Throneum zawsze postrzegałem jako bandę brutali grających brudny, prymitywny death metal, stylistycznie żywcem wyjęty gdzieś z przełomu lat 80. i 90. Muzykę nagrywaną trochę na zasadzie: brzmi źle, bo właśnie tak ma brzmieć.
No dobra, tragedii nie ma. Nie jest to typowa raw estetyka znana z norweskiego black metalu, ale dla mnie prowadzi do niej podobny sposób myślenia. Brud, agresja i pewna archaiczność nie są tutaj czymś, co należy naprawić. One są częścią pomysłu na tę muzykę.
Wystarczy zresztą wejść na profil zespołu w Metal Archives. Trzech typów, którzy raczej nie wyglądają ani na żartownisiów, ani na ludzi, którzy zaraz zaczną skakać przed kamerą w nu metalowym klipie.
Ostatecznie nigdy nie potrafiłem jednak usiąść przy muzyce Throneum na dłużej. Znałem, kojarzyłem, wiedziałem mniej więcej, czego się spodziewać, ale nie był to zespół, do którego wracałem z jakąś szczególną regularnością.
Tym razem po otrzymaniu najnowszego dzieła, Love Is the Law But Death Is the Frame, prosto od Godz Ov War, już podczas pierwszego odsłuchu zacząłem się zastanawiać, co do cholery się właściwie stało i czy na pewno dostałem właściwą płytę. Bo chwilami miałem wrażenie, że słucham deathmetalowej odpowiedzi na The Mother and the Enemy od Lux Occulta.
Dobra. Kilka kroków do tyłu, bo zanim jeszcze dotrzemy do samej muzyki, alarm zaczyna wyć już przy tytule.
Love Is the Law But Death Is the Frame.
Jeżeli pobieżnie przejrzymy bogatą dyskografię Throneum, celowo pomijając splity, znajdziemy tam takie tytuły jak Anti Life Celebration, Mutiny of Death, The Unholy Ones czy Morbid Death Tales. Wszystko brzmi śmiertelnie poważnie, mrocznie, brudno i przemocowo. W zasadzie wiadomo, do jakiego lokalu właśnie weszliśmy i że raczej nie będzie tam karty deserów.

Tymczasem pojawia się Love Is the Law But Death Is the Frame, tytuł, który brzmi dla mnie zupełnie inaczej. Śmierć nadal tam jest, ale przestaje być podana wprost jako kolejny element deathmetalowego arsenału. Całość zaczyna brzmieć znacznie bardziej poetycko, jakby ten sam temat nagle przeniesiono z kostnicy do salonu.
Do tego dochodzi okładka. Zamiast trupów, czaszek, mroku i całego deathmetalowego gruzowiska, do którego zespół przez lata zdążył przyzwyczaić, dostajemy Salome Luisa Icarta z 1920 roku. I to jeszcze mocniej przesuwa moją wyobraźnię gdzieś w stronę dekadencji, salonów oraz sztuki przełomu XIX i XX wieku.
Nagle Throneum nie zabiera mnie do jakiejś otchłani, rzeźni czy miejsca kaźni połączonego z obowiązkowym piciem krwi. W mojej głowie trafiam raczej do dość przytulnego saloniku z ciężkimi zasłonami, obrazami na ścianach i grupą ludzi siedzących w fotelach, którzy z absolutną powagą rozprawiają o miłości oraz śmierci, jakby właśnie odkryli oba te zjawiska i uznali, że trzeba zacząć poważnie o nich porozmawiać.
Co zabawniejsze, sama muzyka zaczyna z tym obrazem zaskakująco dobrze współpracować.
Throneum nadal dostarcza granie natarczywe, brutalne i niespecjalnie zainteresowane pytaniem słuchacza o zgodę. Tym razem jest ono jednak przeplatane fragmentami, które na tle wcześniejszych dokonań zespołu wydają mi się zupełnie niecodzienne. I właśnie tutaj zaczyna się moje skojarzenie z The Mother and the Enemy.
Najpierw dostajemy twardy riff i blasty, po czym temat się zmienia i pojawia się bardziej jazzowa zagrywka na gitarze. Za chwilę wracamy do death metalu, żeby później znowu skręcić gdzieś zupełnie indziej, choćby w stronę spokojnej, czysto zaśpiewanej partii Christiane Thomaßen.
Najważniejsze jest jednak to, że ani przez moment nie mam wrażenia, że te wszystkie elementy zostały do kompozycji doklejone tylko po to, żeby ktoś mógł powiedzieć: patrzcie, potrafimy też tak.
Nie wygląda to jak sytuacja, w której siedzę sobie spokojnie w pokoju, słucham metalu, a nagle ktoś wpada przez drzwi, przewraca stół, wywraca krzesła, zrywa firankę i wypada równie szybko, jak się pojawił, zostawiając mnie z pytaniem, co do cholery właśnie się wydarzyło.
Tutaj ktoś raczej spokojnie wchodzi do pokoju, wstawia kwiaty do wazonu i otwiera okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza. Przed wyjściem zauważa jeszcze, że obraz wisi krzywo, więc poprawia jego ramę, po czym wychodzi, jak gdyby nigdy nic. Niby ktoś właśnie ingerował w całe otoczenie, ale po chwili zaczynam mieć wrażenie, że wszystko od początku powinno wyglądać właśnie tak.
I dokładnie w ten sposób odbieram soniczne niespodzianki ukryte na Love Is the Law But Death Is the Frame. Są nieoczekiwane, chwilami wręcz absurdalnie odległe od tego, czego spodziewałbym się po Throneum, ale pojawiają się tak naturalnie, że zamiast rozsadzać kompozycje, zaczynają wydawać się ich oczywistą częścią.
Dlatego wracam do porównania, od którego zacząłem. Chwilami naprawdę mam wrażenie, że słucham deathmetalowej odpowiedzi na The Mother and the Enemy od Lux Occulta.

