Eurowizja dla ludzi, którzy twierdzą, że jej nienawidzą

Metalowiec na Eurowizji? Brzmi jak kiepski żart. A jednak od 2014 oglądam ESC bez ironii. Ten tekst powstawał między wyjazdem do Wiednia a finałem ESC 2026 – w samym środku eurowizyjnego chaosu. O kiczu, polityce, fandomie, Izraelu, Ukrainie i o tym, dlaczego ten telewizyjny cyrk działa lepiej, niż powinien.

Podziel się swoją opinią

Disco polo. Wszyscy nim gardzą. Wszyscy je wyśmiewają. A potem przychodzi wesele, ognisko albo dowolna impreza, na której spotykają się ludzie o skrajnie różnych gustach muzycznych. Mijają dwie-trzy godziny, poziom alkoholu robi swoje i nagle okazuje się, że każdy zna słowa.

Z Eurowizją jest podobnie.

Wszyscy mówią, że nie oglądają. Wszyscy traktują ją niepoważnie. Wszyscy się z niej śmieją. A potem przychodzi maj i ci sami ludzie zaczepiają mnie z pytaniami: kto ma szansę wygrać, która piosenka jest dobra, o co chodzi z tym dziwnym występem, który właśnie został memem.

Najzabawniejsze jest to w środowisku metalowym.

Nazywam to efektem Lordi.

Kiedy wychodzi na jaw, że moje zainteresowanie ESC nie jest ironiczne, że naprawdę śledzę konkurs i potrafię rozmawiać o nim bez wstydu, rozmówcy zwykle przechodzą przez ten sam rytuał. Najpierw lekki uśmieszek. Potem standardowe: „stary, Eurowizja jest chujowa, jak ty to możesz oglądać?”. A chwilę później klasyczne wyznanie: „ale raz oglądałem, jak Lordi wygrało„.

Gdybym dostawał grosz za każdym razem, kiedy to słyszę, miałbym już na całkiem przyzwoity zapas zapałek. Może nawet na znicz.

Problem polega na tym, że Lordi nie wygrało dlatego, że Eurowizja na chwilę przestała być Eurowizją. Wygrało właśnie dlatego, że nią była. Bo ESC kocha przesadę, teatralność, kostium, widowisko, przerysowanie i estetyczny nadmiar. To nie jest bug – to feature.

I tak, wiem. Gatekeeper’a założyłem, żeby pisać o metalu i jego okolicach. Tymczasem piszę o ESC. Tyle że im dłużej słucham muzyki, tym mniej wierzę w święte granice gatunków.

Jak słuchacz metalu skończył na Eurowizji?

W domu rodzinnym Eurowizja po prostu czasem leciała. Jak ktoś oglądał, to ja też oglądałem. Bez większego zaangażowania.

Potem przyszły studia. Brak telewizora. Streaming praktycznie nie istniał. A człowiek był święcie przekonany, że skoro w duszy gra metal, to nie ma czasu na jakieś mainstreamowe badziewie.

A potem wydarzyło się coś gorszego – rozwinąłem się.

Moi rodzice kolekcjonowali różne gazetowe wydania z płytami. Dzięki temu miałem pod ręką muzykę klasyczną, blues, jazz. Kiedy metal przestawał być jedynym językiem, którym umiałem myśleć o muzyce, sięgnąłem po te płyty, zacząłem grzebać dalej a Internet zrobił resztę.

Awangarda. Muzyka Eksperymentalna. Noise. W pewnym momencie wpadłem po uszy w rzeczy, których przeciętny słuchacz raczej nie nazwie nawet muzyką. Kompozycje budowane z hałasu, zgrzytu, przypadku, rozstrojonych instrumentów, dźwięków otoczenia, teorii bardziej przypominających manifest polityczny niż rozmowę o sztuce. Trafiałem na ludzi przekonanych, że klasyczna teoria muzyki to intelektualny skansen, a cała ta akademicka konstrukcja oparta na harmonii, skali, zapisie nutowym i „poprawnym” rozumieniu melodii jest po prostu więzieniem. Według nich muzyka została w którymś momencie historii wykastrowana, zamknięta w estetycznym akwarium i sprowadzona do eleganckiego układania półtonów na pięciolinii ku uciesze konserwatoriów i profesorów. Niektórzy chcieli ją z tego więzienia wyciągnąć. Inni chcieli to więzienie po prostu wysadzić.

Dodatkowo, trochę przypadkiem, trafiłem na drugi biegun. Zacząłem obracać się wokół środowiska muzyki dawnej i tradycyjnej, a z czasem pracować przy festiwalu poświęconym takim brzmieniom. W życiu nie poznałem tylu ludzi z przerośniętym ego. Ale było to zderzenie z ludźmi, którzy z kolei patrzyli na nowoczesną kulturę muzyczną z nie mniejszą pogardą niż awangardowi radykałowie na akademicką klasykę. Tyle że ich argument był odwrotny. Dla nich problemem nie było to, że muzyka jest zbyt uporządkowana, tylko że została odcięta od swoich korzeni. Zanim akademicy zamknęli ją w systemach, zapisach i podręcznikach, była czymś żywym – rytuałem, wspólnotą, praktyką społeczną, czymś bardziej cielesnym i mniej sterylnym.

I nagle znalazłem się między dwoma obozami, które teoretycznie powinny się nienawidzić, a które mówiły zaskakująco podobnym językiem: że współczesne rozumienie muzyki jest zubożone, zbyt wąskie i że to, co większość ludzi uznaje za „normalną muzykę”, jest tylko cienkim wycinkiem znacznie większego świata.

Okazało się, że muzyka to nie tylko święta pięciolinia i akademickie dogmaty – tylko technika, emocja, performance, kontekst powstania dzieła, opowieść, wspólnota.

Z takim bagażem wróciłem do Eurowizji. Był 2014 rok, TVP ogłaszało wielkie otwarcie parasola, bo Polska wróciła na łono ESC, po przerwie spowodowaną przebudżetowaniem pieniędzy na organizację Euro 2012.

Kto występował? Donatan i Cleo „My Słowianie”.

Więc plan był prosty. Obejrzeć dla beki. Pośmiać się. Bo polska już tradycyjnie się kompromituje w ramach ESC. Tylko problem był taki, że nie było się z czego pośmiać. Zobaczyłem konkurs, który pod warstwą kiczu bywa zaskakująco profesjonalny. Czasem wręcz imponujący.

Pamiętam Eurowizję 2014 i moment, w którym po raz pierwszy naprawdę usiadłem prościej w fotelu. Najpierw Vilija Matačiūnaitė z Litwy. Sam występ nie zapisał się w pamięci społeczności ESC, ale wokalnie było tam coś, co natychmiast przykuło moją uwagę. Charakterystyczne frazy zahaczające momentami o jazzową manierę, wymagające precyzji i kontroli głosu, a jednocześnie cały czas ruch sceniczny i taniec. I to wszystko bez dyszenia jak astmatyk próbujący wdrapać się na czwarte piętro bez windy. Ona cały czas trzymała oddech, trafiała w dźwięki. To nie jest coś, co robi się przypadkiem po dwóch lekcjach śpiewu i pozytywnym komentarzu od babci, która zawsze powie, że wnuczek wygląda jak książę (z szczęką Habsburga).

Potem Carl Espen z Norwegii i zupełnie inny rodzaj zaskoczenia. Nie dlatego, że robił jakieś wokalne akrobacje godne olimpijskiego podium, tylko dlatego, że facet związany ze środowiskiem metalowym – pracował jako ochroniarz w klubie metalowym, więc nasz człowiek – wyszedł na scenę i bez grama ironii zaśpiewał emocjonalną, miękką balladę. I zrobił to na tyle dobrze, że naprawdę nie było się z czego śmiać. Dla człowieka wychowanego w środowisku, które sztywno dzieli muzykę na „naszą” i „chujową”, to był całkiem skuteczny policzek.

A dwa lata później Dami Im z Australii pokazała mi, że ESC potrafi wyciągnąć na scenę ludzi z najwyższego poziomu. Jej „Sound of Silence” to był pokaz technicznej kontroli, którego wielu samozwańczych obrońców „prawdziwej muzyki” nawet by nie umiało poprawnie nazwać. I nie chodzi tylko o to, że miała szeroką skalę czy mocny głos. Kobieta siedziała na platformie scenicznej i wyciągała z siebie dźwięki, których niektórzy nie byliby w stanie wydusić z siebie nawet stojąc stabilnie na własnych nogach.

A biologia jest niestety dość bezlitosna. Jeśli ktoś ma choć minimalne pojęcie o emisji głosu, to wie, że zarówno przy śpiewie, jak i zwykłym mówieniu najbardziej naturalna i efektywna pozycja to stanie. Ciało pracuje swobodnie, przepona robi swoje, oddech ma przestrzeń. W pozycji siedzącej ściskasz bebechy, ograniczasz mechanikę oddechu i generalnie utrudniasz sobie życie. A ona siedząc, dalej trzymała kontrolę, intonację i moc. To nie było karaoke po kilku głębszych. To jest po prostu cholernie solidne rzemiosło. Zresztą podobny poziom klasy pokazała rok temu Justyna Steczkowska, kiedy śpiewała zawieszona na scenicznej obręczy i też nie rozsypała się wokalnie.

Im bardziej poszerzałem własne muzyczne horyzonty i im więcej rozumiałem z tego, jak muzyka faktycznie działa – technicznie, emocjonalnie, performatywnie – tym łatwiej było mi oddzielić wartość rozrywkową od czysto muzycznej. To, że coś jest kiczowate, przerysowane albo skrojone pod telewizyjną masową rozrywkę, nie oznacza automatycznie, że jest zrobione źle. Uprzedzenia odstawiłem więc na bok. Bo jeśli dać ESC szansę, to potrafi naprawdę zaskoczyć.

Wkręciłem się w ESC do tego stopnia, że po konkursie w Szwecji w 2016 roku decyzja zapadła właściwie sama. Szwedzi traktują ESC śmiertelnie poważnie, ale jednocześnie z ogromnym wyczuciem smaku, autoironią i perfekcyjnym telewizyjnym rzemiosłem. To był moment, w którym pomyślałem: dobra, jeśli Eurowizja znowu kiedyś trafi do Szwecji, trzeba spróbować pojechać i zobaczyć ten absurd na własne oczy. Udało się w 2024, kiedy wylądowałem w Malmö. A dwa lata później? Wiedeń? Czemu nie.

Święto kiczu

Żeby była jasność: Eurowizja to nie jest festiwal wyłącznie ambitnych kompozycji i wokalnych popisów. To również kopalnia kiczu, absurdu i decyzji artystycznych, które w każdym innym kontekście powinny skutkować interwencją kuratora albo przynajmniej życzliwym pytaniem, czy wszystko w porządku. Joke entries nie są przypadkiem. Są częścią DNA tego konkursu. Kultowa Verka Serduchka. Windows95man. Tommy Cash. Artyści, którzy nie przychodzą tam po to, żeby subtelnie wzruszyć publiczność emocjonalną balladą, tylko żeby wrzucić granat na scenę i patrzeć, co zostanie.

I najlepsze jest to, że fandom ESC doskonale wie, czym to jest. Mało tego – aktywnie pielęgnuje ten rodzaj estetycznej patologii. Przez lata istniała choćby nieformalna Barbara Dex Award, czyli fanowski plebiscyt największych modowych katastrof ze świata ESC. To nie był złośliwy margines, tylko element kultury tego konkursu. Eurofani nie tylko tolerują kicz. Oni go wręcz pożądają. Bo kicz, jeśli jest zrobiony z odpowiednim rozmachem i pełnym przekonaniem, staje się integralną częścią widowiska. A to przecież właśnie widowisko ma dostarczać rozrywki.

Dlatego szczerze mówiąc czuję w tym roku pewien niedosyt. Bo jeśli dobrze patrzę na stawkę, klasyczne joke entry mamy właściwie jedno: greckie „Ferto” od Akylasa. I nawet ono jest raczej średnie, niż wybitnie odklejone. A szkoda. Bo Eurowizja działa właśnie dlatego, że potrafi bez mrugnięcia okiem zestawić perfekcyjnie wyprodukowaną dramatyczną balladę z kimś wyglądającym tak, jakby przegrał zakład z własnym stylistą po tygodniowym ciągu alkoholowo-chemicznym. I to wszystko w ramach tego samego, całkowicie poważnego konkursu piosenki.

Polski kompleks Eurowizji

Osobną kategorią rozrywki są polskie reakcje na Eurowizję. Mamy narodowy sport polegający na jednoczesnym twierdzeniu, że konkurs jest ustawiony, i obrażaniu się, że ktoś nas nie docenił.

Tak, istnieją bloki głosowania. Tak, diaspory mają znaczenie. Tak, polityka czasem wpływa na emocje wokół konkursu. To nie jest żadna tajemnica.

Ale jednocześnie ten sam widz potrafi jednego dnia mówić, że liczy się wyłącznie muzyka, a następnego mieć pretensje, że ktoś nie zagłosował z wdzięczności.

Najlepszy przykład? Ukraina w 2022 roku.

Tak, powiedzmy to wprost: wojna pomogła Ukrainie wygrać. Udawanie, że było inaczej, byłoby dziecinne. Konkurs odbywał się kilka miesięcy po pełnoskalowej rosyjskiej inwazji, gdy świat codziennie oglądał obrazy z bombardowanych miast, Mariupol wciąż stawiał opór, a świeżo odkryta masakra w Buczy była żywym symbolem rosyjskiego bestialstwa. W takich warunkach emocje musiały wejść do gry.

Ale równie dziecinne jest twierdzenie, że Ukraina wygrała wyłącznie z litości.

„Stefania” nie była wojennym manifestem. To nie była smutna piosenka o bombach, ruinach i cierpieniu. Utwór powstał jeszcze przed inwazją i był osobistym numerem poświęconym matce frontmana grupy. Co więcej – eurowizyjny fandom polubił ten numer jeszcze zanim rosyjskie czołgi przekroczyły granicę. To nie był przypadkowy beneficjent historii. To był autentycznie mocny kandydat.

Tak, wojna dała Ukrainie emocjonalny wiatr w żagle. Ale jestem też przekonany, że każdy normalny Ukrainiec bez sekundy wahania oddałby to eurowizyjne zwycięstwo za zdrowie, życie i bezpieczeństwo ludzi, którzy zapłacili za tę historię prawdziwą cenę.

A potem wydarzył się klasyczny polski spektakl narodowego oburzenia, bo ukraińskie jury dało Polsce zero punktów.

I tutaj robi się wręcz groteskowo.

Bo ci sami ludzie, którzy jeszcze chwilę wcześniej domagali się konkursu wolnego od polityki, nagle oczekiwali głosowania wdzięcznościowego.

Owszem, sytuacja była niezręczna. Do tego stopnia, że ukraiński minister kultury publicznie przyznał, że decyzja jury była niefortunna. Ale sprawa urosła do poziomu tak groteskowego, że kilka dni później odniósł się do niej nawet prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski. Nie w jakimś luźnym wywiadzie ani telewizyjnym komentarzu. Podczas oficjalnego przemówienia w Radzie Najwyższej Ukrainy, przy okazji wizyty prezydenta Andrzeja Dudy w Kijowie.

I nie była to nawet subtelna aluzja. Zełenski powiedział wprost: „The Ukrainian and Polish nations gave each other 12 points – today and forever”. Dla ludzi spoza eurowizyjnej bańki wyjaśnię: 12 punktów to najwyższa możliwa nota, jaką można przyznać w Eurowizji. Czyli przekaz był absolutnie czytelny. Nie chodziło o abstrakcyjną przyjaźń. Chodziło dokładnie o tę konkretną, absurdalną aferę z punktacją.

I wybaczcie, ale jest w tym coś surrealistycznego.

Państwo prowadzi wojnę o znaczeniu egzystencjalnym. Ludzie giną. Miasta płoną. A prezydent znajduje moment podczas oficjalnego wystąpienia dyplomatycznego, żeby symbolicznie opatrzyć urażone ego narodu, który pokłócił się o konkurs piosenki.

Nie wiem, czy bardziej mnie to bawi, czy zawstydza.

Więc może naprawdę warto się zdecydować. Albo chcemy Eurowizji, w której liczy się wyłącznie muzyka. Albo akceptujemy, że emocje, symbole, polityka i historia czasem wchodzą na scenę razem z refrenem.

Najlepsze polskie występy?

Nie, eurowizyjny sukces nie zawsze oznacza najwyższe miejsce w tabelce. Suche punkty to tylko część historii, a czasem wręcz najmniej interesująca część.

Historycznie najwyżej zaszła oczywiście Edyta Górniak. Debiut Polski w 1994 roku i od razu drugie miejsce. Wynik absolutnie historyczny i pewnie jeszcze długo niepobity. Tylko że trzeba też uczciwie powiedzieć, że była to zupełnie inna Eurowizja niż ta, którą znamy dzisiaj. Inna skala widowiska, inne zasady, brak televotingu, mniejszy nacisk na spektakl i większy na sam wokal. Edyta była wtedy młoda, zaśpiewała fenomenalnie i nie ma tu o czym dyskutować. Chociaż gdzieś z tyłu głowy mam też myśl, że jak przy każdym dużym międzynarodowym wydarzeniu, debiut nowego kraju po przemianach politycznych mógł budzić pewną dodatkową sympatię.

Ale jeśli mówimy o występach, które naprawdę zapisały mi się w pamięci, to dla mnie mocniejszym przypadkiem jest Michał Szpak w 2016 roku. Formalnie ósme miejsce, więc na papierze daleko od rekordu Górniak. Tylko że to papier. W televotingu był trzeci. TRZECI. Czyli zwykli widzowie z całej Europy kupili to dużo mocniej niż branżowe jury. I szczerze? W pełni to rozumiem. To był występ bez kompleksów, emocjonalny, dobrze zaśpiewany. Na scenie niewiele się działo, więc Michał zapracował na swój sukces tylko dzięki swoim umiejętnościom. A przy okazji jego sukces smakował jeszcze lepiej, bo w Polsce nie brakowało ludzi, którzy z góry chcieli go skreślić – włącznie z Edytą Górniak, która w tamtym okresie coraz bardziej dryfowała w rejony Harmonii Kosmosu, orgonitów i innych odklejonych przemyśleń, nie szczędząc przy tym uszczypliwości. Tym większa satysfakcja, że Szpak osiągnął taki sukces.

Ale jest jeszcze trzeci przypadek, który najbardziej pokazuje, że eurowizyjny sukces nie zawsze mierzy się wynikiem końcowym. Donatan i Cleo z „My Słowianie” w 2014 roku zajęli formalnie czternaste miejsce. Niby nic wielkiego. A jednak mam wrażenie, że kulturowo to był jeden z największych polskich eurowizyjnych eksportów w historii.

Bo to był numer, który doskonale rozumiał format. Chwytliwy, prosty, melodyjny, z wyraźną tożsamością. Połowa tekstu po polsku, żeby zachować charakter, kawałek po angielsku, żeby międzynarodowy widz wiedział, o co chodzi. Do tego przerysowana ludowość przepuszczona przez telewizyjny filtr, estetyka polskiego folkloru napompowana do granic absurdu i oczywiście słynne ubijanie masła, którego nikt już nigdy nie odzobaczy.

I właśnie dlatego ten występ wygrał coś ważniejszego niż punkty.

Fandom.

„My Słowianie” wracało później w eurowizyjnych memach, retrospekcjach i interwałach. Najlepszy przykład? „Love Love Peace Peace” z 2016 roku – genialny meta-komentarz do Eurowizji wykonany przez Månsa Zelmerlöwa i Petrę Mede, który był praktycznie listem miłosnym do wszystkich eurowizyjnych klisz. A jedna z tych klisz? Oczywiście nasze słynne masło.

Więc jeśli ktoś pyta mnie o największy polski sukces, odpowiedź wcale nie jest taka oczywista. Bo można mieć wysokie miejsce w tabeli. Ale można też wejść do zbiorowej pamięci fandomu. A to czasem znaczy więcej.

Inkluzywność czy zamach na tradycyjne wartości?

Jest jeszcze jedna rzecz, od której przy Eurowizji nie da się uciec, nawet jeśli ktoś bardzo chciałby udawać, że chodzi wyłącznie o muzykę.

Inkluzywność.

Tak, wiem. W tym momencie część ludzi przewraca oczami tak mocno, że zaraz zobaczą własny pień mózgu.

I uczciwie: sam nie przyszedłem do Eurowizji po tęczowe manifesty ani po lekcję współczesnej pedagogiki społecznej. Przyszedłem dla beki. A zostałem dla muzyki, a potem jeszcze dla widowiska i estetycznego chaosu.

Ale ignorowanie tego aspektu byłoby zwyczajnie nieuczciwe.

Przez lata Eurowizja dorobiła się opinii najbardziej LGBTQWERY-friendly widowiska telewizyjnego na kontynencie (jeśli nie na świecie) i to nie jest żadna internetowa legenda. Spora część fandomu realnie przyszła tam właśnie spod tęczowej flagi.

W Malmö siedziałem obok pary gejów z Australii. Dosłownie z drugiego końca świata. I nie, nie przyjechali tam dlatego, że pomylili lotnisko. Z rozmów wyszło jasno, że właśnie ta otwartość społeczności ESC była jednym z powodów, dla których przykleili się do tego konkursu.

Bo jeśli sprowadzać ten temat wyłącznie do tęczowych flag, to robi się z tego tani mem dla ludzi, którzy znają Eurowizję wyłącznie z oburzonych komentarzy w internecie i jednego screena Conchity Wurst.

A sprawa jest dużo ciekawsza.

Conchita oczywiście była wielkim medialnym momentem. Dla połowy internetu „kobieta z brodą”, dla drugiej połowy symbol końca cywilizacji zachodu, a dla ludzi mających choć odrobinę kontaktu z rzeczywistością po prostu drag queen z cholernie dobrze zaśpiewanym numerem, który spokojnie mógłby robić za motyw przewodni filmu o Bondzie.

Ale to nawet nie był pierwszy taki przypadek.

Już w 1998 ESC wygrała Dana International. Urodził się jako Jaron Cohen, a Eurowizję wygrała jako Dana International. Czyli zanim temat stał się paliwem dla współczesnych internetowych histerii, Eurowizja miała to już dawno za sobą.

I to jest tylko najbardziej medialna warstwa. Bo dla mnie znacznie ciekawsze są inne przypadki.

Jaki inny wielki telewizyjny event wrzuciłby na główną scenę punkowy zespół z Finlandii, którego członkowie mieli niepełnosprawności intelektualne?

Pertti Kurikan Nimipäivät w 2015 roku nie wyszli tam po litość. Nie byli telewizyjnym eksponatem do poklepania się po plecach, jakie to społeczeństwo jest nowoczesne i wrażliwe. Wyszli, zagrali swój krótki, surowy punkowy strzał i zeszli ze sceny.

I właśnie to jest dla mnie ciekawsze niż wszystkie kampanie wizerunkowe.

Bo Eurowizja potrafi wpuszczać ludzi, którzy gdzie indziej byliby traktowani jak „trudny przypadek”, „nieformatowy content” albo problem dla producenta transmisji.

I nie chodzi tylko o osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Przez lata na eurowizyjnej scenie pojawiali się artyści z bardzo różnymi ograniczeniami – niewidomi wokaliści, artyści poruszający się na wózkach, ludzie z poważnymi problemami zdrowotnymi czy neurologicznymi. Monika Kuszyńska reprezentowała Polskę po wypadku, który zostawił ją częściowo sparaliżowaną. Diana Gurtskaya, Serafín Zubiri czy Corinna May wychodzili na scenę jako niewidomi wykonawcy. Salvador Sobral wygrał konkurs z ciężką chorobą serca wiszącą nad nim jak wyrok. TIX otwarcie mówił o zespole Tourette’a.

Ale żeby nie robić z Eurowizji świętej instytucji dobroczynnej, trzeba też powiedzieć uczciwie, że nie każdy taki przypadek był czysty. Najbardziej oczywisty przykład to Julia Samoylova. Rosyjska wokalistka poruszająca się na wózku, wybrana przez Rosję na Eurowizję 2017 w Kijowie, mimo iż przez swoją działalność w social media (opowiadała się za aneksją Krymu) została znacznie wcześniej wpisana na listę persona non grata na Ukrainie. Efekt był łatwy do przewidzenia: podtrzymanie zakazu wjazdu, międzynarodowa awantura i polityczny cyrk. I wybaczcie, ale naprawdę trudno uwierzyć, że Kreml nie wiedział dokładnie, co robi. Wysłanie artystki z niepełnosprawnością do konfliktowego politycznie gospodarza było propagandowym ruchem niemal podręcznikowym: jeśli Ukraina ją wpuszcza – Rosja pokazuje siłę. Jeśli nie wpuszcza – Rosja może sprzedawać światu narrację o okrutnych przeciwnikach dyskryminujących niepełnosprawną kobietę. Klasyczna polityczna pułapka. Ale nie od dzisiaj wiadomo, że w Rosji w imię interesu państwa można instrumentalnie traktować każdego. Ostatecznie EBU stwierdziło, że nie może wpływać na decyzje ukraińskich władz (de facto stanął po stronie ukraińskiej) i pozwolił aby Julia Samoylova mogła wystąpić rok później (naginając dla niej przepisy ESC).

Najbardziej obrzydliwe było to, że Samoylova w tym wszystkim wyglądała mniej jak reprezentantka, a bardziej jak rekwizyt. W 2017 „Flame Is Burning” grało na obraz kruchej, pokrzywdzonej dziewczyny, której zła Ukraina nie pozwala spełnić marzenia. Rok później Rosja wróciła z „I Won’t Break” – większą produkcją, scenografią i chórzystkami, które chwilami wyglądały jak wokalna poduszka powietrzna. Tylko że tego nie dało się całkiem zakryć. Cały staging wyglądał tak, jakby ktoś dostał zadanie: ukryć wózek, przykryć chorobę, dopalić wokal chórkami i udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Nie było. Występ był słaby, niewygodny do oglądania i chyba najlepiej pokazywał, jak bardzo rosyjska machina potrafi instrumentalnie potraktować nawet własną artystkę.

Ale dość o polityce, bo mowa tutaj o inkluzywnosci, która na ESC nie polega na wrzuceniu tęczowego logotypu do kampanii marketingowej.

Polega na tym, że na scenie może pojawić się drag queen, transpłciowa wokalistka, punkowiec z zespołem downa, albo ktokolwiek inny, kto w bardziej „poważnym” telewizyjnym świecie usłyszałby, że jednak może nie pasuje do formatu.

I chyba właśnie dlatego Eurowizja tak skutecznie doprowadza niektórych ludzi do piany.

Eurowizja i polityka

Tu dochodzimy do punktu, w którym część ludzi dostaje wysypki i zaczyna powtarzać, że Eurowizja jest apolityczna.

Nie jest. Nigdy nie była. Była politycznie regulowana, politycznie interpretowana i politycznie konsumowana. Formalnie regulamin zabrania bezpośredniej agitacji politycznej. To nie to samo co brak polityki.

O rosyjskich cyrkach pisałem wcześniej więc pozostał nam tylko najbardziej jaskrawy współczesny przykład – Izrael.

Zanim ktoś zacznie standardowe „ale Izrael przecież nie leży w Europie” – geografia nie ma tu większego znaczenia. Liczy się członkostwo nadawcy w Europejskiej Unii Nadawców. Dlatego w konkursie od dawna startują również państwa spoza Europy.

Formalnie sprawa jest prosta. Moralnie i politycznie już nie.

Nie ukrywam własnego stanowiska: to, co Izrael robi w Gazie, budzi mój głęboki sprzeciw. I tak, uważam, że udział w Eurowizji był przez izraelskie państwo przynajmniej częściowo wykorzystywany jako narzędzie wizerunkowe.

W 2024 roku ten mechanizm był widoczny wyjątkowo wyraźnie. Eden Golan występowała w cieniu wojny, protestów i gigantycznych kontrowersji. Sama piosenka też nie pomagała. Pierwotna wersja – „October Rain” – została uznana za zbyt polityczną i wymagała przeróbek. Oficjalnie zmieniono tekst, tytuł stał się „Hurricane” i wszyscy mieli udawać, że temat zniknął.

Klasyczna eurowizyjna akrobatyka. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Formalnie udawano, że już nie chodzi. I tu dochodzimy do momentu, w którym robi się wręcz groteskowo.

Bo z jednej strony słusznie warto pamiętać, że artysta nie jest automatycznie tożsamy z polityką własnego państwa. Obwinianie wykonawcy za wszystko, co robi jego rząd, to droga donikąd. Z drugiej strony czasem państwo samo tak bezczelnie wpycha politykę na scenę, że trudno udawać ślepotę.

Nazwisko Eden Golan samo w sobie oczywiście nie jest żadnym politycznym statementem – to po prostu jej prawdziwe nazwisko, a nie pseudonim wymyślony przez marketingowca w zaciszu gabinetu politycznego.

Ale symboliczny ciężar całej sytuacji momentami był wręcz absurdalny. „Golan” siłą rzeczy przywołuje skojarzenie ze Wzgórzami Golan – strategicznym i od dekad spornym terytorium na styku Izraela i Syrii, będącym jednym z klasycznych tematów bliskowschodnich napięć.

I jeszcze raz: nie sugeruję, że ktoś to specjalnie wymyślił.

Ale przy całym politycznym kontekście tamtej edycji momentami wyglądało to jak eurowizyjna wersja Kosovo je Srbija albo jakby ktoś z Niemiec przyjechał na konkurs pod pseudonimem Schleswig-Holstein i oczekiwał, że nikt w Polsce nie zauważy niezręcznych skojarzeń.

A rok później Izrael zrobił coś jeszcze ciekawszego.

Reprezentantką została Yuval Raphael – kobieta, która przeżyła atak Hamasu z 7 października.

I zanim ktoś zacznie się oburzać: nie, nie twierdzę, że ofiara zamachu nie ma prawa śpiewać na Eurowizji.

Ma.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy po wcześniejszych kontrowersjach naprawdę trudno nie zauważyć politycznego ciężaru takiego wyboru. Bo w tym momencie znowu przestajemy rozmawiać wyłącznie o piosence.

I wtedy dochodzimy do exploita.

Jeśli ktoś grał w MMO albo inne gry online, zna to pojęcie. Mechanika formalnie działa zgodnie z zasadami. Czy jest legalna? Technicznie tak. Czy projektant systemu brał pod uwagę takie wykorzystanie? Raczej nie. Czy rozwala balans całej rozgrywki? Oczywiście.

I dokładnie tak wyglądało to, co wydarzyło się później z televotingiem.

Bo jeśli wrzucasz do konkursu postać obciążoną tak silnym emocjonalnym kontekstem politycznym, a jednocześnie prowadzisz szeroką kampanię mobilizującą diasporę i sympatyków, to formalnie wszystko może być zgodne z zasadami.

Ale naprawdę nie udawajmy potem zdziwienia, że dla części ludzi – szczególnie tych patrzących na sytuację w Palestynie z zupełnie innej perspektywy – cały konkurs zaczyna wyglądać mniej jak święto muzyki, a bardziej jak polityczny performance przebrany za rozrywkę.

A potem znowu wszyscy są zaskoczeni, że przy kolejnym ESC wracają protesty, napięcia i wściekłość na ulicach. Kampanie targetowane do diaspory, mobilizacja głosujących, polityczne emocje wrzucone do systemu, który z założenia miał być konkursem piosenki. Formalnie? Wszystko zgodnie z regulaminem. Praktycznie? Balans gry poszedł się kochać z samym sobą.

I właśnie dlatego polityka ocieplania wizerunku działała tak średnio. Co ciekawe, wygląda na to, że ktoś w końcu zrozumiał, że ta strategia ma ograniczoną żywotność.

W 2026 Izrael postawił po prostu na normalną piosenkę. Michelle. Numer o emocjach, relacji, miłości – czyli dokładnie to, co na Eurowizji nikogo nie dziwi, bo połowa kontynentu od dekad śpiewa o złamanym sercu, tęsknocie albo innych uczuciowych katastrofach.

I paradoksalnie to może być najmądrzejsza decyzja od lat.

Bo jest zasadnicza różnica między wysłaniem zwykłego konkursowego utworu a próbą budowania narracji o własnym cierpieniu w momencie, kiedy twoje własne państwo prowadzi działania wojenne, które dla ogromnej części świata wyglądają nie jak „precyzyjna operacja”, tylko jak brutalna zbiorowa kara wymierzona w ludność cywilną.

I tutaj nie będę udawał chłodnego eksperta od geopolityki, bo to jest felieton i mój własny osąd: patrząc na obrazy z Gazy, na zniszczone dzielnice, ofiary cywilne, kolejne doniesienia o ostrzale konwojów humanitarnych i śmierci wolontariuszy organizacji międzynarodowych, mam skojarzenia, których sam wolałbym nie mieć.

Ale mam.

I tak – jako człowiek z Polski, wychowany z pamięcią o wojnie i okupacji, momentami widzę w tym ponure echo logiki, która historycznie kojarzy mi się z pacyfikacją getta warszawskiego: zamknąć ludzi, odciąć, zniszczyć przestrzeń, a potem tłumaczyć wszystko koniecznością bezpieczeństwa.

To moja opinia. Biorę za nią pełną odpowiedzialność. A tak się przypadkiem składa, że o historii mam większe pojęcie niż o muzyce.

I właśnie dlatego próby sprzedawania na tym tle eurowizyjnej narracji o własnej ofierze działały na mnie jak wysyłanie klauna na pogrzeb.

Jeśli Izrael naprawdę chce być postrzegany w Eurowizji jako uczestnik konkursu piosenki, a nie ruchomy komunikat polityczny, to wysłanie po prostu zwykłej piosenki jest znacznie uczciwsze.

Mamy wolność słowa. Mamy wolność wypowiedzi. I mimo całej tej oficjalnej eurowizyjnej opowieści o apolityczności konkursu, artyści od dawna próbują przemycać własne gesty, sygnały i stanowiska.

Bo niespodzianka: muzycy też bywają ludźmi, a nie wyłącznie ruchomymi nośnikami dymu scenicznego i konfetti.

Eurowizyjne media od miesięcy regularnie opisywały napięcia wokół izraelskich delegacji i dziennikarzy. Nie chodzi nawet wyłącznie o same oficjalne protesty. W środowisku medialnym krążył bardzo prosty lęk: że każde spotkanie, każde zdjęcie, każda interakcja może zostać później wykorzystana politycznie albo propagandowo.

I nie jest to paranoja wyssana z palca.

Do dziś krąży teoria – podkreślam: teoria, nie twardy fakt – że Joost Klein w 2024 roku, jeden z faworytów konkursu, mógł paść ofiarą jakiejś formy prowokacji w tym toksycznym klimacie. Czy to prawda? Nie wiem. Fakt jest taki, że go zdyskwalifikowano. Ale wiem jedno: byłem wtedy w Malmö i ludzie naprawdę o tym mówili. I to nie było tylko internetowe gadanie bez pokrycia, tylko realne komentarze eurofanów.

Plakat protestacyjny Stop Genocide nawiązujący do Eurowizji 2024 w Malmö
Eurowizja oficjalnie apolityczna. Malmö 2024 miało na ten temat własne zdanie

Samo Malmö, a nawet Kopenhaga, która wtedy praktycznie robiła za hotelowe zaplecze dla połowy eurofanów, były pełne propalestyńskich komunikatów, plakatów i przeróbek eurowizyjnej identyfikacji wizualnej. Widziałem hasła typu Stop Genocide stylizowane na branding ESC.

Nie dało się udawać, że polityka nie istnieje. A jednocześnie organizator robi absolutnie wszystko, żeby tę politykę zdusić, zapakować do worka próżniowego i udawać, że problem zniknął.

W tym roku przed Wiener Stadthalle przechodzi się kontrole bezpieczeństwa o rygorze bliższym lotnisku niż koncertowi. Żadnych normalnych toreb. Żadnych spontanicznych przedmiotów. Flagi? Owszem, ale tylko spełniające odpowiednie normy materiałowe, najlepiej kupione już w środku, gdzie wybór jest cudownie bezpieczny i przewidywalny.

Oficjalnie? Bezpieczeństwo.

Nieoficjalnie? Bardzo trudno nie odnieść wrażenia, że chodzi też o to, żeby przypadkiem nikt nie wpadł na bezczelny pomysł zamanifestowania czegoś politycznie niewygodnego (na przykład sprzeciwu wobec ludobójstwa).

I właśnie dlatego, kiedy występował izraelski reprezentant z Michelle, po prostu wyszedłem z trybun na te trzy minuty.

Nie robię z tego heroicznej legendy. Mój gest nie zmienił absolutnie nic. Nie zatrzymał wojny. Nikomu nie uratował życia. Nie zawstydził organizatorów. Nie wzruszył delegacji. Jedynymi osobami, które to widziały to byli pracownicy Wiener Stadthalle i pewnie nikt z nich nie wiedział co ja właśnie robiłem. Z tego, co widziałem, na moim sektorze byłem jedyną osobą, która to zrobiła. Ale przynajmniej nie będę musiał wyrzucać lustra z domu.

Na marginesie – jeśli ktoś lubi zabawne przypadki korporacyjnego świata – warto pamiętać, że Moroccanoil, wieloletni główny sponsor Eurowizji, to firma mająca izraelskie korzenie i silne związki kapitałowe z Izraelem. Przypadek? Zostawiam czytelnikowi.

I teraz najlepsze. Bo Eurowizja wcale nie jest tu wyjątkiem. Wręcz przeciwnie.

Lista instytucji, które z jednej strony słyszały protesty przeciwko udziałowi Izraela, a z drugiej nie zdecydowały się na wykluczenie, jest całkiem długa.

  • Eurovision Song Contest
  • International Olympic Committee / Olympic Games
  • FIFA
  • UEFA
  • International Basketball Federation
  • International Ice Hockey Federation
  • International Paralympic Committee
  • Berlin International Film Festival (Berlinale)
  • Cannes Film Festival
  • Venice Film Festival

I tu robi się naprawdę ciekawie, bo część tych samych organizacji potrafiła wcześniej bardzo zdecydowanie reagować wobec Rosji. Dlatego zarzut podwójnych standardów nie jest żadnym internetowym wymysłem ani histerią ludzi, którzy nie rozumieją regulaminów. To realna debata. Można wskazywać różnice prawne, geopolityczne i organizacyjne. Można tłumaczyć, że przypadek Rosji i przypadek Izraela nie są identyczne. Ale nie można udawać, że pytanie nie istnieje. Bo istnieje – i coraz więcej ludzi zadaje je na głos.

Dlaczego Eurowizja działa?

Dlaczego człowiek, który wyrósł na metalu, grzebał w noise’ie, awangardzie, muzyce dawnej, gadał z ludźmi przekonanymi, że współczesna muzyka to albo wykastrowany akademicki trup, albo plastikowa papka dla mas, siedzi dziś i pisze ten absurdalnie długi tekst o Eurowizji bez cienia ironii?

Bo chyba właśnie o to chodzi.

Tak, ja i Eurowizja to naprawdę trudna relacja.

Człowiek z metalowego środowiska, który latami szukał muzyki dziwniejszej, trudniejszej, bardziej wymagającej. A z drugiej strony telewizyjny cyrk, estetyczny kicz, błyskotki, konfetti i rozrywka dla mas.

To z definicji nie powinno działać. A jednak działa.

Bo jedni włączają Ligę Mistrzów, mundial albo finał pucharu UEFA i przeżywają to jak wydarzenie o znaczeniu cywilizacyjnym. Innym, żeby poczuć się lepiej wystarczały „Pamiętniki z wakacji”, „Warsaw Shore” czy polska edycja „Love is Blind”.

A ja w maju siadam przed telewizorem i oglądam Eurowizję. Na dobre i na złe.

Bo Eurowizja jest jednym wielkim paradoksem. Jest głupia. I bywa zaskakująco mądra. Jest świętem kiczu, estetycznych katastrof i decyzji artystycznych, które w normalnym świecie powinny kończyć się interwencją kuratora.

A jednocześnie potrafi być miejscem autentycznych emocji.

Jest telewizyjną machiną napędzaną sponsoringiem, geopolityką, ego delegacji, fanowską histerią i absurdalnymi ilościami konfetti. A mimo to czasem dzieje się tam coś prawdziwego.

Byłem w Malmö w 2024. Widziałem ten absurd na żywo.

A w 2026? Część tego tekstu pisałem w domu, patrząc na spakowaną walizkę przed wyjazdem do Wiednia. Część już siedząc w hotelu w Wiedniu, między kolejnymi eurowizyjnymi bodźcami i zwiedzaniem miasta. Zbliża się godzina 17:00 do finału ESC zostało jeszcze kilka godzin. Ciekawe co się wydarzy?

I chyba właśnie dlatego ten tekst wygląda tak, a nie inaczej. Bo to nie jest chłodna analiza człowieka z zewnątrz. To jest relacja kogoś, kto już dawno przestał udawać, że stoi obok.

Tysiące ludzi z różnych krajów. Różne języki. Różne poglądy. Różne orientacje. Różne historie.

Ludzie, którzy normalnie pewnie nie usiedliby razem przy jednym stole, a przez kilka godzin przeżywają ten sam telewizyjny cyrk z pełnym zaangażowaniem.

I tak – czasem to jest żenujące. Czasem muzycznie przeciętne. Czasem politycznie obrzydliwe. Czasem tak przerysowane, że człowiek ma ochotę zapytać, czy scenograf dostał udaru.

A mimo to wracam. Co roku. Bez ironii. Bez tego żałosnego guilty pleasure, którym ludzie próbują usprawiedliwiać rzeczy, które po prostu lubią. Lubię Eurowizję. Nie dlatego, że jest idealna. Właśnie dlatego, że nie jest. Bo jest dokładnie takim samym bałaganem jak Europa – pełna sprzeczności, hipokryzji, patosu, dobrych intencji, fatalnych decyzji, kiczu, autentycznych emocji. I ludzi, którzy mimo wszystko próbują jakoś być razem, choć często nawet nie potrafią się zgodzić, dlaczego właściwie tu przyszli (trochę jak przymus siedzenia przy wigilijnym stole z krewnymi z którymi ma się zatargi).

A najbardziej metalowe w tym wszystkim? Że kompletnie przestało mnie obchodzić, czy komuś wydaje się to cool.

A jeśli ktoś wyrazi niepokój o mój stan psychiczny po tylu dniach telewizyjnego kiczu, błyskotek, ballad, politycznych dram i eurowizyjnego chaosu, to spokojnie. W czerwcu czeka mnie detoksykacja organizmu – Mystic Festival 2026 w Gdańsku – czyli powrót do duchowej równowagi.

United by Music!

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *