Nadchodzi Mystic Festival 2026. Z tego, co zapowiedziano, będzie to ostatnia edycja na terenie gdańskiej Stoczni. Miejsce klimatyczne, charakterystyczne i już trochę wrośnięte w ten festiwalowy krajobraz. Gdzie Mystic przeniesie się później? Nie wiem. Organizatorzy pewnie wiedzą więcej, ale ja nie zamierzam udawać człowieka, który ma telefon do każdego stage managera w Polsce.
Wiem za to jedno: część środowisk katolickich już zapowiedziała sprzeciw.
I trudno się dziwić. Kumulacja haseł „festiwal muzyki metalowej”, „Boże Ciało”, „Nergal” i „Behemoth” to gotowy przepis na społeczną mieszankę wybuchową. Dorzućmy do tego jeszcze Marduk, Rotting Christ, Hostię na honorowym miejscu i robi się zestaw tak efektowny, że niejeden redaktor od moralnej paniki powinien odpalić szampana. Bezalkoholowego, rzecz jasna.
Fundacja Polska Katolicka nie Laicka już ogłosiła petycję przeciwko Mystic Festival i zaczęła zbierać podpisy. W chwili, gdy to piszę, idzie im całkiem nieźle – ponad dziesięć tysięcy podpisów zebranych, cel ustawiony na dziesięć tysięcy. Do tego pojawiają się kolejne artykuły: o strategii „Non serviam” w Gdańsku, o bluźnierczej prowokacji wobec katolików, o instrumentalnej profanacji Bożego Ciała. Słowem: pełen pakiet.
I wiecie co?
Wcale mnie to nie oburza.
Wręcz przeciwnie. Cieszy mnie to, że są protesty przeciwko Mystic Festival. Cieszyć mnie będzie również to, jeśli w okolicach bram faktycznie pojawią się manifestacje, transparenty, modlitwy i ludzie przekonani, że przyjechali bronić świata przed duchową katastrofą w rytmie blastów.
Nie dlatego, że będzie można się z nich pośmiać. Nie dlatego, że znowu da się rzucić w internet hasło o „polskim katolickim ciemnogrodzie” i poczuć przez pięć minut jak Jaśnie Oświecony Książę Wojewoda z dostępem do streamingowych usług w wersji premium. To akurat jest najnudniejsza możliwa reakcja. Najprostsza. Najbardziej leniwa.
Ja się z nich śmiać nie zamierzam.
Cieszy mnie to z zupełnie innego powodu. To znak, że żyjemy w społeczeństwie, które przynajmniej czasami potrafi działać obywatelsko. Jedni organizują metalowy festiwal. Drudzy organizują sprzeciw wobec metalowego festiwalu. Jedni składają papiery, załatwiają zgody, rozmawiają z urzędami, dogadują zabezpieczenia, ochronę, sceny, transport, sanitariaty i milion innych rzeczy, o których przeciętny uczestnik nie myśli, bo dla niego festiwal zaczyna się przy bramce i kończy na ostatnim koncercie. Drudzy piszą petycje, mobilizują swoich ludzi, formułują stanowiska i próbują wywrzeć presję.
I bardzo dobrze.
Bo żeby zorganizować taką imprezę jak Mystic Festival, trzeba się naprawdę sporo nagimnastykować. To nie jest tak, że ktoś rano budzi się z pomysłem: „a może zrobimy kilkudniowy festiwal metalowy w Gdańsku?”, po czym po południu stawia scenę, wieczorem zaprasza Behemotha, a następnego dnia już wszyscy wesoło skaczą do szatańskich pioseneczek.
Nie. To tak nie działa.
Pracowałem przy festiwalu tysiąc razy mniejszym i wiem, ile trzeba się ozapierdalać, żeby impreza w ogóle doszła do skutku. Na pół roku przed wydarzeniem sprawy zaczynają nabierać tempa. Miesiąc przed zaczynasz wariować i tracić kontakt z rzeczywistością. Tydzień przed festiwalem rozważasz rozwiązania paranormalne, bo normalne już się skończyły. Sen staje się wspomnieniem z dzieciństwa, zrównoważona dieta polega na tym, że jedną ręką jesz zapiekankę bo akurat była pod ręką, a drugą odbierasz telefon.
Potem festiwal się kończy.
I nie, nie ma wtedy romantycznego zachodu słońca, podziękowań od wszechświata i zasłużonego odpoczynku. Zostajesz z kontenerem papierów, rozliczeń, maili, faktur, uwag, pretensji, zgubionych rzeczy, spóźnionych odpowiedzi i świadomością, że za miesiąc trzeba zacząć organizować następną edycję. To tak w skrócie.
Dlatego kiedy ktoś mówi o dużym festiwalu, ja nie widzę tylko sceny, świateł i ludzi w czarnych koszulkach. Widzę urzędy, zgody, procedury, regulaminy, pozwolenia, służby, zabezpieczenia i całą tę nudną infrastrukturę, bez której nie byłoby żadnego „klimatu”. Gdyby zabrakło jednego ważnego świstka, cały plan mógłby się posypać.
Więc Mystic Festival się odbędzie, bo wiele osób na różnych szczeblach uznało, że może się odbyć. Prawo w tym kraju na to pozwala. Prawo pozwala zorganizować imprezę pełną metalowej muzyki, paskudnego jazgotu, niekończących się blastów, długich kolejek po piwo i ludzi, którzy przez kilka dni będą wyglądać, jakby z własnej woli zapisali się do sekty noszącej wyłącznie czerń.
Na festiwal przyjadą ludzie, którzy chcą się dobrze bawić. Chcą słuchać muzyki, spotkać znajomych, zobaczyć zespoły, na które czekali czasem latami, i wykorzystać chwilę wytchnienia, na którą wcześniej musieli zapracować. To nie jest wydarzenie charytatywne ani tajny sabat finansowany przez podziemne struktury Antychrysta. Uczestnicy płacą za bilety własnymi, ciężko zarobionymi pieniędzmi.
Będą się bawić. Będą skakać. Będą wykrzykiwać teksty piosenek. Być może wypiją przy tym alkohol. Być może niejeden z nich następnego dnia będzie wyglądał jak dowód rzeczowy w sprawie przeciwko własnemu organizmowi. Tak bywa. Festiwale mają swoje prawa.
A po drugiej stronie mamy ludzi, którzy widzą w tym wszystkim coś zupełnie innego. Dla części środowisk katolickich taki festiwal nie jest po prostu zbiorem koncertów. Jest zagrożeniem duchowym. Profanacją. Odwrażliwianiem młodzieży na zło. Pogaństwem. Bluźnierstwem. Otwartą prowokacją wobec katolików.
Mogą tak to widzieć.
Naprawdę.
Nie muszę się z tym zgadzać, żeby uznać ich prawo do takiego poglądu. Nie muszę podzielać ich lęków, żeby rozumieć, że dla nich to nie jest tylko „jakiś koncert”. Nie muszę wierzyć, że blast beat otwiera portal do piekła, żeby przyjąć do wiadomości, że ktoś inny może traktować to śmiertelnie poważnie.
I tu dochodzimy do sedna.
Jeśli te środowiska korzystają z tych samych mechanizmów, z których korzystają organizatorzy festiwalu – prawa do zgromadzeń, wolności słowa, możliwości składania petycji, publicznego wyrażania opinii – to mnie to zupełnie nie przeszkadza. Przeciwnie. To jest właśnie normalne. To jest dojrzałe. To jest, jakkolwiek pompatycznie by to nie zabrzmiało, obywatelskie.
Z jednej strony mamy ludzi, którzy chcą bawić się przy metalowej muzyce. Żeby to zrobić, musieli przejść przez urzędową ścieżkę zdrowia, bo tego wymaga od nich prawo. Z drugiej strony mamy przeciwników, którzy chcą wyrazić sprzeciw. Żeby to zrobić, też korzystają z prawa. Piszą, zbierają podpisy, mobilizują się, być może pojawią się pod bramą z transparentami i modlitwą.
No i co z tego?
Są tam, bo mogą tam być.
Nie ma tu lepszych i gorszych obywateli. Nie ma uciskanych metalowców i złych inkwizytorów. Nie ma automatycznie mądrych po jednej stronie i głupich po drugiej. Jest prawo, które – przynajmniej w teorii, a czasem nawet w praktyce – powinno traktować obie strony tak samo.
I uważam, że to jest piękne.
Oczywiście pod jednym warunkiem: że nikt nie przekroczy granicy przemocy, gróźb, blokowania wejścia, niszczenia mienia albo robienia z własnego światopoglądu pałki do okładania innych po głowie. Dopóki wszystko odbywa się legalnie, dopóki obecność obu stron mieści się w granicach prawa, dopóki jedni mogą wejść na teren festiwalu, a drudzy mogą stanąć obok i powiedzieć „nie zgadzamy się” – wszystko jest na swoim miejscu.
Tak powinno wyglądać państwo, które nie boi się własnych obywateli.
Nie będę udawał, że nagle zostałem wielkim sympatykiem katolickich kampanii przeciwko metalowi. Nie zostałem. Dalej uważam, że wiele z tych tekstów przesadza, upraszcza, demonizuje i chwilami brzmi tak, jakby autorzy naprawdę wierzyli, że wystarczy posłuchać trzech minut Behemotha, żeby człowiek zapomniał numeru PESEL i podpisał cyrograf własną krwią. Ale to nadal nie odbiera im prawa do protestu.
Tak samo jak moje wzruszenie ramionami wobec ich oburzenia nie odbiera mi prawa do uczestniczenia w festiwalu.
I pewnie, jeśli faktycznie spotkam protestujących pod bramą Mystic Festival, to nie podejdę, żeby wyrazić słowa poparcia dla ich prawa do sprzeciwu. Nie dlatego, że go nie uznaję. Po prostu wiem, jak to będzie wyglądało. Obleśny, łysy grubas w czarnej koszulce – czyli wizualnie dokładnie taki sam jak co drugi uczestnik festiwalu – podchodzi do ludzi modlących się przeciwko wydarzeniu, na które właśnie idzie. Trudno byłoby im uwierzyć, że przyszedłem z szacunkiem, a nie po to, żeby zrobić sobie bekę, nagrać rolkę albo błysnąć ironicznym komentarzem.
Więc będę trzymał się z daleka.
Z czystego szacunku.
Oni niech robią swoje. Niech się modlą, protestują, trzymają transparenty, zbierają podpisy i ostrzegają przed duchowym niebezpieczeństwem. Ja będę robił swoje. Wejdę na teren festiwalu, spotkam znajomych, posłucham muzyki i będę tupał nóżką do szatańskiego beatu.
W zgodzie. W pokoju. Bez udawania, że musimy się lubić albo wzajemnie przekonywać.
Bo może właśnie na tym polega dorosłe społeczeństwo obywatelskie. Nie na tym, że wszyscy się ze sobą zgadzają. Nie na tym, że metalowcy nagle zaczynają śpiewać pieśni maryjne, a katolicy odkrywają urok blastów i kupują koszulki Marduka. Tylko na tym, że jedni i drudzy mogą istnieć obok siebie, korzystając z tych samych praw.
Oni swoje. My swoje. Mamy jedną planetę, jeden kraj i jakoś musimy się w nim pomieścić, bez robienia sobie krzywdy.
I dopóki tak to działa, naprawdę nie ma się o co obrażać.

