Nu metal. Jest taki potworek. Muzyka jak hamburger z McDonalda.
Najczęściej piszę o czymś wtedy, gdy intensywnie o tym myślę. To taki sposób, żeby uporządkować i ewentualnie pogłębić wiedzę, którą już miałem w głowie. A o nu metalu ostatnio myślałem sporo.
Z jednej strony przez przypadkowe dyskusje w pracy, gdzie musiałem się tłumaczyć, dlaczego tak narzekam na Linkin Park, dlaczego neguję ich metalowość i dlaczego nie uważam nu metalu za metal. Przecież ten gatunek ma słowo „metal” w nazwie.
Z drugiej strony ostatnio wysłuchałem całkiem sporo filmików na YouTubie, które mniej lub bardziej udolnie omawiały pojedyncze zespoły, wrzucając niby zaskakujące wiadomości, że jeden z tych „legendarnych nu metalowych zespołów zagra w Polsce na stadionie”.
Meh… niech sobie gra. W ostatnich latach sam pojechałem na koncerty nu metalowych kapel i jakoś mi nie wstyd z tego powodu.
Ciekawe jest to, że ten gatunek rozbłysnął z siłą wybuchającej gwiazdy. I po tym wybuchu pozostała cisza.
Ktoś zna jakieś nowe nu metalowe kapele? Chyba nikt. Na scenie wciąż kręcą się zespoły, które rozpoczęły karierę na przełomie wieków, a poza nimi to właściwie niczego nie ma.
Dobra wiem że jest taki zespół jak BlackGold – jest straszny – widziałem ich na Mystic Festival 2024 – byłem na całym koncercie w sumie tylko dlatego, że w tej konkretnej godzinie nie było niczego interesującego.
Postanowiłem poszukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się stało. Dlatego najpierw, jak zwykle, trzeba cofnąć się w czasie.
Ja, stety albo niestety, urodziłem się i dorastałem w momencie, kiedy metal jeszcze dział się „tu i teraz”. W rozmowach nie było nawet naturalnego odruchu, żeby rzucać hasłami typu „stara szkoła”. To nie była jeszcze muzealna etykieta. To był żywy organizm, który wciąż dynamicznie ewoluował i szukał swojej tożsamości.

W Polsce zbiegło się to z polskim boomem na hip-hop. Aż mam ochotę napisać o tym więcej – jak to wyglądało z perspektywy młodego metalowca – ale może kiedyś popełnię inny tekst na ten temat. Ciężko tu mówić o modzie na rap czy hip-hop. To bardziej była gwałtowna rewolucja kulturowa, która z punktu widzenia przeciętnego zjadacza chleba była tak mocna, że ciężkie gitarowe granie schodziło na drugi plan. Pierwszeństwo w miejskiej przestrzeni należało do Kalibra, Paktofoniki, Slums Attack, WYP3, Grammatik i wielu innych. Waliło to z każdego okna na polskich osiedlach. Nie można było przed tym uciec.
Hip-hop był kolejnym ruchem subkulturowym i buntowniczym. Starsze pokolenie rodziców oraz służby porządkowe natychmiast zaczęły metkować go jako zagrożenie.
Było to ciekawe zjawisko, bo nu metal, w dużym uproszczeniu, był workiem, w którym bazą było ciężkie gitarowe granie, ale wrzucano do niego sporo z innych gatunków muzycznych: funk, rap, grunge, industrial itd. Zanim ukuto termin nu metal, były już zespoły, które łączyły te odległe lądy. Body Count, którego frontmanem jest raper Ice-T, przedstawiano jako rapcore, a Suicidal Tendencies do dzisiaj bywa metkowany jako crossover. Jest tam mnóstwo takich wpływów i są powszechnie akceptowani na metalowych festiwalach. W Polsce jako crossover przedstawiał się zespół Wu-Hae z krakowskiej Nowej Huty.
Z jednej strony mieliśmy ciężkie gitarowe granie, z drugiej rapowe wstawki. Ogólnie ta muzyka nie była tak przytłaczająca jak reszta tego, co oferowała metalowa scena. Była dobrym pomostem między dwoma gatunkami. I działało to w obie strony.
W moich młodzieńczych latach widziałem sporo przypadków, w których ex-metale zdradzali barwy na rzecz rapu. Z kolei ludzie z kultury hip-hop, głównie dzięki różnym kolaboracjom, zaczynali interesować się cięższą muzyką. Rapowane wersy Limp Bizkit zapraszały obie strony do eksploracji odległych od siebie gatunków.
Pamiętam też własną bezradność i wkurw, kiedy koledzy pytali, czy słucham Sweet Noise. Skoro zrobili kolaborację z Peją/Slums Attack, to dla wielu osób lider Sweet Noise – Glaca – urastał do rangi króla ekstremum. Rówieśnicy pytali, a ja dalej siedziałem przy kasecie z kserowaną okładką „Moon in the Scorpio” i czułem się jak ostatni obrońca jakiejś podziemnej twierdzy, której nikt nie chciał oblegać.
Liczne egotripy Glacy potwierdzają, że chyba do dzisiaj myśli o sobie jako o królu polskiego ekstremum.
No cóż… Zdarza się…
Teraz mogę przejść głębiej w przeszłość, bo podgatunki metalu nie rozwijały się równomiernie. Te gatunki, które są dla mnie najbardziej istotne, powstały właściwie w odizolowanych od siebie środowiskach. Lokalne sceny same kształtowały styl, brzmienie i ramy, dzięki którym można było później coś sklasyfikować.
Zacznę od tego, że kiedy próbowałem sam dla siebie ogarnąć ewolucję gatunków muzycznych od czasów starożytnych do dzisiaj, doszedłem do wniosku, że dla współczesnej muzyki popularnej najważniejsze są blues, jazz i punk.
Oczywiście punk bez bluesa i jazzu nigdy by nie powstał, ale punk był inny. Istotę tego, co chcę przekazać, dobrze oddaje cytat z Guernica y Luno – „5 minut”:
„Bunt jest wtedy wiarygodny, jeżeli zmieni to, co wcześniej było niezmienialne”.
W kontekście tego eseju albo felietonu istotne jest to, że punk – czysty, dziki, undergroundowy – miał ogromny wpływ na kształtowanie sceny metalowej, np. w Kalifornii i Bay Area. Tam heavy metal zderzył się z punkiem i hardcore’em. Wszyscy zdawali się ścigać o to, kto zagra szybciej, dziczej i bardziej agresywnie. Bum. Z takiego napięcia wyrósł thrash metal.
Sama nazwa zawsze mnie ciekawiła.
Thrash znaczy: młócić, walić, bić, miotać się gwałtownie.
Brzmi prawie jak trash, czyli śmieci.
Oczywiście thrash metal nie pochodzi od słowa trash. To trzeba powiedzieć jasno. Ale podobieństwo brzmieniowe jest ciekawe, bo cała ta muzyka i tak żyła na granicy odrzutu, hałasu, agresji i antysmaku. Nie była elegancka. Nie miała być elegancka. Miała walić po głowie.
Do tego dochodzi punk – jak napisałem wcześniej jeden z trzech wielkich filarów współczesnej muzyki rozrywkowej. Sam termin też nie pachniał salonem. Historycznie oznaczał kogoś z marginesu, wyrzutka, chuligana, osobę pogardzaną. Używano go także w kontekstach związanych z prostytucją. Innymi słowy: zanim punk stał się stylem, był obelgą.
To ważne. Punk nie nazwał siebie słowem czystym i dumnym. Punk wziął słowo pogardy i zrobił z niego sztandar. A potem ten sztandar podpalił, bo oczywiście tak jest zabawniej.
Inną drogą, ale również w ramach lokalnej ewolucji scen, powstały inne podgatunki metalu. Nie było jeszcze social mediów, internet raczkował, nie było streamingu. Był tape trading, lokalne kontakty, koncerty, fanziny i kasety krążące z rąk do rąk.
A Floryda będąca kolebką Death Metalu? Tam metal poszedł w inną stronę. Jakby wszyscy uznali, że centrum przekazu stanowi ciężar, brutalność, technika i fizyczna masakra brzmienia. Nie chodziło już tylko o szybkość, ale o zmiażdżenie słuchacza. O dźwięk, który nie tyle biegnie, ile spada na człowieka jak betonowa płyta.
Skaczemy w inny rejon świata? Proszę bardzo: Norwegia i druga fala black metalu. Tam lokalna scena zbudowała własną mitologię z zimna, mizantropii, antychrześcijaństwa, lasów, lo-fi brzmienia i realnej przemocy, która potem stała się częścią czarnej legendy gatunku.
Szwedzki death metal również dał nam trochę innej stylistyki.
W drugiej dekadzie XXI wieku z powodzeniem możemy mówić o tym, że w Polsce wykształciła się specyficzna, charakterystyczna dla naszego kraju odmiana black metalu. W BM siedzę na tyle głęboko, że spokojnie mogę również powiedzieć, że warto przypatrywać się francuskiej, australijskiej i ukraińskiej scenie BM. W przyszłości coś z tego będzie.
Do czego zmierzam? Norwegia i black metal. Kalifornia i thrash. Floryda i death metal. To wszystko dało nam podwaliny oparte na mocnych filarach undergroundowych scen.
Był to metal zgodny z punkowym duchem. Zajadły, bezkompromisowy i nieidący na żadne układy.
Całe zło, jakie było w stanie wyprodukować społeczeństwo albo jednostka, zostało zamknięte w brzydkiej i głośnej muzyce.
Pamiętam, jak żyłem jeszcze zajawką na muzykę eksperymentalną – tę najbardziej ekstremalną: noise/power electronics. Istniało przed laty forum poświęcone polskiej scenie i użytkownik, który stał za projektem The Sleep Sessions albo VX Parówek, napisał słowa brzmiące mniej więcej tak:
Po co tak nakurwiać po uszach? Głośne granie to nie jest żadna sztuka.
Jeśli dobrze pamiętam to forum nazywało się harshnoise.art.pl dawno już go nie ma.
Więc polegam na mojej zawodnej pamięci.
Dla ludzi z zewnątrz najbardziej przerażające było to, że muzyka metalowa pod warstwą obrzydliwego i głośnego brzmienia potrafiła być złożona. I to właśnie było najbardziej niebezpieczne, bo przez to ta muzyka jest tak interesująca. Przerażający jazgot potrafił być skarbnicą stylów i zapożyczeń nawet od tych najbardziej wybitnych artystów.
Brzydkie, nieprzystępne, głośne granie. Do tego teksty, które naturalnie zaczęły orbitować wokół wszystkiego, co stało w kontrze do społecznych norm. Idea zła i Szatana pojawiła się więc raczej szybciej niż później. Nie była zresztą żadną nowością: już blues obfitował w opowieści o paktach z diabłem na rozstajach dróg i muzyce podszytej grzechem, a jazz wyrastał z kultur, w których duchowość, trans, rytuał i voodoo nie były egzotyczną dekoracją, tylko częścią żywej tradycji.
Z kronikarskiego obowiązku trzeba też wspomnieć o Coven i ich debiucie „Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls” z 1969 roku. To album, który jeszcze przed debiutem Black Sabbath bezczelnie rozkładał na stole całe okultystyczne rekwizytorium: od odwróconych krzyży, przez „Hail Satan”, po finałową „Satanic Mass”. Na dodatek pierwszy utwór nosił tytuł „Black Sabbath”, a w składzie Coven grał basista podpisywany jako Oz Osborne. Historia czasem ma taką ironię, że nawet diabeł musiałby sprawdzić przypisy.
Lata 60., 70. i 80. w Stanach to kolejne fale strachu przed upadkiem młodzieży, demoralizacją, narkotykami, sektami, przemocą i Szatanem, który według niektórych najwyraźniej miał więcej czasu antenowego niż większość zespołów. Jedną z najbardziej groteskowych kulminacji tych lęków była panika moralna znana jako Satanic Panic.
Jeśli ludzie sami z siebie nie byli jeszcze przerażeni spiskiem satanistów, zawsze znalazł się ktoś, kto mógł im pomóc: program telewizyjny, kaznodzieja, polityk, zatroskany rodzic albo telekaznodzieja sprzedający kasety VHS pełne „analiz” okultyzmu, muzyki młodzieżowej i ukrytych znaków bestii. Przekaz był prosty: Lucyfer nadchodzi, dzieci są zagrożone, heavy metal ryje mózg, a jeśli puścisz płytę od tyłu, to pewnie usłyszysz instrukcję obsługi piekła.
Na celowniku nie była zresztą tylko muzyka. Ofiarą podobnej histerii padały też gry fabularne, zwłaszcza Dungeons & Dragons, które dla części dorosłych nie były niewinną zabawą w lochy, smoki i rzucanie kostkami, tylko rzekomą bramą do okultyzmu, czarnej magii i moralnego rozkładu. Bo wiadomo: wystarczy kartka postaci, ołówek i kość k20, żeby przeciętny nastolatek natychmiast podpisał cyrograf.
I do tego jeszcze jest przezabawny film Mazes and Monsters w którym młody Tom Hanks popada w szaleństwo przez granie w papierowe gry fabularne
W 1985 roku przed senacką komisją w sprawie oznaczania płyt stawali Frank Zappa, John Denver i Dee Snider. Był to jednak tylko jeden z etapów większej paniki wokół muzyki młodzieżowej. W kolejnej dekadzie ta sama logika znalazła sobie nowe potwory.
W połowie lat 90, Cannibal Corpse został ustawiony przez Boba Dole’a obok Geto Boys i 2 Live Crew – czyli obok składów hip-hopowych, które również robiły za wygodny symbol moralnego upadku. Do tego samego pakietu trafiały filmy takie jak „Natural Born Killers” i „True Romance”. Nieważne, czy chodziło o death metal, rap, kino przemocy, gry RPG czy płyty puszczane od tyłu. Schemat pozostawał ten sam: dorośli patrzyli na kulturę młodzieżową, nie rozumieli jej, więc dla bezpieczeństwa uznawali, że to pewnie przedsionek piekła.
Zespoły i stosunkowo mali wydawcy dostawali przy tym coś bezcennego: darmową reklamę. Każdy polityk, kaznodzieja, telewizyjny ekspert od zagrożeń duchowych i autor książek ostrzegających przed upadkiem młodzieży dokładał swoją cegłę do promocji rzeczy, którą podobno chciał zwalczać. Politycy zyskiwali punkty, media oglądalność, kaznodzieje przestraszonych odbiorców, a dzieciaki i tak dalej chciały słuchać tego jazgotu z piekieł.
Popyt był oczywisty. Ludzie chcieli ciężkiego, agresywnego grania. Problem w tym, że najbardziej ekstremalne zespoły – te od śmierci, rozkładu, bluźnierstwa i okładek, których nie dało się spokojnie postawić w supermarkecie – były dla wielkich wytwórni trudnym towarem. Trudno było je kontrolować, wygładzić i sprzedać masowo bez zniszczenia tego, co czyniło je atrakcyjnymi. Dlatego ekstremalny metal żył głównie dzięki wyspecjalizowanym labelom.
I tu powoli, cały na biało, wychodzi nu metal. Tylko że, na cyrkową arenę wjeżdża nie na koniu, tylko na deskorolce, w za dużych spodniach i z miną człowieka, który właśnie odkrył, że nastoletni gniew da się sprzedać w prime time.
Nie twierdzę, że wielkie wytwórnie stworzyły te zespoły od zera. Nu metal miał realne korzenie: hardcore, funk, metal, rap, grunge, industrial i groove metal. Różnica była inna. Wielkie wytwórnie szybko zobaczyły, że ten gniew jest łatwiejszy do opakowania niż death metalowa rzeźnia. Był ciężki, ale nie za ciężki. Agresywny, ale teledyskowy. Buntowniczy, ale wystarczająco czytelny dla VIVA albo MTV. Brudny, ale gotowy do masowej dystrybucji.
Dla koncernów medialnych stary metal był trudniejszy. Za dużo miał historii. Za dużo hermetycznych kodów. Za dużo fanowskiej ortodoksji. Za dużo zespołów, które wyglądały, jakby dział prawny powinien mieć je na oku jeszcze przed podpisaniem kontraktu.
A nu metal wyglądał jak produkt, który już rozumiał telewizję.
Wokalista nie musiał być metalowym kapłanem ani wojownikiem z krainy lodu. Mógł być neurotycznym nastolatkiem w ciele dorosłego faceta. Gitarzysta nie musiał grać solówek z prędkością upadającej cywilizacji. Wystarczyło obniżyć strój, zbudować riff jak betonowy klocek i zostawić miejsce na groove. Bas miał bujać. Perkusja miała iść bliżej hip-hopu. DJ mógł skreczować. Refren miał dać się krzyknąć przez ludzi, którzy jeszcze wczoraj słuchali rapu, grunge’u albo radia.
I dlatego nu metal nie musiał przekonywać starych metalowców. On mógł ich ominąć.
To bardzo ważne.
Stary fan metalu mógł kręcić nosem. Mógł mówić, że to nie jest prawdziwy metal. Mógł szczekać a karawana jechała dalej, bo Nu metal i tak wchodził do pokojów nastolatków przez satelitę albo kablówkę. Przez szkolne rozmowy. Przez kolegę z klasy. Przez teledysk obejrzany po lekcjach.
To nie było podziemie, które rosło organicznie, aż świat musiał je zauważyć. Wystarczyło włączyć telewizję.
Nu metal skończył się podobnie jak wcześniej glam metal: nie dlatego, że z dnia na dzień nikt już nie chciał ciężkich gitar, tylko dlatego, że przemysł znudził się własnym kostiumem. W pewnym momencie szerokie spodnie, DJ za plecami, rapowana zwrotka, krzyczany refren i teledysk w opuszczonym magazynie zaczęły wyglądać tak samo epokowo jak natapirowane włosy i lakierowane spodnie dekadę wcześniej.
Wielkie wytwórnie zobaczyły, że tort został już zjedzony, okruszki wyssane z dywanu, a młodzież zaczyna patrzeć gdzie indziej. Więc zrobiły to, co robią zawsze: poszły za nowym zapachem pieniędzy. Cokolwiek dawało nadzieję, że da się jeszcze raz sprzedać bunt w świeżym opakowaniu.
Death i black metal przetrwały inaczej, bo nigdy nie musiały wisieć na łasce MTV. Ich siłą były oddolne sceny, małe labele, maniacy, kluby, distro, fanziny i cały ten brzydki, uparty obieg ludzi, którzy nie potrzebowali zgody mainstreamu. Nu metal miał oczywiście prawdziwe zespoły i prawdziwe emocje, ale jego wielki wybuch był zależny od przemysłu. A kiedy przemysł odwrócił reflektor, na scenie została garść gigantów, trochę nostalgii i mnóstwo kapel, które nagle wyglądały jak zdjęcie klasowe na które patrzysz ze wstydem.
Pojawienie się nu metalu zbiegło się z pewnym zastojem w samym metalu – przynajmniej w Polsce. Pamiętam, że sam na jakiś czas przestałem interesować się metalem jako takim, bo zwyczajnie nie znajdowałem w nim niczego nowego ani niczego, co mogłoby mnie szczególnie zainteresować.
Przez lata biłem się z myślami, czy było to moje subiektywne spostrzeżenie, czy może po prostu wsiadłem wtedy do hype trainu z napisem „hip-hop” albo „nu metal”. Nie będę ukrywał, że zdarzało mi się słuchać również takich rzeczy. Z perspektywy czasu trudno mi powiedzieć, czy było tego więcej, czy mniej.
Dopiero kilka lat temu pojawił się niemal trzygodzinny podcast Metalurgii. I tam (chyba) Bartosz C. z Noise Magazine powiedział wprost, że scena była wtedy w opłakanym stanie i nie działo się na niej nic szczególnie ciekawego.
O zgrozo! Ten podcas był sprowokowany przez egotrip Glacy ze Sweet Noise.
Trzeba też pamiętać, że mówimy o czasach, kiedy w polskich domach powoli zaczynały pojawiać się komputery, i z internetem nie było jeszcze tak różowo. Tape trading został zastąpiony – przynajmniej w moim przypadku – wymienianiem się płytami z MP3 na szkolnym korytarzu. To też nie było takie proste, bo ceny nagrywarek CD były wtedy relatywnie wysokie. Jeśli dobrze pamiętam, taka nagrywarka kosztowała około 500 zł. Do dziś to spora kwota, a wtedy było jeszcze gorzej bo średnie zarobki i siła nabywcza były na zupełnie innym poziomie.
Płyty z plikami MP3 krążyły po szkolnych korytarzach i wszystko nadal starej zasadzie: nie słuchasz tego, czego chcesz – słuchasz tego, co akurat masz. I czasem właśnie tak trafiały do człowieka rzeczy, które później zostawały z nim na lata.
Dobrym przykładem był dla mnie Blackwater Park Opeth. Mieszanina stylów, skakanie od skrajności do skrajności, ciągłe zmiany nastroju w obrębie jednej kompozycji. To było coś innego, coś świeżego, coś, co wyłamywało się z prostego myślenia o metalu jako jednej zamkniętej estetyce.
Z drugiej strony mieliśmy też wysyp blackmetalowych kapel, które wyglądały nie jak upiory, tylko jak cygański festyn. Ta plastikowa przesada była nie tylko w wyglądzie, ale często również w samej muzyce.
Czy było to złe? Wtedy chyba nie. Jak pisałem wcześniej, metal był „tu i teraz”. Nie było jeszcze tak mocnego podziału na starą i nową szkołę. Wszystko było bardziej płynne, mniej zabetonowane. Niemal wszyscy szukali jakiejś nowej drogi w komponowaniu muzyki.
Nu metal wpadł na scenę z takim czerpaniem z różnych stylów wpisanym w swoje DNA. I chyba właśnie dlatego nawet część bardziej ortodoksyjnych fanów klasycznego metalu potrafiła to zjawisko tolerować. Było w tym coś świeżego, nawet jeśli chwilami niezgrabnego i boleśnie dziecięcego.
Sam byłem oczarowany, kiedy słyszałem ciężkie riffy z wstawkami z taniego Casio w tle, thrashowy wokal gwałtownie przerywany rapowano-growlowaną wstawką drugiego wokalisty.
Ale dzisiaj, kiedy tego słucham? Ojejku. To się naprawdę źle zestarzało.
A na sam koniec trzeba jeszcze wbić szpilę w ludzi, którzy z pełną powagą twierdzą, że nu metal ma się świetnie, bo jego największe zespoły przyjeżdżają do Polski, wyprzedają kluby, hale i stadiony. Jakby sprzedaż biletów na nostalgię była dowodem na żywotność gatunku, a nie na to, że trzydziesto i czterdziestolatków wreszcie stać na spełnianie marzeń z czasów, gdy byli beztroskimi dziećmi.
Przypominam, że za tym wszystkim zawsze stoi matematyka, arkusze Excela w jakimś oszklonym biurowcu i dane, z których jasno wynikało, kiedy opłaca się jechać do Polski, a kiedy jeszcze nie. W latach 90. i na początku 2000. rynek wyglądał inaczej. Ilu gimnazjalistów rodzice puściliby wtedy na koncert? Ilu miało własne pieniądze na bilet, dojazd i koszulkę?
Dobrym przykładem jest System of a Down, który w 1998 roku zagrał w katowickim Spodku między Vaderem a Slayerem i został przyjęty raczej chłodno. O czym może świadczyć fakt, że ktoś z widowni cisnął w nich kebabem albo zapiekanką.
Podobnie Korn jako headliner Metal Hammer Festival w 2005 roku podzielił środowisko: dla jednych był dowodem, że ciężkie granie weszło do mainstreamu, dla innych symbolem tego, że MTV rozpycha się łokciami na metalowej imprezie.
Dzisiejsze pełne hale nie dowodzą więc, że nu metal jako scena bujnie się rozwija. Dowodzą raczej, że popyt na nostalgię ma się świetnie. Na te koncerty idą głównie ludzie, którzy słuchali tej muzyki jako dzieciaki albo nastolatki, a dziś są w wieku produkcyjnym i stać ich na bilet, koszulkę, piwo za chore pieniądze i jeszcze powrót taksówką, bo kręgosłup już nie ten. Część przyjdzie nawet z własną rodziną. Zespoły przyjeżdżają więc nie dlatego, że scena przeżywa nowy rozkwit, tylko dlatego, że trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą wreszcie kupić sobie bilet do własnej przeszłości.
Żeby nie było: sam jako nastolatek często sięgałem po nu metalowe zespoły. W muzyce nigdy nie potrafiłem usiedzieć w jednym miejscu, ciągle szukałem czegoś nowego, więc przekopałem się przez mnóstwo różnych kapel z tego nurtu. I naprawdę uwielbiałem Mushroomhead. Takie pajace w maskach. Mimo iż debiutowali wcześniej niż Slipknot, to przez maski skojarzenia były naturalne, ale zespół od początku miał własną tożsamość.
Kiedy w 2022 roku dowiedziałem się, że Mushroomhead pierwszy raz zagrają w Polsce, kupiłem bilet bez zastanowienia. Dopiero później zacząłem myśleć, jak i kiedy dostać się do Warszawy.
Podobnie było w 2025 roku, kiedy dowiedziałem się o koncercie Drowning Pool. Gdy zobaczyłem, że na wokal wrócił Ryan McCombs, też kupiłem bilet bez zawahania. Przy okazji, dzień wcześniej zahaczyłem o Narodowy na koncert Iron Maiden.
Serio. Pojechałem do stolicy na koncert zespołu, który nie nawet nie gra w nu metalowej ekstraklasie. Więc skoro już tam byłem to przy okazji wpadłem na koncert Iron Maiden. I co zabawne, to właśnie Drowning Pool był dla mnie najlepszym koncertem 2025 roku. A na Stadion Narodowy więcej nie wracam…

