Nagroda pocieszenia z moralnym kacem, czyli znowu jadę na Mushroomhead

Odwołany koncert Crowbar zostawił mi opłacony pociąg, hotel we Wrocławiu i sporo wolnego miejsca w kalendarzu. W ramach nagrody pocieszenia pójdę więc na Mushroomhead, zespół ważny dla mojego dorastania, ale dziś obciążony taką liczbą zmian składu, konfliktów i procesów, że do biletu powinien być dołączony schemat zależności oraz formularz moralnego rozgrzeszenia.

Podziel się swoją opinią

W tym roku swoje plany wakacyjne wyczerpałem już dawno temu.

Żeby jednak przychylić sobie nieba odrobinę bardziej, przygotowałem jeszcze kilka dodatkowych atrakcji. A właściwie pielgrzymek. Jedną z nich miał być wyjazd do Wrocławia na koncert Crowbar.

Jak zwykle powtarzam: nie da się być ze wszystkim na bieżąco. Czasem nawet zespoły o statusie legendy trafiają do człowieka dopiero wtedy, kiedy jest już brzydki, łysy i gruby, a do tego wydaje mu się, że zna na metalowej scenie wszystko.

U mnie z Crowbar właśnie tak było.

Zespół przeszedł mi gdzieś obok nosa. Kiedy poznałem go kilka lat temu i usłyszałem tę prostą, ale potwornie ciężką muzykę, połączoną z tekstami, które bez zbędnej poezji trafiają w samo sedno jak cios w szczękę, pomyślałem jedno: gdybym znał ich jako nastolatek, może miałbym wtedy kilka problemów mniej.

Taki bieda-coaching, tylko podany przez wzmacniacze, gruz i głos człowieka, który brzmi, jakby przeżył więcej niż wszystkie poradniki motywacyjne razem wzięte.

Gdyby odpowiednio wcześnie trafiło do mnie coś takiego jak „To Build a Mountain”, może parę rzeczy poukładałbym sobie szybciej.

Dlatego cieszyłem się, że wreszcie posłucham Crowbar na żywo.

A potem, w niedzielę wieczorem, przyszła wiadomość od organizatora.

Koncert odwołano. Właściwie odwołano całą europejską trasę.

Wrocławski występ sprzedał się niemal natychmiast. Przeniesiono go więc do większego miejsca, które mogło pomieścić więcej ludzi. I ono również się wyprzedało.

Crowbar jednak nie przyjedzie.

Kirk Windstein już wcześniej miał problemy z kręgosłupem. Podczas jednej z tras, chyba jeszcze w Stanach, kończył koncerty, grając na krześle.

Sam Kirk zabrał głos w tej sprawie przez profil facebook Crowbar.

Musi zająć się zdrowiem i kręgosłupem. W ciągu swojej trzydziestosześcioletniej kariery podobno nigdy wcześniej nie odwołał koncertu. Tym bardziej sytuacja musi być poważna.

Na Mystic Festival, podczas koncertu Down, gdzie grał na gitarze obok Phila Anselmo, radził sobie bez większych problemów. Przynajmniej tak to wyglądało z perspektywy człowieka stojącego pod sceną.

No trudno.

Cała logistyka była już ogarnięta. Pociągi kupione. Hotel opłacony. W tej sytuacji została mi tylko nagroda pocieszenia.

Obecny skład amerykańskiego zespołu metalowego Mushroomhead w charakterystycznych maskach i kostiumach.
Mushroomhead w obecnym składzie. Z dawnej personalnej układanki pozostało niewiele, ale maski i szyld nadal są te same.

Mushroomhead wchodzi na zwolnione miejsce

Kiedy koncert Crowbar przeniesiono do większego klubu, w tym mniejszym pojawił się Mushroomhead. Zespół, którym strasznie jarałem się za dzieciaka.

Oba koncerty miały odbyć się tego samego wieczoru. Bilet na Crowbar już miałem, więc rachunek był prosty. Bilokacja jest atrybutem świętych, a ja nie potrafię uruchomić swojej drugiej instancji, która poszłaby równocześnie na drugi koncert.

