu z maskami i oświetleniem. Ten element od lat pozostaje stałą częścią koncertów Mushroomhead. Wygląda fajnie. I w zasadzie tyle.
Kiedyś śledziłem każdą zmianę w składzie. Kiedy water drums stały się jedną z głównych atrakcji całego przedstawienia, ostatecznie przestałem próbować nadążać.
Ale tutaj trzeba powiedzieć jedną ważną rzecz.
Złośliwą, oczywiście.
Mógłbym przedstawiać Skinny’ego jako chytrego centusia, który nie chce dzielić się pieniędzmi z kolejnymi muzykami.
Otóż nie.
Gdyby był prawdziwym dusigroszem, obecny Mushroomhead nie utrzymywałby osobnego perkusisty.
Tak. Jedyny nieprzerwanie obecny członek oryginalnego składu, człowiek, który zaczynał w Mushroomhead jako perkusista, nie gra już podczas koncertów na właściwej perkusji. Za zestawem siedzi Aydin Kerr.
Skinny natomiast wchodzi na scenę zgodnie z grafikiem, który najprawdopodobniej sam wcześniej ustalił, i próbuje być aktywną częścią widowiska.
Wpadał więc co jakiś czas, żeby zrobić trochę show na najmniej istotnym muzycznie, za to najbardziej fotogenicznym elemencie scenografii.
Niezrozumiała telenowela.
Jackie ratuje sytuację
Pozytywną stroną koncertu była obecność Jackie LaPonzy.
Kiedy widziałem Mushroomhead kilka lat wcześniej, nic nie wskazywało na to, że mogłoby jej zabraknąć.
A jednak jej nie było.
Podobnie jak J Manna.
Tym razem Jackie się pojawiła i rzeczywiście jej obecność na scenie jest dużym plusem. Złośliwie można byłoby powiedzieć, że chodzi wyłącznie o warstwę wizualną. Byłoby to jednak nieuczciwe.
Ma talent. Ma charyzmę. Wyróżnia się.
Bez większego zastanowienia rzuciła się w tłum pod sceną, nie gubiąc przy tym swojej partii wokalnej. Później, kiedy nie musiała śpiewać, krążyła między ludźmi na widowni i nagrywała materiały na zespołowe media społecznościowe.
Nie sprawiała wrażenia gwiazdy, która wyszła tylko odegrać swoje trzy minuty i zniknąć za kulisami. Była częścią wydarzenia również wtedy, gdy nie stała na środku sceny.
Ciekawa i niewątpliwie charyzmatyczna niewiasta.
Problem polega na tym, że coraz częściej to właśnie ona wydaje się najbardziej wyrazistą postacią całego współczesnego Mushroomhead.
Bez supportu, bez rekompensaty
Pod koniec koncertu wyszło tak, że stałem akurat obok wejścia prowadzącego na backstage. Dzięki temu mogłem zbić piątkę z częścią muzyków schodzących ze sceny.
Miły drobiazg. Taki koncertowy bonus dla człowieka, który wcześniej porzucił strategiczne miejsce przed realizatorem dźwięku i zaczął krążyć po klubie w poszukiwaniu chłodniejszego powietrza.
Nie zmienia to jednak faktu, że sam koncert nie był jakoś szczególnie dłuższy mimo całkowitego braku supportu. Mushroomhead weszło na scenę, zagrało swój standardowy zestaw i tyle. Trochę olewawcze podejście, szczególnie że publiczność nie dostała wcześniej niczego poza czekaniem.
Mam tutaj porównanie z zupełnie innej półki. Krótko po pandemii byłem na koncercie Vadera w Rzeszowie. Tam również z jakiegoś powodu wypadły zapowiadane supporty. Zaraz po rozpoczęciu koncertu sam Generał zapowiedział, że skoro pozostałe zespoły nie zagrają, Vader wynagrodzi to publiczności dłuższym setem.
Można?
Można.
Mushroomhead nie zrobiło niczego podobnego. Nie było żadnego komunikatu, żadnej rekompensaty ani poczucia, że zespół zamierza dać od siebie coś więcej, skoro wieczór został sprowadzony do jednego występu.
Nie wiem nawet, czy wrócili później na bisy.
Wolałem pójść na tramwaj i wrócić do hotelu.
Jak już mówiłem, ta kapela nie jest dziś moją bajką. Nie zamierzałem więc ryzykować nocnego powrotu tylko po to, żeby sprawdzić, czy po kilku minutach teatralnego napięcia jeszcze raz zapalą światła pod water drumsami.
Dobry koncert zespołu, którego już nie ma
Gdybym zapomniał, że kiedyś istniał inny Mushroomhead, prawdopodobnie byłbym tym koncertem zachwycony.
Gdyby był to mój pierwszy kontakt z zespołem, zobaczyłbym efektowny spektakl: maski, światła, wodę, charyzmatyczną Jackie i innych ludzi pojawiających się na scenie i znikających z niej, kontakt z publicznością oraz dobrze nagłośniony materiał.
Wszystko się zgadzało.
Tyle że ja pamiętam Mushroomhead jako coś więcej niż objazdową produkcję teatralną z katalogiem starych utworów.
Pamiętam zespół oparty na napięciu między różnymi osobowościami. Na kontrastach wokalnych. Na poczuciu, że pod maskami rzeczywiście znajdują się konkretni muzycy, a nie tylko wymienne elementy widowiska.
Obecny Mushroomhead nadal potrafi zrobić dobre show.
I właśnie w tym tkwi problem.
To nie był zły koncert. Był sprawny, efektowny i momentami naprawdę angażujący.
Był też kolejnym przypomnieniem, dlaczego ten zespół przestał mnie obchodzić.
Znowu byłem na Mushroomhead.
Nie wiem nawet, czy powinienem żałować. Całe wydarzenie i tak odbywało się dla mnie pod znakiem chorego kręgosłupa Kirka Windsteina. Mushroomhead było tu planem awaryjnym, koncertowym skutkiem ubocznym i nagrodą pocieszenia w jednym.
Znowu więc nie żałuję.
Ale trzeci raz naprawdę nie muszę.


[…] Nie szukajcie na Gatekeeperze tekstu o pierwszej metalowej pielgrzymce, którą postanowiłem tutaj opisać. Zakończyła się fiaskiem. Wystarczająco dużo żalu wylałem już z siebie w tekstach Nagroda pocieszenia z moralnym kacem, czyli znowu jadę na Mushroomhead oraz Mushroomhead we Wrocławiu. Znowu tam byłem. Nie chciałem. […]