Metalowa pielgrzymka #2: Clandestine Blaze w Leśniczówce

Druga metalowa pielgrzymka miała być już bez substytutów. Tym razem celem była chorzowska Leśniczówka i Clandestine Blaze, a po drodze Pralaya, Cold Earth, Nécropole, trochę turystyki dla zachowania pozorów i kilka pytań o to, gdzie właściwie przebiega granica w słuchaniu problematycznego black metalu.

Podziel się swoją opinią

Nie szukajcie na Gatekeeperze tekstu o pierwszej metalowej pielgrzymce, którą postanowiłem tutaj opisać. Zakończyła się fiaskiem. Wystarczająco dużo żalu wylałem już z siebie w tekstach Nagroda pocieszenia z moralnym kacem, czyli znowu jadę na Mushroomhead oraz Mushroomhead we Wrocławiu. Znowu tam byłem. Nie chciałem.

Droga

No i stało się. Wreszcie siedzę na dworcu w Rzeszowie. Do pociągu mam jeszcze jakieś dwadzieścia minut, więc mogę zacząć przelewać myśli na klawiaturę przed moją drugą pielgrzymką w tym roku.

Pierwsza zakończyła się fiaskiem. Miał być Crowbar, a dostałem Mushroomhead. Tym razem jeszcze nie dostałem żadnych złych wiadomości. Jadę do Chorzowa na koncert Clandestine Blaze.

Piwniczne granie lvl hard.

To zabawne, bo kiedy brałem urlop w pracy, na pytanie współpracowników, co będę robił, odpowiadałem zgodnie z prawdą, że jadę na koncert do Chorzowa. Podstawowa reakcja wyglądała przeważnie podobnie:

– O, Chorzów. Co ciekawego będzie grać?

Podejrzewam, że gdzieś z tyłu głowy pojawiał im się wtedy Stadion Śląski i wizja czegoś odpowiednio dużego. Ja natomiast zgodnie z prawdą tłumaczyłem, że obok stadionu jest Park Śląski, w środku parku znajduje się mały klub Leśniczówka i właśnie tam jadę na koncert.

Entuzjazm trochę opadał. Wtedy pojawiało się już mniej zainteresowane pytanie o to, co właściwie będzie grać, a ja nadal zgodnie z prawdą odpowiadałem:

– Nie znasz. Podejrzewam, że w całej firmie poza mną może jeszcze jedna osoba będzie znała ten zespół.

I tak temat umierał.

Kurde. A jednak Clandestine Blaze. Legenda podziemia, projekt, którego występy na żywo przez większość istnienia należały raczej do rzadkości. Muzyka wypuszczana z jakiejś metaforycznej jamy pośrodku Finlandii: ciemność, nihilizm i obojętność wobec wszystkiego, co przemija, a przy okazji również wobec tego, co miałoby być wieczne.

Kiedy dojechałem do centrum Rzeszowa, miałem jeszcze sporo czasu, żeby jak modny i normalny człowiek wejść do galerii na drobne zakupy, a potem jak modny i normalny człowiek wypić kawę z papierowego kubka. Stojąc później w kolejce do kasy w markecie, gdzie kupowałem suchy prowiant na drogę, dostałem powiadomienie na telefon.

Mail od Godz ov War. Tym razem większy pakiet materiałów do odsłuchania przed kolejnymi premierami i wydaniami labelu:

Los naprawdę mi sprzyjał. Dostałem nową porcję muzyki i jednocześnie rozwiązał się problem, który nie zdążył się jeszcze pojawić, czyli czego słuchać w drodze do miejsca docelowego. Trzy albumy pełne piekielnego jazgotu.

Czyżby los wreszcie się do mnie uśmiechnął?

Teraz siedzę już w wagonie PKP Intercity. Na bogato, bo pierwsza klasa. Z jednej strony szaleństwo totalne, z drugiej cena takiego biletu wciąż jest niższa niż wejściówka na koncert czterech zespołów.

Plakat Bestial Laceration VII w Leśniczówce z Clandestine Blaze, Hadopelagyal, Cold Earth i Pralaya
Pierwotna wersja plakatu Bestial Laceration VII. Po jego publikacji Hadopelagyal wypadł ze składu, a jego miejsce zajęło Nécropole.

Rozpiska wieczoru wygląda bardzo przyzwoicie:

  • प्रलय (Pralaya)
  • Cold Earth
  • Nécropole
  • Clandestine Blaze

Mam więc ciszę, spokój i czas na kontemplację. Bo dla mnie metalowa pielgrzymka to nie tylko sam koncert. To przede wszystkim samotna podróż, podczas której mogę zatopić się w muzyce albo we własnych myślach, a najczęściej jedna czynność spokojnie idzie w parze z drugą.

Kluczem i warunkiem koniecznym, żeby taka pielgrzymka rzeczywiście była pielgrzymką, pozostaje samotność. Mogę pojechać z kimś na koncert, świetnie się bawić i zobaczyć znakomity zespół, ale wtedy jest to po prostu wyjazd na koncert. Tutaj sama droga jest częścią rytuału.

Rytmiczne bujanie wagonu, starsze małżeństwo obok, cisza w przedziale. Od czasu do czasu przechodzi konduktor. W słuchawkach trzy albumy piekielnego jazgotu.

A Chorzów, Leśniczówka i Clandestine Blaze dopiero jutro.

Dlaczego jadę dzień wcześniej? Ponoć podróże kształcą, więc staram się zachować pozory. Jakaś lista muzeów i innych miejsc wartych zobaczenia została już zrobiona. Skoro człowiek tłucze się przez pół Polski, wypadałoby przynajmniej udawać, że nie przyjechał wyłącznie po to, żeby wieczorem zejść do piwnicy i słuchać black metalu.

Ale bez przesady.

Całą energię mojego introwertycznego układu nerwowego zamierzam oszczędzać na koncert. Plan jest więc prosty: wysiąść z pociągu, zahaczyć o jedno albo dwa ciekawe miejsca, pojechać do hotelu i grzecznie pójść lulu. Następnego dnia jeszcze coś zobaczę, bo pozory człowieka zainteresowanego światem trzeba podtrzymywać, ale żadnego turystycznego ultramaratonu nie będzie.

Baterie mają być pełne wtedy, kiedy będą naprawdę potrzebne.

Przedproże

Katowice powitały mnie deszczem, więc chodzenie po mieście było średnio komfortowe. Ze zwiedzania i podziwiania uroków śląskiej metropolii wyszło niewiele. Pozostało mi właściwie tylko zaszyć się w hotelu, wyzłośliwiać na Gatekeeperze i oglądać jakieś filmy.

Zdarza się…

Sobota wypadła już znacznie lepiej i faktycznie mogłem się trochę doedukować zgodnie z wcześniejszym planem. Problem polega tylko na tym, że kiedy człowiek idzie do skansenu i zaczyna oglądać przedmioty oraz wnętrza, które pamięta jeszcze z własnego dzieciństwa, robi się nagle bardzo niekomfortowo. Człowiek przychodzi podziwiać historię, a historia bezczelnie patrzy mu w twarz i mówi: „przecież ty to pamiętasz”.

Niekomfortowo musieli się też czuć pracownicy skansenu, bo z pewnością trudno było nie zauważyć, że co jakiś czas na jego terenie spontanicznie materializują się ludzie ubrani na czarno i zaczynają fotografować drewniany kościół. Zupełnie przypadkiem tego samego dnia wieczorem kawałek dalej miał odbyć się koncert Clandestine Blaze.

Kiedy później patrzyłem przez okno hotelu, nie widziałem na parkingu brązowego vana z napisem „Kwiaciarnia”, więc najwyraźniej ABW jeszcze nie deptało nam po piętach.

Do tego Park Śląski, Planetarium, 19. południk i w sumie jakieś szesnaście tysięcy kroków. Na tym edukacyjną część pielgrzymki należało zakończyć i wrócić do hotelu. Baterie trzeba było naładować, bo muzealne eksponaty nie uciekną, a całą energię mojego introwertycznego układu nerwowego oszczędzałem przecież na wieczór.

Nabożeństwo

Koncert odbywał się w Leśniczówce. Nazwa była mi dobrze znana, bo czytając przez lata tu i tam newsy o trasach różnych zespołów, trafiałem na nią na tyle często, że zdążyła utrwalić mi się w głowie. Problem w tym, że nie szedł za nią żaden konkretny obraz. Wiedziałem, że istnieje coś takiego jak Leśniczówka, ale równie dobrze mogła być piwnicą, hangarem albo salą nad remizą.

Dopiero po zakupie biletu, kilka miesięcy wcześniej, zacząłem interesować się tym miejscem trochę bardziej. I wtedy wszystko zaczęło mieć sens. Pośrodku Parku Śląskiego znajduje się niewielki klub otoczony zielenią. Leśniczówka. Trudno było wymyślić nazwę bardziej adekwatną.

Żeby pielgrzymka była jeszcze bardziej pielgrzymkowa, na ostatnim etapie podróży przyszło mi dodatkowo umartwić ciało. Do Leśniczówki trzeba było podejść pod górę. Wiadomo, nie były to Tatry i nikt nie musiał wzywać TOPR-u, ale jaka pielgrzymka, takie szczyty do zdobycia. Po kilkunastu tysiącach kroków zrobionych wcześniej tego dnia moje nogi miały zresztą własne zdanie na temat duchowego wymiaru całego przedsięwzięcia, a przecież czekało mnie jeszcze cztery albo pięć godzin stania.

Na końcu podejścia znalazłem mały, ciasny klub z grillem, ogródkiem i namiotem. Te wszystkie przyległości zwiększały jego faktyczną pojemność, bo sam budynek Leśniczówki naprawdę nie sprawiał wrażenia miejsca przygotowanego na większy najazd ludzi.

Sam koncert odbywał się właśnie w namiocie przylegającym do klubu. Warunki były trochę partyzanckie, ale miałem wrażenie, że dla zespołów z tego poziomu scenowego podziemia nie było w tym niczego szczególnie egzotycznego. Wręcz przeciwnie. Clandestine Blaze grający w sterylnym, nowoczesnym klubie z lśniącym barem, klimatyzacją i szatnią na numerki wyglądałby chyba znacznie bardziej podejrzanie.

Zanim jednak zacznę wychwalać wszystko, co tego wieczoru wyszło na scenę, wypada wyjaśnić jedną rzecz. Wiem, gdzie przyjechałem. Nie mam potrzeby udawać, że Mikko Aspa i szerzej ta część blackmetalowego podziemia funkcjonują w jakiejś sterylnej próżni, odciętej od skrajnych poglądów, paskudnych treści i ludzi, z którymi sam nie chciałbym mieć zbyt wiele wspólnego.

Mam swoją granicę w słuchaniu problematycznego black metalu. Jest arbitralna, pewnie trochę cyniczna, konformistyczna i z pewnością nie nadaje się na uniwersalny kodeks moralny dla całej ludzkości. Nadal jednak wierzę w jakiś zakres wolności słowa i ekspresji. Człowiek może tworzyć rzeczy obrzydliwe, głupie, skrajne albo wymierzone dokładnie we wszystko, co sam uważam za wartościowe. Nie muszę się z nim zgadzać, żeby móc słuchać jego muzyki.

Jest tu zresztą pewien mechanizm, który od dawna mnie drażni. Jeśli ktoś chodzi do kościoła, aktywnie uczestniczy w życiu religijnym, a jednocześnie słucha metalu pełnego satanizmu, bluźnierstw i tekstów wymierzonych w chrześcijaństwo, może powiedzieć: „lubię muzykę, ale nie utożsamiam się z jej treścią”. Zazwyczaj wystarcza. To samo dotyczy ateisty słuchającego rzeczy, z których światopoglądem również nie ma nic wspólnego.

Ale wystarczy powiedzieć, że słuchasz czegoś znajdującego się zbyt daleko na prawo albo ocierającego się o NSBM i możliwość oddzielenia odbiorcy od treści nagle magicznie znika. Możesz powtarzać, że te teksty do ciebie nie trafiają, że nie robisz z nich elementarza postępowania z innymi ludźmi i nie zamierzasz na ich podstawie urządzać świata. Nieważne. Hanka, stawiaj stos, szykuj trybunał i szubienicę dla zbrodniarza.

Nie twierdzę przy tym, że satanistyczny tekst i rasistowski manifest są moralnie tym samym. Nie są. Chodzi mi o sam mechanizm: w jednym przypadku bez większego problemu przyjmujemy, że człowiek może konsumować sztukę bez utożsamiania się z jej przekazem, a w drugim odmawiamy mu takiej możliwości z automatu.

Moja własna granica pojawia się tam, gdzie poza słowami, deklaracjami i estetyką zaczynają się konkretne czyny wobec konkretnych ludzi. Dlatego na mojej prywatnej czarnej liście są między innymi Absurd, Burzum, Peste Noire czy Inquisition, choć historie stojące za tymi nazwami różnią się od siebie i również ich finały prawne nie były takie same. Łączy je dla mnie to, że w pewnym momencie przestajemy rozmawiać wyłącznie o paskudnych poglądach, prowokacyjnej twórczości i scenicznych znajomościach.

Brak wyroku nie jest oczywiście certyfikatem moralności i nie zamierzam robić z sądu urzędu wydającego zaświadczenia o byciu porządnym człowiekiem. To jedynie moja praktyczna granica pozwalająca zachować jakąś higienę we własnej głowie. Aspy nie muszę wybielać ani usprawiedliwiać. Mogę uważać część jego poglądów i twórczości za odpychającą, a jednocześnie nadal chcieć zobaczyć Clandestine Blaze na żywo.

Skoro rachunek sumienia został odprawiony, można wrócić do nabożeństwa.

Pierwszym zespołem była nasza rodzima प्रलय, czyli Pralaya. Od początku nie dawali wytchnienia, a nazwa zespołu i repertuar nie wydawały się przypadkowe. Miałem wrażenie, że ich koncert jest zapowiedzią jakiejś nadchodzącej katastrofy.

Zespół oczywiście był mi znany. Dawno temu przesłuchałem to, co mieli do zaoferowania, ale jak zwykle bywa w sensownych warunkach koncertowych, muzycy tej klasy grając swój materiał na żywo szybko dawali do zrozumienia, że owa katastrofa znajduje się zdecydowanie bliżej, niż sugerował odsłuch w domowym zaciszu.

Na żywo wszystkie akcenty stawały się bardziej namacalne. Kiedy trzeba było, ciężar i toporność sekcji rytmicznej sprawiały wrażenie, jakbym do końca koncertu miał babrać się po kolana w smole. Po chwili wszystko potrafiło jednak zostać brutalnie ucięte, bo gitara zaczynała grać solo tak, jakby ktoś przyłożył mi do głowy wiertarkę i właśnie sprawdzał, czy nie da się zrobić w czaszce jeszcze jednego otworu.

Potem przyszła pora na niemiecki Cold Earth i tutaj zaczęła się już twarda chłosta. Kvlt bez mrugania okiem. Na scenie wyglądali, jakby traktowali całą sprawę śmiertelnie poważnie, a przy takiej nawałnicy blastów nie zostawało zbyt wiele miejsca na oddech. Ćwieki, wrzask, riff, kolejny blast i dalej do przodu. Wszystko było podporządkowane fizycznemu naporowi tej muzyki.

Zresztą Cold Earth specjalnie nie ukrywa, skąd wyrasta. „Your Misery, My Triumph” zostało pomyślane jako hołd dla Judas Iscariot i radykalnego black metalu końcówki lat dziewięćdziesiątych oraz początku dwutysięcznych, a płytę zamyka „Spill the Blood of the Lamb”. Nie jest to jednak cover band ani zespół odgrywający cudzy repertuar. Raczej kilku zajawkowiczów, którzy wzięli bardzo konkretną estetykę i sposób grania, a następnie przepuścili je przez własny warsztat.

Na żywo warsztat ten okazał się wyjątkowo mało statyczny. Cold Earth grało szybko, brutalnie i bez większej potrzeby dawania publiczności chwili oddechu. Tym bardziej warto było ich zobaczyć, bo koncerty tego zespołu należą do rzadkości. W tym przypadku samo pojawienie się ich na scenie Leśniczówki było już czymś więcej niż kolejnym punktem rozpiski wieczoru.

Jako trzeci pojawił się Nécropole. Najczęstsza opinia, jaką wcześniej słyszałem o tym jednoosobowym studyjnie projekcie, brzmiała mniej więcej: „muzyka zajebista, ale wokal słaby, dziwny albo zbyt piskliwy”.

Dla mnie akurat ta barwa wokalu jest wartością dodatnią. Blackmetalowa scena od lat jest potężnie zabetonowana przez kolejne odmiany growlu i fry screamu, a tutaj dostajemy coś znacznie bardziej nieprzyjemnego, histerycznego i drażniącego. Jak obdzieranie ze skóry.

Nie powiem, bardzo miłe.

Muzycznie Nécropole było chyba najbardziej przebojowym zespołem tego wieczoru. I nie, nie chodzi mi o „melodyjny black metal” w tym sensie, w jakim zwykle używa się tego określenia, bo byłaby to wręcz obraza. Raczej o riffy i melodie, które miały wyjątkowo dużo ruchu, były nośne i od razu wpadały w głowę, nie tracąc przy tym brudu ani jadu. Z całej czwórki właśnie tutaj najczęściej miałem wrażenie, że muzyka naprawdę pcha się do przodu, zamiast tylko miażdżyć albo dusić.

Na sam koniec oczywiście Clandestine Blaze.

I od razu odpowiem na pytanie, które pewnie części osób pojawiło się w głowie: nie, Mgły tam nie było.

Nie było to zresztą żadnym zaskoczeniem dla osób, które śledziły nowsze materiały koncertowe Clandestine Blaze. W sieci od jakiegoś czasu krążą nagrania trzyosobowego składu i dokładnie taki pojawił się również w Leśniczówce. Mikko Aspa z basem i mikrofonem, do tego gitara i perkusja. Nikt w namiocie nie wyglądał na szczególnie zdziwionego takim obrotem spraw.

Skąd więc ciągłe pytania o Mgłę? Muzycy tego zespołu rzeczywiście mają w historii epizod grania materiału Clandestine Blaze, a przez pewien czas stanowili również jego koncertowe zaplecze. I właściwie tyle scenicznej archeologii wystarczy. Black metal z jednoosobowymi projektami, muzykami sesyjnymi i ludźmi grającymi równocześnie w kilku zespołach ma wyjątkową zdolność zamieniania prostych historii personalnych w drzewo genealogiczne Habsburgów.

W Chorzowie żadnego z tamtych składów nie oglądałem. Wydawało mi się wprawdzie, że wśród publiczności widziałem kogoś z bliskiego otoczenia Mgły, ale pewności nie mam, więc na tym zakończmy kronikę towarzyską. Nie zamierzam urządzać komuś publicznej lustracji tylko dlatego, że prywatnie przyszedł na koncert.

Sam trzyosobowy Clandestine Blaze był natomiast dobrze zgraną machiną, która bez większych ceregieli parła do przodu przez przekrojowy zestaw utworów z bogatej dyskografii zespołu.

Finał tego wieczoru był najbardziej godnym z godnych. Black metal surowy do granic możliwości, ryczany głosem, który chwilami bardziej przypominał odgłos dochodzący z otchłani niż coś wydawanego przez człowieka. Bez ozdobników i bez próby nadania temu wszystkiemu bardziej cywilizowanej formy. Dokładnie taki Clandestine Blaze, po jaki tutaj przyjechałem.

Możliwość usłyszenia „Psychopathia Sexualis” na żywo i właśnie w takim wykonaniu była dla mnie przywilejem. Wersja albumowa już sama w sobie jest boleśnie surowa i piwniczna, ale na koncercie ten sam materiał dostał zupełnie innego ciężaru. Bas, gitara i perkusja przestały brzmieć jak zapis czegoś nagranego w zamkniętym pomieszczeniu, a zaczęły pracować jak jedna brutalnie prosta maszyna. To, co na płycie było brudem i prymitywizmem, na żywo zamieniło się w kanonadę.

Lubię chodzić na koncerty kapel, które naprawdę żyją w undergroundzie. Kiedy tacy ludzie wychodzą na scenę, dają z siebie sto procent nienawiści, sto procent agresji i sto procent zepsucia. Nieważne, czy pod sceną stoi kilkaset osób, czy kilkudziesięciu fanatyków, którzy przyjechali właśnie dla nich. Tutaj układ jest prosty: muzyka od fanatyków dla fanatyków.

Mógłbym w tym miejscu przedstawić całkiem długą listę wielkich nazw, które widziałem na żywo, czasem nawet w roli headlinerów, a które najwyraźniej uznały, że ranga imprezy, wielkość sceny albo liczba ludzi pod nią nie zasługują na szczególne zaangażowanie. Wychodzili, odgrywali swój zestaw i schodzili ze sceny tak, jakby właśnie odbębnili szychtę w fabryce po linii najmniejszego oporu.

W undergroundzie znacznie trudniej na to trafić. Tutaj nikt nie znalazł się na scenie przypadkiem. Muzycy są fanatykami tej muzyki dokładnie tak samo jak ludzie stojący pod sceną i chyba właśnie dlatego nawet w małym namiocie, gdzieś pośrodku Parku Śląskiego, potrafią zagrać tak, jakby od tego jednego koncertu zależało wszystko.

Powrót do profanum

A potem pozostaje już tylko powrót do rzeczywistości. Przebodźcowanie, zmęczenie materiału i coraz większa ochota, żeby znaleźć się wreszcie we własnym domu. W takich momentach kolejny raz powtarzam sobie, że mam dosyć podróżowania, że następnym razem nigdzie nie jadę i że właściwie nigdy więcej.

Oczywiście sam sobie nie wierzę. Listopadowa pielgrzymka jest już zaplanowana, bilety kupione, a wszystko dopięte niemal na ostatni guzik. Moje „nigdy więcej” ma więc trwałość typowego postanowienia podejmowanego w stanie skrajnego zmęczenia.

To była moja druga metalowa pielgrzymka, którą zdecydowałem się opisać, i tym razem obyło się bez substytutów. Po Crowbarze, który zamienił się w Mushroomhead, dostałem dokładnie to, po co przejechałem pół Polski. Clandestine Blaze zagrało, Leśniczówka okazała się dokładnie takim miejscem, w jakim chciałem ten zespół zobaczyć, a cała reszta wieczoru tylko dopełniła obrazu.

A właściwie po czterech takich kapelach człowiek czuje się trochę lepki od brudu. I bardzo dobrze. Cieszę się, że mogę obcować ze „złem” właśnie w takich okolicznościach: pod sceną, gdzie nikt nikogo nie uderzył, wszyscy przyszli posłuchać muzyki, a później mogli spokojnie wrócić do swoich domów.

Zawsze mogłem mieć mniej szczęścia i spotkać zło bez cudzysłowu. Nie w tekstach, symbolach i wrzasku ze sceny, tylko pod ostrzałem rosyjskich rakiet niszczących komuś dom, rodzinę i dotychczasowe życie, oczywiście w imię kolejnej wielkiej idei, racji stanu albo innego „wyższego dobra”.

W takim zestawieniu blackmetalowy namiot pośrodku Parku Śląskiego wydaje się miejscem wyjątkowo bezpiecznym.

Teraz siedzę w zatłoczonym pociągu, jadę w stronę domu i czuję przede wszystkim zmęczenie. Ale skoro trzeba jakoś zagospodarować drogę powrotną, napisałem to, co właśnie czytacie. Przy okazji zdążyłem jeszcze spisać swoje przemyślenia na temat nowego Runaway Devils, „Blood Must Be Shed to Enchant Your Head”, i zacząłem tekst o nowym THRONEUM, „Love Is the Law But Death Is the Frame”.

Całkiem pracowity weekend jak na jednego Gatekeepera.

Teraz pozostaje już tylko wrócić do domu, zrzucić plecak i przez kilka dni przekonywać samego siebie, że naprawdę mam dosyć podróżowania.

Do następnego koncertu.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *