Ciepły kraj, chłód w serduszkach – Rupes Nigra i ich uroczo nieporadny black metal

Z Dominikany prosto na biegun północny. Rupes Nigra łączą Mercatora, oko Horusa, tyroksynę, blackmetalowy chłód i teledysk, w którym muzycy ratują naturę niczym Kapitan Planeta. Wszystko jest tu trochę zbyt ambitne, trochę zbyt chaotyczne i właśnie dlatego trudno tego nie polubić.

Podziel się swoją opinią

Rupes Nigra, czyli Czarna Skała, była jednym z tych miejsc, które istniały głównie dlatego, że ktoś kiedyś narysował je na mapie z wystarczającą pewnością siebie. Mityczna, magnetyczna góra miała znajdować się dokładnie na biegunie północnym, otoczona czterema lądami rozdzielonymi potężnymi rzekami wpadającymi w centralną otchłań. Jej właściwości miały tłumaczyć, dlaczego igły kompasów wskazują północ.

Średniowieczna geografia miała rozmach. Gdy czegoś nie wiedziała, potrafiła przynajmniej opowiedzieć o tym dobrą historię.

Mit utrwalił w XVI wieku Gerardus Mercator. Na jego przedstawieniach Arktyki Rupes Nigra tkwiła w samym środku północy jak czarny gwóźdź wbity w oś globu. Osobna mapa regionów polarnych, oparta na wcześniejszej mapie świata Mercatora, ukazała się pośmiertnie w 1595 roku. Czarna Skała znajdowała się na niej w centrum czterech wysp i czterech rwących rzek. Nie była zwykłą wyspą ani górą, lecz punktem geograficznym i symbolicznym. Czymś pomiędzy próbą wyjaśnienia działania natury, kartograficzną fantazją i średniowiecznym worldbuildingiem.

Kilka wieków później po tę nazwę sięgnął zespół z Dominikany.

I już samo to zestawienie działa zaskakująco dobrze: tropikalna wyspa, karaibski upał i atmospheric black/death metal zbudowany wokół polarnego chłodu. Zimno, potęga natury, XVI-wieczna kartografia, sumeryjskie wierzenia, ezoteryka i tak zwana zakazana historia mają składać się na większy koncept, którego rozwinięciem będzie zapowiadany album „Axis Mundi”. Na razie jednak dostępny jest tylko singiel „Polaris”, wydany 14 czerwca 2026 roku.

Jak ich znalazłem? W sposób najbardziej romantyczny z możliwych w XXI wieku, czyli przez algorytm YouTube’a. Klip został mi podsunięty, kliknąłem i nagle wpadłem w świat, w którym średniowieczna kartografia spotyka karaibską przyrodę, black metal, oko Horusa i efekty specjalne z filmu, którego budżet prawdopodobnie został wydany na maski.

Na Bandcampie leży jeden numer i właściwie tyle można dziś powiedzieć o Rupes Nigra. Cała reszta to symbole, deklaracje i próba wyciągnięcia sensu z kilku minut materiału, zanim zespół zdąży wypuścić coś więcej.

Wizualnie wyglądają jak typowy blackmetalowy projekt XXI wieku. Maski. Kaptury. Anonimowość. Czterech ludzi udających, że twarze są tylko niepotrzebnym dodatkiem do kostiumu.

Nawet pseudonimy zostały podporządkowane geograficznemu konceptowi. North odpowiada za wrzaski i gitarę rytmiczną, South za perkusję, East za growl i bas, a West za czyste wokale, gitarę prowadzącą oraz syntezatory. Cztery strony świata, jedna mityczna skała i zespół z Dominikany, który najwyraźniej uznał, że na Karaibach jest zdecydowanie za ciepło.

Logo jest oczywiście absolutnie nieczytelne, co w tym przypadku należy zaliczyć na plus. Stylizowane na stromą i groźnie wyglądającą górę, spełnia podstawowe wymagania gatunku: bardziej przypomina element krajobrazu niż nazwę zespołu.

Jest tylko jeden szczegół, którego nadal nie potrafię poskładać.

Dominikana. Mityczna góra na biegunie. Lodowa, północna oprawa. A na maskach oko Horusa.

Dlaczego?

Nie wiem. Może złośliwość. Może kolejny element ezoterycznej układanki. Może ktoś uznał, że skoro Mercator, sumeryjskie wierzenia i zakazana historia już leżą na stole, to Egipt również się zmieści. Koncept jest pojemny, szczególnie kiedy nikt jeszcze nie zdążył napisać do niego instrukcji obsługi.

Nie mogę też z całkowicie czystym sumieniem powiedzieć, że Rupes Nigra gra metal, bo na moment pisania tego tekstu nie udało mi się znaleźć zespołu w Metal Archives. Wyszukiwarka podsuwa za to włoskie Rupez Nygra, grające groove/thrash metal, ale to jednak zupełnie inna literówka i inna geografia. Wiadomo, bez wpisu w bazie zespół pozostaje tylko hipotezą.

Tekst alternatywny: Okładka singla „Polaris” zespołu Rupes Nigra – Czarna Skała nad wzburzonym morzem i postać w lodowym diademie
Okładka singla „Polaris” dominikańskiego zespołu Rupes Nigra.

Okładka singla „Polaris” również nie urywa zada, ale przynajmniej jest dosłowna i konsekwentna. Wzburzone morze, czarna skała zawieszona gdzieś pomiędzy Arktyką a kosmosem, a pod nią jakaś neptuniczna postać w lodowym diademie. Wygląda to jak ilustracja do mitu, który przeszedł przez kilka filtrów graficznych i wyszedł po drugiej stronie z większą ilością błękitu, niż wymaga tego zdrowy rozsądek.

Mamy więc karaibską grupę o polarnej obsesji, jeden utwór, nieczytelne logo, Czarną Skałę i wyraźną potrzebę zorganizowania sobie prywatnej zimy.

Ciepły kraj, ale chłód w serduszkach jest.

Ezoteryczny katalog pojęć

Tekstowo „Polaris” to kontrolowany chaos, ale tylko do pewnego momentu. Mercator, Rupes Nigra, astrologia, hinduizm, hermetyzm, Gaja, Axis Mundi, komety, tyroksyna i Pierwszy Poruszyciel wpadają tu do jednego kotła.

Tak, tyroksyna.

W jednym utworze spotykają się astralny holokaust, zodiakalne nadzieje, ustawianie się sfer, cierpienie Gai, magnetyczne głębiny, Atma, kwintesencja, wedyjskie wyżyny, antyczni giganci, gruczoł tarczowy i źródło duszy. Brakuje właściwie tylko Wielkiej Stopy, templariuszy oraz informacji, że wszystko zostało sfinansowane przez Iluminatów.

Z jednej strony brzmi to koszmarnie i kompletnie niekonsekwentnie. Z drugiej ma w sobie coś uroczego. Jakby grupa nastolatków w latach 80. odkryła w piwnicy KISS i Iron Maiden, a następnie przekopywała szkolną bibliotekę w poszukiwaniu każdej demonicznej, okultystycznej albo tajemniczej wzmianki, jaką dało się znaleźć w katalogu.

Z takiej chaotycznej wiedzy próbowaliby ulepić własny zespół, nie przejmując się specjalnie tym, czy Mercator, Gaja, Wedy, Pierwszy Poruszyciel i hormony tarczycy faktycznie do siebie pasują.

Problem w tym, że Rupes Nigra wyraźnie chce uchodzić za projekt poważny, mistyczny i przemyślany. Tajemnica wymaga jednak jakiejś wewnętrznej logiki. Samo nagromadzenie trudnych terminów jeszcze jej nie tworzy.

Na szczęście sama Czarna Skała pozostaje centralnym elementem tej układanki. Pojawia się Polaris, nieruchoma Gwiazda Polarna, Axis Mundi, magnetyczna głębia i wody spływające pod Rupes Nigra. Pośród całego ezoterycznego chaosu da się więc znaleźć motyw przewodni. To niewiele, ale zawsze coś.

Muzycy dominikańskiego zespołu Rupes Nigra w maskach z symbolem oka Horusa
Rupes Nigra – atmospheric black/death metal z Dominikany.

Przejdźmy wreszcie do muzyki

Próbuję z Gatekeepera zrobić poważny blog o muzyce metalowej, a tymczasem napisałem już nie wiadomo ile o jakiejś kapeli, nie wspominając nawet słowem o muzyce.

Profesjonalizm pełną gębą.

A muzyka? Jest dokładnie tak samo uroczo nieporadna jak tekst.

Od początku dostajemy pełną death/blackmetalową powagę, podbitą lekko epickim i symfonicznym zacięciem. W tle pojawiają się zimne klawisze, trochę w duchu Limbonic Art, po czym utwór nagle przeskakuje w riff pachnący Slayerem, żeby chwilę później wpaść w blasty. Te po krótkim wyciszeniu ustępują miejsca bardziej atmosferycznemu black metalowi.

Zmęczeni?

Właśnie opisałem pierwszą minutę utworu, który trwa niewiele ponad cztery.

„Polaris” zachowuje się tak, jakby zespół miał pomysły na pięć różnych numerów, ale ktoś poinformował muzyków, że następna sesja nagraniowa odbędzie się dopiero za rok. Trzeba więc było zmieścić wszystko od razu. Symfoniczny chłód, deathmetalowy ciężar, thrashowy riff, atmosferyczne pasaże, blasty i kilka zwrotów akcji, które pojawiają się, zanim poprzednie zdążą się porządnie rozgościć.

Do tego dochodzi trzech muzyków odpowiadających za różne style wokalne. Co ciekawe, akurat ten element gryzie się najmniej. Wrzaski, growle i czyste partie są najbardziej równomierną częścią kompozycji. Wokale trzymają całość w ryzach i nie sprawiają wrażenia, jakby każdy z muzyków nagrywał zupełnie inny utwór.

Nie powiem, że ta muzyka jest zła, bo nie jest. Jest dobra, zagrana z sercem i ostatecznie nawet trzyma się kupy. Słychać ambicję oraz autentyczne zaangażowanie, a nie cyniczną próbę odhaczania kolejnych gatunkowych obowiązków.

Tyle że robi to w ten sam sposób co tekst: trochę zbyt ambitnie, trochę zbyt chaotycznie i z rozbrajającą nieporadnością, której trudno nie polubić.

Blackmetalowy Iron Man ratuje planetę

Na koniec został klip.

Czy wspominałem już o czymś, co jest jednocześnie urocze i nieporadne? Teledysk do „Polaris” bardzo pilnuje, żebyśmy przypadkiem o tym nie zapomnieli.

Na początku jest miłość do własnego kraju i natury. Piękne krajobrazy Dominikany, lasy, góry i otwarta przestrzeń. Wszystko wygląda jak całkiem porządny film promujący lokalną przyrodę, dopóki z nieba nie zaczynają zlatywać dziwnie ubrani muzycy.

Chwilę później w środku lasu pojawia się coś, co bardziej niż mistyczną bazę strażników natury przypomina siedzibę tajnej organizacji szpiegowskiej z taniego filmu science fiction. Oczywiście jest również średniowieczna mapa wyświetlana na hologramie.

Jakżeby inaczej.

W pewnym momencie jeden z muzyków, idealnie w rytmie blastów, wystrzeliwuje w powietrze niczym blackmetalowy Iron Man. Potem klip wraca do piękna natury, ale tym razem zestawionego z obrazami rozkładu i śmierci.

Martwe i rozkładające się zwierzęta, pożary, wojna, zniszczenie środowiska. W końcu to metal, więc nie pisałem się na czterominutową reklamę biura podróży.

Z czasem materiał skręca w ekologiczne rejony dobrze znane choćby z twórczości Gojiry. Człowiek zostaje przedstawiony jako źródło zniszczenia natury, a cywilizacja jako maszyna produkująca ogień, śmierć i odpady. Zespół deklaruje zresztą, że zamiast tradycyjnego teledysku gatunkowego chciał stworzyć społeczną krytykę i stanąć w obronie samej natury.

To nawet działa. Przynajmniej do chwili, w której muzycy w maskach z okiem Horusa jednym dotknięciem palca przywracają światu równowagę, po czym odlatują w kosmos niczym Kapitan Planeta po dobrze wykonanej robocie.

Uroczy, nieporadny chaos. Konsekwentny aż do samego końca.

Czekając na „Axis Mundi”

Rupes Nigra działa dziś jak jeden wielki, uroczo nieporadny chaos.

Tekst próbuje połączyć Mercatora, ezoterykę, hinduizm, astrologię i endokrynologię. Muzyka w cztery minuty chce być death metalem, black metalem, symfoniczną epopeją, Slayerem i atmosferyczną podróżą na biegun. Klip dorzuca do tego przyrodę Dominikany, martwe zwierzęta, hologramy, oko Horusa oraz muzyków odlatujących w kosmos po uratowaniu planety.

Teoretycznie nic nie powinno tu działać.

A jednak działa, ponieważ za całym tym bałaganem czuć autentyczne zaangażowanie, ambicję i dziecięcą wręcz radość z budowania własnego świata. Rupes Nigra nie brzmi jak projekt cynicznie skrojony pod gatunkową kalkę. Brzmi jak zespół, który chce zmieścić w jednym utworze wszystko, co uważa za wielkie, tajemnicze i ważne, nawet jeśli jeszcze nie do końca wie, jak to ze sobą połączyć.

Jest w tym więcej serca niż wyrachowania. Więcej pomysłów niż doświadczenia. Więcej symboli niż miejsca, w którym można je wszystkie sensownie poukładać.

I właśnie dlatego trudno się na nich naprawdę złościć.

Czekam więc na pełny, uroczo nieporadny album „Axis Mundi”.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *