Etap namiętnego słuchania Lady Pank skończył się u mnie gdzieś w szkole podstawowej. Do dziś jednak zdarza mi się wracać do części nagrań, szczególnie tych, które katowałem na kasetach. Nigdy nie zostałem wybitnym znawcą zespołu, więc nie będę udawał, że potrafię rozliczyć film „Mniej obcy” z każdego szczegółu biografii Jana Borysewicza.
Mogę za to powiedzieć, czego oczekiwałem po filmie o muzyku. I czego znowu nie dostałem.
Polskie kino ma jakiś problem z filmami muzycznymi. Jak tylko akcja zahacza o PRL, natychmiast uruchamia się obowiązkowy zestaw: szarzyzna, aparat władzy, trauma i człowiek, który pragnie wolności. Wiadomo, było chujowo. Poza oczywistą biedą czy ograniczeniami ekonomicznymi istniał przecież cały katalog ograniczeń wolności osobistej, które dzisiaj wydają się czymś abstrakcyjnym. Nie potrzebuję jednak kolejnego filmu, który będzie mi to przez dwie godziny przypominał.
Kiedy oglądam biografię muzyka, chciałbym zobaczyć muzykę jako część jego życia. Nie tylko koncerty, romanse i narkotyki, ale również proces twórczy. Moment, w którym ktoś siada z gitarą, kombinuje, zmienia pomysł, kłóci się o aranżację albo przypadkiem wpada na riff, który za trzydzieści lat nadal będzie rozpoznawalny po dwóch sekundach.

Muzyk jest, ale gdzie muzyka?
W „Bohemian Rhapsody” jest przynajmniej kilka takich scen. Krótkich, wyrazistych, nieprzejmujących kontroli nad całą opowieścią. Nawet historyjka wokół „I’m in Love with My Car” staje się zabawnym, powracającym żartem. Smaczek, a nie osobna epopeja o geniuszu kompozytora.
W „Whitney Houston: I Wanna Dance with Somebody” jest z kolei scena, w której Whitney godzinami przesłuchuje u swojego producenta kolejne taśmy nadesłane przez autorów piosenek. Nic jej nie odpowiada. Szuka czegoś ambitnego, wyjątkowego, a nie kolejnego banalnego przeboju. Producent jest już wykończony jej gwiazdorzeniem, a widz powoli zaczyna mu współczuć. Aż w końcu pojawia się „I Will Always Love You”. Nagle wiemy, dlaczego całe to przebieranie w piosenkach miało sens.
„Rocketman” o Eltonie Johnie również potrafił na chwilę zatrzymać się przy samej muzyce. Wystarczyło kilka scen, żeby przypomnieć, czemu ci ludzie poświęcili jej życie.
Szukamy czegoś z polskiego podwórka? Proszę bardzo. W „Jesteś Bogiem” chłopaki z Paktofoniki włamują się do szkoły, żeby nagrać demo, bo jak zwykle są spłukani, a jedyne pomieszczenie przypominające studio to sala warsztatowa w technikum Fokusa. Nawet „Zenek” pokazywał dwóch chłopaków siedzących przy keyboardzie, którzy, nie znając porządnie angielskiego, próbują rozszyfrować tekst piosenki. A kiedy się nie da, przynajmniej sklecić bełkot fonetycznie przypominający oryginał.
To nie są sceny, które przejmują film. One nadają mu smak. Pozwalają zobaczyć muzyków zajmujących się, uwaga, muzyką.
Tymczasem w „Mniej obcym” dostajemy przede wszystkim biografię, której w tle przygrywa Lady Pank. I odnoszę wrażenie, że nawet utwory dobierano raczej pod emocje, jakie powinny wywołać u widza, niż pod moment ich powstania czy rzeczywiste miejsce w historii zespołu.
Obowiązkowy bunt przeciwko komunie
Już na początku mamy scenę niemal żywcem przypominającą schemat znany ze „Straight Outta Compton”. Przychodzi milicja i zabrania muzykom zagrać TEN JEDEN kawałek. Tutaj chodzi o „Mniej niż zero”. Oczywiście niepokorny zespół zakaz ignoruje. Wiadomo: rock’n’roll, bunt, wolność, konfetti.
Tylko że moja reakcja na tę scenę była mniej więcej taka: WTF?
Przez całe życie słuchałem Lady Pank, a przynajmniej przez sporą część dzieciństwa, i nigdy nie dotarła do mnie informacja, żeby z „Mniej niż zero” wiązały się jakieś szczególne problemy z komunistyczną władzą. Co więcej, słuchając tego utworu z dzisiejszej perspektywy, trudno znaleźć w nim cokolwiek, co mogłoby zostać uznane za polityczną prowokację. Tymczasem film przedstawia zakaz jego wykonywania jako rzecz tak oczywistą, że nawet nie raczy wyjaśnić, o co właściwie chodzi.
A przecież to właśnie powinno być psim obowiązkiem scenarzystów.
Dopiero kiedy zacząłem samodzielnie grzebać w historii utworu, dowiedziałem się, że piosenka, choć powstała przed śmiercią Grzegorza Przemyka, została później skojarzona z jego tragedią. Pojawiły się problemy z aparatem bezpieczeństwa, a nawet próba operacyjnego usunięcia nagrania z Listy Przebojów Trójki. Marek Niedźwiecki uważał wprawdzie, że utwór ostatecznie spadł z listy w sposób naturalny, ale sam fakt zainteresowania nim bezpieki jest przecież znakomitym materiałem na filmową opowieść.
I co robią z tym twórcy?
Ano nic szczególnie interesującego. Dużo później dostajemy jeszcze scenę, w której Borysewicz i Mogielnicki zostają w zasadzie przypadkiem spałowani przez milicję, a następnie spontanicznie wpadają na pomysł głównego motywu „Mniej niż zero”. Oczywiście wszystko pięknie wpisuje się w opowieść o artystach, których twórczość rodzi się w bezpośredniej konfrontacji z opresyjnym systemem. Problem w tym, że jest to szyte tak grubymi nićmi, iż ekran mojego telewizora na chwilę przestał być płaski.
Irytujące jest to tym bardziej, że rzeczywista historia piosenki okazuje się ciekawsza od tego, co postanowiono pokazać na ekranie. Co gorsza, żeby ją zrozumieć, musiałem po seansie samodzielnie odrobić pracę domową, której najwyraźniej nie chciało się odrobić scenarzystom.
Może mój obraz Lady Pank jest krzywdzący, ale zawsze postrzegałem ich raczej jako zespół poukładany, popularny i mieszczący się w granicach akceptowanych przez system. Nie jako band idący na otwartą kolizję z władzą. W „Idź pod prąd”, opowiadającym o KSU, wałkowanie represyjności PRL miało dla mnie znacznie więcej sensu. Choćby dlatego, że muzycy wysyłali swoje taśmy do Radia Wolna Europa.
Nie przeczę, że Lady Pank miewało problemy z cenzurą. Właśnie dowiedziałem się o jednym z nich. Pytam tylko, dlaczego film, który podobno opowiada o buncie i wolności, nie potrafił mi tej historii przedstawić.
Zmarnowane „Marchewkowe pole”
Najlepszym przykładem zmarnowanego potencjału jest dla mnie wątek muzyki do animacji „O dwóch takich, co ukradli księżyc”. W filmie Andrzej Mogielnicki podchodzi do Borysewicza z propozycją nagrania czegoś do bajki. Skąd wzięło się zlecenie? Jak do tego doszło? Nie wiadomo. Borysewicz kręci nosem, bo pomysł wydaje mu się głupi, po czym nagle okazuje się, że materiał już powstał. Odfajkowane. Następny punkt programu.
A przecież album „O dwóch takich, co ukradli księżyc” z 1986 roku jest ceniony nie tylko przez zadeklarowanych fanów Lady Pank. „Marchewkowe pole” i „Dwuosobowa banda” znają ludzie, którzy nigdy nie interesowali się dyskografią zespołu. Co więcej, z wywiadów z Borysewiczem wynika, że kiedy reszta grupy rozjechała się na wakacje, sam skomponował materiał i nagrał partie instrumentów, od perkusji po klawisze. Dopiero później Panasewicz dograł wokale.
Przepraszam bardzo, ale czy ktoś nie dostrzegł tutaj gotowego materiału na znakomitą scenę? Samotna praca w studiu, eksperymentowanie z instrumentami, rockowy gitarzysta komponujący muzykę do kreskówki. Nie trzeba nawet niczego przesadnie dramatyzować. Wystarczy pokazać, jak to powstawało.
Zwłaszcza że w filmie właśnie ten wątek staje się katalizatorem kolejnych wydarzeń. A potraktowano go jak drobną formalność do załatwienia przed następnym dramatem.
Rodzina, trauma i kowboj
Od dzieciństwa Borysewicz zostaje przedstawiony jako urodzony buntownik, który uznaje właściwie tylko jeden autorytet: muzykę. Towarzyszą temu tragiczna historia brata Andrzeja, choroba matki i skomplikowane relacje z ojcem. Materiał na psychologicznie ciężką opowieść. Problem w tym, że podczas seansu nie poczułem, aby te historie rzeczywiście budowały charakter bohatera. Częściej dostarczały okazji do pompatycznych monologów, również tych kierowanych do Boga.
Najbardziej zagadkową postacią pozostaje ojciec. Najpierw widzimy go na rodzinnej imprezie z akordeonem. Aha, muzykalny człowiek. Potem wygląda na typowego szorstkiego rodzica z PRL, który nie rozumie pasji syna i ledwo dźwiga rodzinne problemy. W pewnym momencie odniosłem nawet wrażenie, że ma jakieś powiązania z resortem bezpieczeństwa i potrafi pociągać za sznurki. A pod koniec przemienia się w kowboja. Serio. Nie ściemniam.
Zacząłem więc grzebać w biografii Michała Borysewicza. Okazuje się, że grał na perkusji w amatorskim zespole jazzowym i to on zainteresował syna muzyką. Jan przez lata miał do niego żal, szczególnie w związku ze śmiercią brata Andrzeja. Nawet kowbojski strój ma swoje uzasadnienie. Borysewicz podarował ojcu kowbojki, dżinsy i skórzany płaszcz, a potem zabrał go na całonocną wyprawę po warszawskich knajpach, podczas której doszło do bolesnej rozmowy o rodzinnych zaniedbaniach.
Czyli wszystko to miało jakiś sens. Przynajmniej w rzeczywistości, bo na ekranie już niekoniecznie. O domniemanych powiązaniach ojca z bezpieką nie znalazłem niczego wiarygodnego, więc to akurat mogło być wyłącznie moje wrażenie.
I tutaj zaczyna mnie już trafiać szlag. Bo to kolejny raz, kiedy po obejrzeniu filmu muszę samodzielnie szukać odpowiedzi na pytania, które powinien mi wyjaśnić scenariusz. Nie oczekuję przecież genealogicznej rozprawy o rodzinie Borysewiczów. Chciałbym tylko rozumieć, dlaczego bohaterowie zachowują się tak, a nie inaczej.
Najwyraźniej jednak scenarzyści uznali, że jeśli widz chce zrozumieć film, może sobie po seansie doczytać biografię. Bardzo wygodne rozwiązanie. Szczególnie dla scenarzystów.
Potem możemy już odhaczać obowiązkowe punkty życiorysu gwiazdy rock’n’rolla: nieślubne dzieci, skomplikowane relacje z kobietami, samotne matki, imprezy, narkotyki, odwyki, nieudane próby zdobycia Zachodu. Wszystko jest. Jakby ktoś na korporacyjnym spotkaniu odczytywał checklistę tego, co musi znaleźć się w filmie o rockmanie.
Na szczęście zdarzają się również smaczki. Przed Lady Pank Borysewicz grał w Budce Suflera. Film pokazuje europejską trasę, która zamiast triumfu kończy się rozczarowaniem. Muzycy muszą pracować na budowie, żeby zarobić na utrzymanie i powrót. Filmowy Romuald Lipko spokojnie tłumaczy, że taka jest ich rzeczywistość: tutaj harują fizycznie za niezłe pieniądze, a w Polsce ludzie mogą sobie wyobrażać, że występują na wielkich stadionach. W to akurat jestem w stanie uwierzyć. Kapitalna obserwacja realiów tamtych czasów.
Jako syn podkarpackiej ziemi muszę też wspomnieć o Tadeuszu Nalepie. Pojawia się niemal jak duch. Kilka kadrów, kilka wzmianek i wrażenie człowieka funkcjonującego w zupełnie innym stanie świadomości. Nie odbieram tego jako obrazy. Raczej jako jeden z ciekawszych zabiegów artystycznych filmu.
Największe zaskoczenie? Janusz Panasewicz. A konkretnie Marcel Barra, który go zagrał. Charakteryzacja, sposób poruszania się, gra aktorska, cała interpretacja postaci: dla mnie mistrzostwo. Zresztą życiorys samego Panasewicza, bogaty w rozmaite skandaliki, ekscesy i obyczajowe zawirowania, spokojnie wystarczyłby na osobny film biograficzny. Szczególnie gdyby jego twórcom przyświecały równie niewygórowane standardy scenariuszowe co w „Mniej obcym”. Kilka imprez, trochę alkoholu, parę dramatów osobistych i gotowe. A gdyby jeszcze w roli głównej obsadzić Barrę, z jego kapitalną interpretacją Panasewicza, być może nawet uwierzyłbym w tę historię. Mikołaj Bukrewicz jako Borysewicz jest po prostu przekonujący. Barra kradnie sceny.
Buntownik, który przeprasza na komendę
Pozostaje jeszcze skandal podczas koncertu z okazji Dnia Dziecka we Wrocławiu w 1986 roku. Film pokazuje Borysewicza kompletnie naćpanego albo pijanego prowokowanego przez część publiczności, także uwagami dotyczącymi jego brata. Dochodzi do obnażenia się na scenie, film chyba nawet sugeruje również oddawanie moczu.
Wiem, że były to inne czasy. Inny próg społecznej akceptacji różnych zachowań, inne obyczaje, inne realia. Ale do cholery, mówimy o facecie, który podczas koncertu z okazji Dnia Dziecka pokazał publiczności fiuta. I nie był to występ jakiejś anonimowej punkowej kapeli w zadymionym klubie, tylko koncert jednego z najpopularniejszych zespołów w kraju, na polu pełnym ludzi, wśród których znajdowały się dzieci.
Spróbujmy sobie wyobrazić podobną sytuację dzisiaj. Nagrania z telefonów, internetowa burza, sponsorzy uciekający w popłochu, odwoływane koncerty i publiczne przeprosiny pisane zapewne przez sztab specjalistów od zarządzania kryzysowego. W czasach tej całej cancel culture trudno mi sobie wyobrazić, żeby kariera współczesnego muzyka wyszła z czegoś takiego bez poważnych, długotrwałych obrażeń.
A Borysewicz?
Owszem, konsekwencje były. Lady Pank zawieszono działalność koncertową, muzyk publicznie przepraszał. Według relacji prasowych ukarano go również trzema miesiącami aresztu, których wskutek amnestii nie odbył. Nie zamierzam udawać, że nic się nie wydarzyło. Zwłaszcza że sam zainteresowany po latach przyznawał, jak mocno przeżył ten skandal.
Ale kilka miesięcy później Lady Pank wróciło na scenę. Borysewicz dalej nagrywał płyty, koncertował i robił karierę. Incydent stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych anegdot w historii polskiego rocka, a nie jej definitywnym końcem.
I właśnie tutaj zaczyna mi się coś nie zgadzać z filmową legendą bezkompromisowego buntownika, którego komunistyczna władza najchętniej starłaby z powierzchni ziemi. Bo kiedy władza zabrania koncertować, zespół przestaje koncertować. Kiedy oczekuje skruchy, Borysewicz wychodzi przed kamery i przeprasza. A potem dostaje drugą szansę i wraca do grania.
Serio? Tyle wystarczyło tej straszliwej, represyjnej komunie?
Żeby było jasne, nie twierdzę, że za łagodne potraktowanie skandalu odpowiadały jakieś tajemnicze znajomości w aparacie władzy. Podobnie jak nie neguję, że muzyk poniósł konsekwencje własnej głupoty. Zwracam jedynie uwagę na rozdźwięk między rzeczywistą historią popularnego zespołu, który mimo wszystko potrafił funkcjonować w oficjalnym obiegu, a filmowym portretem nieustannie prześladowanego buntownika.
Lady Pank koncertowało przecież również za granicą i nagrało anglojęzyczny album „Drop Everything”. To oczywiście nie dowodzi żadnej „resortowości”. Pokazuje jednak, że ich pozycja była zupełnie inna niż kapel funkcjonujących na marginesie oficjalnego obiegu.
Może mój obraz zespołu jest niesprawiedliwy. Ale od zawsze postrzegałem Lady Pank raczej jako dostawcę świetnej, zachodnio brzmiącej muzyki i atrakcyjnej namiastki buntu niż realne zagrożenie dla ustroju. Film mógłby spróbować zmierzyć się z tą dwuznacznością.
Zamiast tego konsekwentnie sprzedaje nam produkt buntownikopodobny.
Mniej obcy, mniej muzyczny
Filmweb reklamuje „Mniej obcego” jako „opowieść o muzyce, buncie i wolności”. Proszę, litości. Z całej tej trójki najmniej dostałem właśnie muzyki, rozumianej jako żywa praca twórcza, a nie zestaw znanych piosenek dobranych pod kolejne wzruszenia.
Nie wiem, czy warto ten film obejrzeć. Nie jestem zadowolony, ale też nie czuję, żeby ktoś ukradł mi ponad dwie godziny życia. To całkiem niezła biografia. Tylko biografia człowieka, który przypadkiem jest muzykiem, zamiast biografii, w której muzyka stanowi najważniejszy element jego życia.
Borysewicz jest przecież wybitnym gitarzystą i jednym z najważniejszych kompozytorów polskiego rocka. Nie kojarzę, by próbował przez całe życie odgrywać rolę politycznego trybuna. Nagrywał płyty, koncertował, brał udział w różnych projektach, inspirował kolejnych muzyków. Samo to wystarczyłoby na film.
Najwyraźniej twórcy uznali jednak, że nie wystarczy. Trzeba było jeszcze przypiąć mu etykietę wiecznego buntownika, dorzucić obowiązkową traumę PRL i kilka scen z milicją.
Chciałem zobaczyć człowieka, którego utwory spokojnie mógłbym umieścić na składance „Soundtrack mojego dzieciństwa vol. 1”. Dostałem kolejnego filmowego buntownika przeciwko komunie. Z gitarą, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli, czym zajmował się naprawdę.
