Kiedy wpada mi w ręce nowa płyta albo utwór, zawsze zaczynam od słuchania całościowego. Bez natychmiastowego rozbierania muzyki na części pierwsze. Bez zastanawiania się, jak pracuje perkusja, jaki riff gra gitara i czy bas akurat wyszedł z piwnicy, czy znowu został w niej zamurowany.
Na początku liczy się tylko jedno: czy ta muzyka potrafi mnie gdzieś zabrać.
Gdzie? Nie wiem. I to jest zarazem najgorsze i najlepsze. W muzyce czasem szuka się czegoś nieuchwytnego, ciężkiego do nazwania. Groove’u? Chłodu? Emocji? Kvlt? Tego momentu, w którym człowiek przestaje sprawdzać, ile zostało do końca utworu, bo nagle jest już gdzie indziej.

Z jednej strony można powiedzieć, że wszystko leci na jedno kopyto. Szczególnie w metalu, gdzie kolejne nisze mają swoje rytuały, swoje patenty, swoje obowiązkowe miny do zdjęć i swoje bardzo poważne dyskusje o tym, czy dany pogłos jest wystarczająco piwniczny. Z drugiej strony – właśnie w tych pozornie podobnych rzeczach czasem trafia się coś, co zostaje pod skórą.
Dlatego nigdy nie byłem dobry w topkach. Nie umiem wskazać dziesięciu ulubionych filmów, książek, zespołów czy albumów. Każde dzieło ma własną temperaturę, własny kontekst, własny ślad. Szczególnie jeśli mówimy o kulturze, a nie o tabelce parametrów technicznych. Top listę można sobie układać przy wytrzymałości stopów metali, taktowaniu procesora albo liczbie śrubek, które zostały po składaniu regału z Ikei. Tam przynajmniej da się udawać, że matematyka załatwia sprawę.
Ale są wyjątki.
Jeden potrafię wskazać bez większego namysłu: mój ulubiony projekt w ukraińskim black metalu. Tak, wiem. Bardzo wąskie poletko. Prawie działka rekreacyjna na końcu świata. Ale jednak wyjątek istnieje.
To SVRM.
Każde nowe wydawnictwo tego projektu jest dla mnie podwójną okazją do świętowania. Może patrzę na to naiwnie, bo SVRM kojarzy się przede wszystkim z jedną osobą ukrytą za inicjałem S. Według informacji z Encyclopedia Metallum projekt pochodzi z Charkowa. Facebookowa strona SVRM, o ile dobrze pamiętam, zawsze była raczej ascetyczna: trochę informacji, sporadyczne aktualizacje, żadnego niepotrzebnego karmienia algorytmu. Teraz jest wyłączona albo usunięta. Prawdopodobnie przez samego autora, choć pewności oczywiście nie mam.
Gdzie S. realnie mieszka? Co robi? Czy nadal jest na Ukrainie? Nie wiem. Pewnie się nie dowiem. I może nawet nie powinienem.
Wiem tylko, że 24 lutego 2022 roku, kiedy Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję na Ukrainę, a ja oglądałem chaotyczne obrazy w wiadomościach i próbowałem poskładać w głowie informacje o ataku z wielu stron, poczułem autentyczny strach o człowieka, którego nigdy nie spotkałem. Którego pewnie nigdy nie spotkam. Którego twarzy nawet nie znam.
Brzmi absurdalnie? Pewnie trochę tak. Ale muzyka robi z człowiekiem dziwne rzeczy.
Za każdym razem, gdy odpalałem SVRM, przenosiłem się w inną rzeczywistość. W miejsce zimne, opustoszałe, surowe. Takie, w którym wiatr nie wieje dla klimatu, tylko dlatego, że nic innego już tam nie zostało. I od tamtego lutego każda wiadomość z Bandcampa o nowym materiale SVRM miała dla mnie dodatkowy ciężar. Radość numer jeden: jest nowa muzyka. Radość numer dwa, znacznie mniej recenzencka, za to bardziej ludzka: S. żyje i nadal może tworzyć.
„Мертвий край” (Mertvyi Krai) to świeżynka wydana 1 maja przez niemiecką Vendetta Records. Album można kupić na Bandcampie wytwórni, ale także bezpośrednio na Bandcampie projektu SVRM, w formule „name your price”. Czyli niby XXI wiek, streamingi, algorytmy, playlisty i cała ta cyfrowa infrastruktura do mielenia muzyki na papkę, a gdzieś z boku nadal istnieje drobna, piękna rzecz: możesz zapłacić artyście bezpośrednio za muzykę, która naprawdę coś dla ciebie znaczy.
Chociaż, ostatnio mam na Bandcampa focha.
W warstwie lirycznej SVRM jak zwykle nie atakuje nas ścianą tekstu. Dzięki translatorom i całej tej współczesnej magii, którą jedni nazywają narzędziem, a drudzy początkiem końca cywilizacji, można bez większego trudu zajrzeć w sens tych tekstów. I znowu robi się nieprzyjemnie.
Lirycznie trafiamy w miejsca, które opuściły radość i życie. Martwe pola, puste domy, popiół, krew, zima, duchowe wypalenie. Nie jest to blackmetalowa dekoracja z kartonu, tylko pejzaż po czymś, czego nie da się już odwrócić. SVRM od dawna najlepiej działa właśnie wtedy, gdy piękno nie przychodzi mimo rozpaczy, tylko razem z nią.
I tu pojawia się pytanie niewygodne, ale konieczne: czy „Мертвий край” działa dlatego, że to SVRM, a ja mam do tego projektu słabość, czy dlatego, że ten materiał faktycznie dorzuca coś do jego języka?
Odpowiedź, jak zwykle w takich przypadkach, będzie średnio wygodna dla wszystkich miłośników jednoznacznych wyroków. Bo tak, to jest SVRM rozpoznawalny od pierwszych minut. Nie ma tu gwałtownego skrętu, desperackiego szukania nowego kostiumu ani ambicji, żeby nagle udowodnić światu, że ukraiński black metal potrzebuje własnej rewolucji październikowej, tylko z większą ilością tremolo. Jest zimno. Jest melancholijnie. Jest surowo, ale nie prymitywnie. Jest melodyjnie, ale bez zamiany black metalu w smutną pocztówkę z lasu. Są te charakterystyczne momenty, w których gitarowa ściana zamiast walić w twarz, zaczyna ciągnąć za sobą cały krajobraz.
To muzyka, która nie musi robić rewolucji, żeby działać. I może właśnie dlatego działa.
Słuchając „Мертвий край”, mam poczucie, że jestem muzycznie we właściwym miejscu. Że dostałem dokładnie to, po co przyszedłem: chłód, ciężar i znajomą surowość, która nie potrzebuje teatralnych gestów, żeby robić swoje.
A jednocześnie wiem, że chyba nie oberwę już tak mocno, jak wtedy, gdy pierwszy raz słuchałem „Экуменополис” z „При смерти” albo „Всіх безумних щастя” z „Останнє сонце”. Są takie momenty w relacji z muzyką, których nie da się powtórzyć. Nie dlatego, że późniejsze rzeczy są słabsze. Raczej dlatego, że człowiek raz już został trafiony w konkretne miejsce i następne ciosy, choćby celne, nie mają tej samej niewinności pierwszego uderzenia.
To nie jest zarzut wobec nowego materiału. Bardziej uczciwe przyznanie się do tego, że słuchacz nie jest laboratoryjnym urządzeniem pomiarowym. Nie da się wejść drugi raz w tę samą płytę, ten sam zespół, ten sam moment życia i udawać, że wszystkie reakcje da się odtworzyć z dokładnością do trzech miejsc po przecinku. Muzyka zostaje z nami razem z czasem, w którym ją usłyszeliśmy. A czas, jak wiadomo, jest wyjątkowo podłym realizatorem dźwięku.
Więc jakie ostatecznie jest nowe wydawnictwo SVRM?
Takie, jakiego spodziewałem się dostać w chwili, gdy zobaczyłem powiadomienie z Bandcampa. I w tym przypadku to wcale nie jest zarzut. SVRM znowu zabiera mnie gdzieś na ukraińskie stepy, dzikie pola, w przestrzeń, w której nie ma już ani dobra, ani zła. Ani Boga, ani diabła. To miejsce tak beznadziejne, że nawet oni postanowili je opuścić, zostawiając po sobie tylko wiatr, sól i pamięć o czymś, co kiedyś mogło być życiem.
Są tu zasolone pola, na których nic już nie urośnie. Są puste wsie bez ani jednej żywej duszy. Są drogi prowadzące donikąd i domy, do których nikt nie wróci. Nie ma patosu zwycięstwa. Nie ma wielkiej blackmetalowej pozy. Jest krajobraz po odejściu wszystkiego, co mogło nadać mu sens. Uparta, martwa obecność miejsca, które zostało samo ze sobą.
Nadzieja umarła dawno temu.
SVRM tylko nagrywa ścieżkę dźwiękową do jej pustego grobu.
