Jak zmusić się do wyjścia z domu za 20 złotych?
Otwarcie sezonu koncertowego. Takiego prawdziwego.
W tym roku nastąpiło dość późno. Prawdopodobnie nastąpiłoby jeszcze później, gdyby nie kilka sprzyjających okoliczności. Przede wszystkim nie miałem specjalnej ochoty wychodzić z domu, a to, co pojawiało się na mieście, albo nie spełniało moich wymagań, albo przegrywało z moim lenistwem. Wspólny mianownik był chyba taki, że nic nie było dostatecznie metalowe, żeby ruszyć dupsko z domu.
Tym razem kumpel naciskał, żeby gdzieś wyjść, więc pojawił się przynajmniej jeden rozsądny powód. Nawet gdyby koncert okazał się nieudany, zawsze można było wypić piwo i pogadać. Drugim argumentem była cena wejściówki, wynosząca całe 20 złotych. Kwota kusząca, choć jednocześnie trochę odstraszająca, bo nie obiecywała zbyt wielu doznań artystycznych.
Z drugiej strony sugerowała, że zespoły, które pojawią się na scenie, raczej nie zajmują się muzyką z myślą o wielkiej karierze i imponujących zyskach. Ot, trochę grania z pasji, dla ludzi, którzy mają ochotę tego posłuchać. Zawsze pozostawała też możliwość opuszczenia knajpy po dwudziestu czy trzydziestu minutach i pogodzenia się ze stratą dwóch dych.
Problemem było również samo miejsce. Istniejący od ponad ćwierćwiecza rzeszowski Underground Pub nigdy nie należał do moich ulubionych przestrzeni koncertowych. Małe, wąskie pomieszczenia w piwnicach kamienicy projektowano raczej z myślą o przechowywaniu węgla czy ziemniaków niż organizowaniu koncertów.
Ostatni występ, na którym byłem tam przed laty, skutecznie zniechęcił mnie do kolejnych wizyt. Pamiętam, że scenę widziałem dosłownie przez wąskie przejście między pomieszczeniami. Sytuacji nie poprawiał fakt, że grał jakiś grindcore, a świńskie kwiki i chrumkanie dochodzące z głośników, w połączeniu z kiepską akustyką, nie stanowiły szczególnie przyjemnego doświadczenia. Przynajmniej dla mnie. Wyszedłem wtedy z przekonaniem, że więcej tam nie wrócę.
Ale w ostatnich latach mapa rzeszowskich miejsc koncertowych znowu doczekała się sporej roszady, a na cmentarzu lokali oferujących ciężką muzykę na żywo przybyło kolejnych nagrobków. Człowiek staje się więc mniej wybredny.
Tymczasem obecna właścicielka Undergroundu najwyraźniej postanowiła stanąć na wysokości zadania i część piwnicy, w której odbywają się koncerty, doczekała się nawet skromnej adaptacji akustycznej. Efekt? To, co usłyszałem w sobotę, było naprawdę dobrze słyszalne. Byłem mile zaskoczony.
Tak więc rozpiska prezentowała się… dobrze? Znośnie? W każdym razie nie na tyle źle, żeby samo pojawienie się na miejscu miało doprowadzić mnie do poczucia wstydu i konieczności wyrzucenia wszystkich luster z domu.
24 października 2026 roku na scenie Underground Pubu w Rzeszowie zapowiedziano cztery zespoły: War Blood, Murderfirst, W Ramionach Wiedźmy oraz Hellset. Wszystko za wspomniane 20 złotych.
Był to mój pierwszy kontakt z każdym z tych zespołów, dlatego nie zamierzam opisywać, jak bardzo mają rozbudowane struktury kompozycyjne, gdzie zastosowano nietypowe rozwiązania harmoniczne i dlaczego akurat taka konstrukcja riffu świadczy o wyjątkowej dojrzałości artystycznej muzyków. Nie ukrywam też, że to konkretne wyjście z domu nie było skoncentrowane wyłącznie na muzyce. Miało również charakter socjalizacyjny.
Bez zdjęć, filmików i udawania poważnego blogera. Zresztą szklanka z drinkiem w dłoni trochę utrudnia dokumentowanie wydarzeń na scenie. Sprawdziłem jednak później profile zespołów i okazało się, że same udostępniają całkiem sporo nagrań, również koncertowych. Każdy zainteresowany może więc sprawdzić, co grają i jak to robią, już bez mojej pomocy.

War Blood. Dwadzieścia złotych już się zwróciło
Jako pierwszy na scenie pojawił się miejscowy War Blood, zespół działający od 2001 roku, początkowo pod nazwą G-Hud. Na koncie mają trzy albumy, z których ostatni, „Human Collapse”, ukazał się w 2023 roku.
Nie będę udawał, że ich koncert wywrócił mój świat do góry nogami. Nie zapadli mi szczególnie w pamięć, ale naprawdę nie mają się czego wstydzić.
Growl był, charczące gitary były, solówki były. Wszystko się zgadzało. Solidny death metal, który przesłuchałem od początku do końca, nie tracąc zainteresowania ani na chwilę. Nie było momentu, w którym zacząłbym nerwowo rozglądać się za wyjściem albo zastanawiać, czy przypadkiem nie zostawiłem w domu włączonego żelazka.
Gdy zeszli ze sceny, stwierdziłem, że nie zmarnowałem tych 20 złotych. A przecież przede mną były jeszcze trzy zespoły.
War Blood w sieci: Facebook | YouTube
Murderfirst. Death metal i krótka lekcja obsługi cudzego sprzętu
Jako drugi wystąpił lubelski Murderfirst i moim zdaniem był to najlepszy koncert całego wieczoru.
Zespół powstał pod koniec 2024 roku, więc mamy do czynienia z formacją stosunkowo młodą. Tym bardziej zaskoczyło mnie, jak dobrze prezentowali się na scenie.
Grali porządnie poukładany death metal, miejscami skręcający w rejony groove metalu. Chwilami odnosiłem też wrażenie, że muzycy bardzo chętnie sięgają po rozwiązania pochodzące z miejsc dość odległych od klasycznego death metalu. I uważam to za zaletę. Nie miałem poczucia słuchania kolejnej kapeli, która postanowiła odtworzyć zestaw obowiązkowych elementów gatunku i uznała, że na tym kończy się proces twórczy.
Oczywiście najpiękniejszym momentem koncertu okazała się krótka przerwa, poświęcona wymianie poglądów między jednym z muzyków a kimś z publiczności. Przedmiotem dyskusji była kwestia dotykania sprzętu estradowego oraz opierania się o niego pod wpływem alkoholu.
Napisałem to w najłagodniejszy sposób, na jaki było mnie stać.
Pomijając jednak erudycję zaprezentowaną podczas tej spontanicznej debaty, Murderfirst zrobił na mnie naprawdę dobre wrażenie. Zarówno pod względem umiejętności muzycznych, jak i pewnej scenicznej charyzmy oraz prezencji. Widać było, że muzycy potrafią nie tylko grać, ale również dobrze prezentować swoją twórczość przed publicznością.
Jeżeli nadarzy się okazja zobaczenia ich ponownie, postaram się z niej skorzystać. A to już chyba wystarczająca rekomendacja.
Murderfirst w sieci: Facebook | YouTube | Instagram
W Ramionach Wiedźmy. Thrash metal, Baba Jaga i Diabelski dom
Trzecim zespołem byli W Ramionach Wiedźmy, kolejna lokalna, rzeszowska formacja. Tym razem muzycznie znaleźliśmy się bliżej heavy i thrash metalu, a więc w rejonach, które niekoniecznie stanowią moje ulubione granko.
Nie zmienia to faktu, że występ był całkiem udany. Muzyka ładnie bujała, wszystko znajdowało się na swoim miejscu, a w repertuarze pojawił się nawet cover „Diabelskiego domu” Kata. I to zawsze jakiś argument przemawiający na korzyść zespołu.
Mam natomiast pewien problem z estetyką tego przedsięwzięcia. Jakoś nie do końca klei mi się w głowie takie heavy/thrashowe granie z tekstami w rodzaju „raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy” oraz tym nieco plastikowym, moim zdaniem, podejściem do eksplorowania słowiańskości, duchowości natury czy innych podobnych tematów.
Nie wiem. Może po prostu mam alergię na pewien rodzaj metalowej estetyki, w której wszystko musi być jednocześnie mroczne, tajemnicze, pradawne i odpowiednio magiczne. Trudno. Narzekam, bo mogę.
Ale żeby było jasne: omawiam już trzeci zespół tego wieczoru i wciąż uważam, że były to bardzo dobrze wydane pieniądze.
Co więcej, gdybym miał ponownie wybrać się na koncert z takim zestawem wykonawców, spokojnie mógłbym zapłacić więcej. Mam na swoim koncie całkiem sporo występów, za które zapłaciłem znacznie większe kwoty, a które ostatecznie okazywały się kompletnym nieporozumieniem.
Więc wiem, o czym piszę.
W Ramionach Wiedźmy w sieci: Facebook | YouTube | Spotify
Hellset. W poszukiwaniu własnej tożsamości
I tadaaam! Przechodzimy do headlinera wieczoru.
Hellset.
I tutaj mam problem.
Napiszę więc najłagodniej, jak potrafię.
Odnoszę wrażenie, że Hellset jest zespołem, który wciąż poszukuje własnej tożsamości. Grali sporo materiału z nadchodzącej, trzeciej płyty. Być może właśnie na niej uda im się tę tożsamość odnaleźć. Nie zamierzam przesądzać, bo przyszłość potrafi zaskakiwać, a nowe kompozycje zasługują na osobną ocenę.
Natomiast to, co prezentowali bez poprzedzającego utwór zastrzeżenia, że pochodzi on z nadchodzącego albumu…
Ojejku.
I tutaj pozwolę sobie już na klasyczną złośliwość.
Gdyby Hellset otwierał cały wieczór, prawdopodobnie faktycznie wyszedłbym po dwudziestu minutach. Dobra, może trochę później. Nie stałem przecież ze stoperem w ręku. W każdym razie kiedy zagrali „Jabol Punk”, porzuciłem wszelką nadzieję.
I naprawdę poczułem potrzebę znalezienia się gdzieś bardzo daleko od tego miejsca.
Oczywiście była to przede wszystkim potrzeba moich nóg. Publiczności zgromadzonej pod sceną najwyraźniej się podobało i nie zamierzam udawać, że wszyscy podzielali moje cierpienie. Wręcz przeciwnie. Ludzie dobrze się bawili, zespół miał swoich odbiorców, a koncert toczył się dalej.
No cóż. Najwyraźniej to ja mam dziwne guściki i wygórowane oczekiwania.
Nie twierdzę, że Hellset nie potrafi grać. Mam raczej problem z tym, co próbują za pomocą swoich umiejętności muzycznych osiągnąć. Przynajmniej na podstawie tego, co usłyszałem tego wieczoru. Nie znalazłem tam zbyt wielu powodów, żeby się tym zespołem zainteresować na dłużej.
Pozostaje mieć nadzieję, że nadchodzący album przyniesie coś, co pozwoli im wyraźniej określić własny kierunek. Dwie wcześniejsze płyty, „Global Warning” z 2023 roku i „Shepherd of the Blind” z 2024 roku, najwyraźniej nie doprowadziły mnie do muzycznego objawienia podczas tego koncertu.
Hellset w sieci: Facebook | Bandcamp | YouTube | Instagram | TikTok
Dwie dychy dobrze wydane
Ostatecznie wieczór trafia na listę tych zdecydowanie udanych.
Był to mój pierwszy kontakt ze wszystkimi czterema zespołami. Znaczna część tego, co usłyszałem, przypadła mi do gustu, nawet jeżeli czasami muzyka znajdowała się trochę poza moją bańką zainteresowań.
Murderfirst okazał się bardzo miłym zaskoczeniem, War Blood zaprezentował solidne deathmetalowe granie, a W Ramionach Wiedźmy udowodnili, że nawet heavy/thrash, do którego mam pewien dystans, może zapewnić całkiem przyjemny koncert. Oczywiście nie obyło się bez rozczarowania, ale trudno oczekiwać, żeby cztery zespoły jednego wieczoru idealnie trafiały w gust jednego, coraz bardziej wybrednego człowieka.
Dodatkowym zaskoczeniem okazał się sam Underground Pub. Miejsce, które dawno temu skreśliłem ze swojej prywatnej mapy koncertowej, najwyraźniej zasługuje na drugą szansę. Szczególnie w mieście, w którym kolejne lokale znikają, a możliwości posłuchania ciężkiej muzyki na żywo wcale nie przybywa.
Nie żałuję więc ani wydanych pieniędzy, ani czasu poświęconego na wyjście z domu. A przecież jeszcze kilka godzin wcześniej moje lenistwo miało zupełnie inne plany.
Sezon koncertowy uważam za otwarty.
A niektórym zespołom mogę tylko życzyć jak najszybszego odnalezienia własnej tożsamości.