Kiedy Mushroomhead po raz pierwszy przyjechał do Polski, natychmiast kupiłem bilet. Byłem na ich koncercie w warszawskiej Proximie.

Serio, ta kapela była dla mnie bardzo ważna.

Każdy nastolatek przechodzi przez ciężkie chwile, bo w pewnym momencie zaczyna się rozpadać cała ochronna bańka zbudowana przez rodziców, szkołę i kreskówki Disneya. Nagle odkrywasz, że świat działa zupełnie inaczej, niż ci wcześniej opowiadano. Widzisz coraz więcej, ale wciąż niewiele rozumiesz. Nie wiesz, dlaczego nikt cię przed tym nie ostrzegł. To jednocześnie kurewsko przeraża i kurewsko wkurwia.

Życie nastolatka w pigułce.

To trochę jak mała, prywatna apokalipsa. Nie w dzisiejszym znaczeniu widowiskowego końca świata, ale w pierwotnym sensie tego słowa. Greckie „apokálypsis” oznacza odsłonięcie, ujawnienie czegoś, co wcześniej pozostawało zakryte. Kurtyna idzie w górę i zaczynasz dostrzegać prawdziwą naturę rzeczy. Problem w tym, że spektakl okazuje się znacznie bardziej ponury, niż zapowiadał program.

W moim przypadku tej nastoletniej apokalipsie towarzyszyły też wydarzenia, o których nie chcę pisać zbyt szczegółowo. Wystarczy powiedzieć, że bardzo wcześnie przekonałem się, jak szybko może rozpaść się poczucie bezpieczeństwa. I chociaż minęło od tego wiele lat, tamten czas nadal czasem ciągnie się za mną jak cień.

Jako gówniarz znajdowałem trochę ukojenia w ówczesnych albumach Mushroomhead: „XX” z 2001 roku, „XIII” z 2003 i „Savior Sorrow” z 2006. Był w nich dźwięk, który wydawał mi się wtedy czymś całkowicie unikalnym. Ciężkim, dziwnym, niepokojącym, ale jednocześnie znajomym. Pomagały mi nawet ich najbardziej patetyczne teksty. Sam próbowałem je tłumaczyć, więc przynajmniej przy okazji podszlifowałem trochę angielski.

Mogę dzisiaj patrzeć na Mushroomhead jak na nu-metalowego potworka w maskach. Mogę kręcić nosem na patos, chaos personalny i wszystkie późniejsze decyzje zespołu. Emocjonalnej wartości tamtych płyt nie potrafię jednak unieważnić.

Chyba dlatego Mushroomhead nadal jest dla mnie ważny.

I właśnie dlatego wszystko, co wydarzyło się później, zostawia tak paskudny posmak.

Tyle że to nie był już ten sam Mushroomhead, którego kiedyś słuchałem.

Z klasycznego składu pozostał właściwie tylko Skinny, czyli perkusista Steve Felton.

Szok.

Gdzie był St1tch? Co prawda nie należał do składu założycielskiego, ale dołączył na tyle wcześnie, że z perspektywy fana był jedną z najważniejszych masek zespołu.

Gdzie był drugi wokalista? Gdzie był J-Mann, który przecież wrócił do kapeli?

Kim był ten nowy człowiek?

Sam koncert ostatecznie zaliczyłem do udanych. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że oglądam zespół, który nosi znajomą maskę, ale pod spodem ma już zupełnie inną twarz.

Moja dogłębna znajomość dyskografii Mushroomhead skończyła się gdzieś na „Savior Sorrow” z 2006 roku. Czyli gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy, przystawił do ucha głośnik Bluetooth i zażądał natychmiastowego podania tytułu kawałka, miałbym spore szanse odpowiedzieć poprawnie.

Później, z grzeczności i sentymentu, sprawdzałem jeszcze:

  • „Beautiful Stories for Ugly Children” z 2010 roku,
  • „The Righteous & the Butterfly” z 2014 roku.

Muzycznie byłem już jednak zupełnie gdzie indziej. Słuchałem ich bardziej z ciekawości niż z realnej potrzeby. Gdzieś po drodze zdarzył się jeszcze epizod z trzema wokalistami: J-Mannem, Jeffem Hatrixem i Waylonem.

Później pojawiła się również Jackie LaPonza.

Tyle że wtedy nie śledziłem już dokładnie, co dzieje się w zespole.

Mignęły mi jakieś informacje, że Jeff Hatrix odszedł z Mushroomhead i doznał nawrócenia. W mozaice niezliczonych protestanckich kościołów, wspólnot i zborów nie mam jednak pojęcia, co dokładnie się wydarzyło. Zresztą to jego życie. Nie moja sprawa.

Po koncercie w Warszawie zacząłem jednak grzebać.

I trochę włos mi się zjeżył na głowie.

Powyżej: „Sun dosen’t rise” z warszawskiej Proximy w 2022.

Zespół jak firma

Na profesjonalnym poziomie zespół musi działać trochę jak firma. Ktoś musi nim kierować, podejmować decyzje, pilnować terminów, pieniędzy, tras, kontraktów i całej tej mało romantycznej infrastruktury stojącej za scenicznym chaosem.

W przypadku Mushroomhead taką osobą był Skinny.

Tylko że kiedy po latach w firmie zostaje właściwie sam szef, a cała reszta załogi zdążyła wymienić się kilka razy, człowiek zaczyna zadawać pytania.

Nie wiem, czy jest sens opisywać całą epopeję. Kto odszedł, kto wrócił, kto z kim się pokłócił i kto według czyjej wersji wydarzeń był winny. Mushroomhead nie jest największym zespołem świata. Dla większości ludzi te nazwiska będą brzmiały jak lista pracowników zakładu produkującego maski przeciwgazowe.

Przytoczę więc tylko kilka historii, które najbardziej mnie zezłomowały.

J-Mann za pierwszym razem został zastąpiony przez Waylona. A teraz został zastąpiony przez Steve’a Rauckhorsta. O ile dobrze kojarzę, przez lata pracował on jako techniczny Mushroomhead, a jednocześnie był liderem zespołu Ventana, który wielokrotnie jeździł z nimi w trasy.

Sama zmiana odbyła się bez większej komunikacji w mediach. Przynajmniej ja nie znalazłem żadnego jasnego komunikatu wyjaśniającego, co się właściwie stało.

Trochę brzmi to jak korpo decyzja spod znaku: ciemny lud wszystko kupi, bez potrzeby wyjaśnienia czegokolwiek.

Not cool, Steve. Not cool.

Jeff Hatrix odszedł z zespołu w 2018 roku. Z jego wypowiedzi wynikało dość jasno, że Mushroomhead nie był już tym bytem, który kiedyś współtworzył. W grę wchodziły tarcia personalne, różnice artystyczne i cała reszta klasycznego zestawu atrakcji, dzięki któremu zespoły rozpadają się szybciej niż małżeństwa zawierane po pijaku w Las Vegas.

Potem zrobiło się znacznie mniej zabawnie.

W kwietniu 2024 roku żona Hatrixa zmarła na raka.

W sierpniu tego samego roku Hatrix pozwał Feltona oraz podmioty związane z działalnością Mushroomhead. Zarzucał im między innymi naruszenie praw autorskich, brak należnych tantiem i niewłaściwe rozliczanie przychodów.

Pod koniec 2024 roku również u niego zdiagnozowano raka. Na początku 2025 roku jego córka założyła zbiórkę crowdfundingową na leczenie.

Sam wpłaciłem jakieś dwadzieścia albo trzydzieści dolarów. Trochę jako pokutę, trochę jako zwyczajną pomoc.

Jako dzieciak nigdy nie kupiłem ich płyt. Nie pamiętam nawet, czy w Polsce dało się je wtedy normalnie dostać. W trudnym momencie mogłem więc przynajmniej w taki sposób wesprzeć artystę, którego muzyki kiedyś słuchałem.

Chyba leczenie przyniosło efekty, bo na początku 2026 roku Hatrix miał zawrzeć ze Skinnym ugodę dotyczącą należnych mu pieniędzy.

To, co działo się w Mushroomhead i wokół zespołu, znam wyłącznie z internetowych newsów. Czyli z ćwierćprawd, półprawd, wyrwanych z kontekstu wypowiedzi i relacji ludzi, którzy zawsze przedstawiają siebie jako jedyną rozsądną osobę w pokoju.

Nie zamierzam więc udawać, że wiem, jak było naprawdę.

Z punktu widzenia człowieka, który kiedyś nazywał się fanem tego zespołu, pozostaje jednak ogromny niesmak. Jeden z twórców jego dziedzictwa musiał sięgać po prawników, żeby zawalczyć o pieniądze, które jego zdaniem mu się należały. I robił to w najciemniejszym momencie swojego życia.

Uff.

Ciężko mi się pisze ten tekst. Naprawdę.

Powyżej: „Solitaire Unraveling” z warszawskiej Proximy w 2022.

Stare twarze, nowe zespoły

Mógłbym jeszcze napisać o projekcie Waylona, Killer’s Confession, który powstał po jego odejściu z Mushroomhead. Przez skład przewinęło się kilku byłych muzyków grupy, a St1tch znalazł tam stałe miejsce.

Dla starych fanów klip do „In Case of Emergency”, z gościnnym udziałem J-Manna, był dość czytelnym sygnałem, że pęknięcie dawno wyszło poza sam szyld Mushroomhead.

Wyglądało to raczej jak konsolidacja ludzi, którzy po drugiej stronie zostawili nie tylko dawny zespół, ale też sporo żalu.

Były również krótkie reaktywacje innych projektów pobocznych.

Do tego powstał Ex-Faces, czyli zespół grający stare utwory Mushroomhead z czasów, kiedy jego członkowie rzeczywiście uczestniczyli w ich tworzeniu.

Chcecie więcej szaleństwa?

W Mushroomhead na gitarze grał Gravy, czyli Dave Felton, prywatnie brat Skinny’ego. Według jego relacji w 2012 roku został wyrzucony z zespołu e-mailem. Bez jasnego wyjaśnienia i, jak wtedy twierdził, nawet bez wcześniejszej rozmowy z bratem.

Najwyraźniej więzy krwi są święte, dopóki Outlook nie postanowi inaczej.

Dziesięć lat później Gravy ponownie pojawił się na scenie z Mushroomhead. Rodzina, wiadomo. Najpierw wyrzucają cię z kapeli za pomocą skrzynki odbiorczej, a dekadę później znowu gracie razem, jakby największym problemem pozostawało ustalenie setlisty.

Ten poziom profesjonalizmu niebezpiecznie przypomina historię Joeya Jordisona, który twierdził, że ze Slipknot również wyrzucono go e-mailem. Bez zebrania zespołu, bez rozmowy z klaunem-managerem, bez spojrzenia w oczy człowiekowi, który współtworzył grupę od jej początków.

Chciałoby się więc złośliwie napisać, że Mushroomhead przejął od Slipknot najbardziej podłe wzorce zarządzania.

Tyle że chronologia psuje ten żart.

Gravy został wyrzucony w 2012 roku. Jordison wyleciał ze Slipknot rok później.

Mushroomhead zaczęło działalność wcześniej niż Slipknot, ale to ekipa z Iowa wystrzeliła na poziom popularności, do którego zespół Skinny’ego nigdy się nie zbliżył.

Czyli nawet tutaj też Mushroomhead było pierwsze.

Nie udało się prześcignąć Slipknot, ale przynajmniej standard wyrzucania ważnych muzyków przez e-mail udało się wyznaczyć z wyprzedzeniem.

Istniał też projekt (216), grający dość powolny, ale bardzo klimatyczny hardcore. W jego składzie znaleźli się J-Mann, Skinny, Gravy oraz Pig Benis, dawny basista Mushroomhead.

Po latach (216) wrócił na kilka koncertów. Bez Skinny’ego, ale za to z Gravym.

A Gravy gra również w Ex-Faces. Ten sam Gravy, który przez lata przychodził do Mushroomhead, odchodził z niego, został wyrzucony e-mailem, po dekadzie ponownie pojawił się obok brata, a jednocześnie znalazł miejsce w zespole złożonym z byłych członków Mushroomhead.

W pewnym momencie przestajesz już śledzić historię zespołu, a zaczynasz rozrysowywać ją na tablicy korkowej, łącząc nazwiska czerwoną włóczką.

Prawdziwa telenowela. Tylko zamiast hacjendy są maski, kombinezony i siedmiostrunowe gitary.

Trudno o bardziej wymowny obraz całej sytuacji.

Byli członkowie Mushroomhead grają stare utwory pod inną nazwą, a zespół działający pod oryginalnym szyldem składa się w większości z ludzi, których przy powstawaniu tych utworów nie było.

Statek Tezeusza, tylko w maskach i z przesterowanymi gitarami.

Jadę. Tylko po co?

Ostatecznie nadal jadę do Wrocławia.

Z braku laku kupiłem bilet na Mushroomhead. Nagroda pocieszenia po odwołanym Crowbar.

Tyle że w świetle wszystkich tych cyrków pójdę na koncert z niesmakiem.

Pójdę. Tylko że nie będzie to już ten Mushroomhead, który chciałem zobaczyć jako dzieciak.

Nie mogę też powiedzieć, że przez wszystkie te lata byłem wyłącznie biernym obserwatorem. Słuchałem starych płyt, wspominałem, czasem sprawdzałem, co dzieje się z ludźmi tworzącymi ten zespół. Kiedy Jeff zachorował, wpłaciłem pieniądze na jego leczenie. W Warszawie zapłaciłem za bilet i kupiłem koszulkę. We Wrocławiu scenariusz pewnie będzie podobny: wejdę, stanę pod sceną i być może znowu zostawię trochę pieniędzy na merchu.

Tylko że tym razem nie będzie już w tym niewinnego zachwytu fana spełniającego stare marzenie.

Będzie świadomość całej tej historii. Pozwów, odejść, powrotów, konfliktów i ludzi, którzy współtworzyli ten zespół, a dziś stoją gdzieś obok jego własnego szyldu.

Pójdę więc na koncert sygnowany nazwą Mushroomhead.

Ale nie wiem, czy zobaczę tam jeszcze Mushroomhead.

Będzie to trzecia wizyta zespołu w Polsce.

Na pierwszej byłem.

Druga obejmowała dwa koncerty, w Warszawie i Krakowie. Wtedy odpuściłem. Uznałem, że marzenie małego Moora zostało już spełnione. Widziałem ich raz, odhaczyłem ważny punkt dziecięcej listy i mogłem iść dalej.

Po co oglądać ich ponownie?

Teraz odpowiedź brzmi: bo Crowbar odwołał koncert, pociąg jest opłacony, hotel też, a człowiek próbuje uratować wyjazd, który jeszcze kilka dni wcześniej miał być małą metalową pielgrzymką.

Zgodnie z pielgrzymkową tradycją sama droga również powinna mieć jakieś znaczenie. Być okazją do kontemplacji, przewietrzenia głowy i pomyślenia o czymś ważnym.

Niekoniecznie o Mushroomhead. Ten zespół stracił dla mnie dawne znaczenie wiele lat temu. Sentyment pozostał, ale nie zamierzam przez całą trasę do Wrocławia rozważać kolejnych zmian składu, pozwów i tego, kto aktualnie nosi którą maskę.

Może pomyślę o czymś innym.

Jeszcze nie wiem o czym.

Zresztą Fryderyk Barbarossa byłby dość ponurym kontrargumentem wobec tezy, że droga jest ważniejsza od celu. Wyruszył na III krucjatę, ale utopił się w rzece Salef, zanim dotarł tam, dokąd zmierzał.

Życzcie mi więc szczęścia.

Z tyłu głowy i tak będzie siedziało pytanie, czy kupując bilet, nie zdradzam własnego moralnego bojkotu.

I kiedy stoję przed lustrem w łazience, myję zęby i patrzę na własną, starzejącą się twarz, zastanawiam się, czy przypadkiem nie powinienem unikać jej spojrzenia.

Crowbar nie zagra.

Mushroomhead zagra.

A ja pojadę.

W końcu hipokryzja też potrzebuje czasem hotelu we Wrocławiu.

Podziel się swoją opinią

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *