Jakiś czas temu doszło do zmiany w Arch Enemy.
Jak zwykle obowiązywała stara, dobra zasada, że muzyków, z którymi przez lata się współpracowało, publicznie się nie obraża. Producentów i realizatorów najwyraźniej można besztać bez takich ograniczeń, ale to już osobna historia.
Samo rozstanie z Alissą White-Gluz zamknęło się więc w kilku lakonicznych komunikatach i grzecznościowych ogólnikach, po które nawet nie chce mi się teraz sięgać, żeby sprawdzić, kto dokładnie komu i za co podziękował.
Ważne jest co innego.
Alissa przestała być wokalistką Arch Enemy, a właściwie jeszcze zanim internet zdążył porządnie przemielić tę informację, wrzuciła do sieci solowy „The Room Where She Died” razem z klipem.
Tak że najwyraźniej szuflada z materiałem była już od jakiegoś czasu całkiem nieźle wypchana.
Arch Enemy nigdy nie było dla mnie kapelą pierwszej, drugiej ani nawet trzeciej potrzeby.
W czasach, kiedy słuchało się przede wszystkim tego, co się miało, a nie tego, na co akurat przyszła ochota, byłem poniekąd skazany na dwa albumy z Angelą Gossow, pierwszą kobietą za mikrofonem Arch Enemy. Co istotne, po zejściu ze sceny wcale z zespołu nie zniknęła. Została jego menedżerką i do dziś pozostaje gdzieś za kulisami, więc określenie „szara eminencja Arch Enemy” nie wydaje mi się szczególnie przesadzone.
I to właśnie Gossow wskazała Alissę White-Gluz jako swoją następczynię.
Kiedy więc w Arch Enemy pojawiła się nowa krew, oczywiście sprawdziłem, co z tego wyszło. Sprawdziłem i kompletnie nie spodobało mi się to, co Alissa sobą prezentowała. Arch Enemy spadło więc w moim prywatnym rankingu z zespołu trzeciej potrzeby do zespołu potrzeby czwartej, czyli takiego, który włączam chyba dopiero wtedy, kiedy skończą mi się inne pomysły albo chciałbym się z czegoś pośmiać.
Teraz Alissa odeszła.
Może się pokłócili. Może sama uznała, że czas pójść na swoje. Może wydarzyło się coś jeszcze bardziej banalnego. Nie wiem.
I prawdę mówiąc, niespecjalnie mnie to interesuje.
Za Alissą White-Gluz w Arch Enemy tęsknić nie będę.
Żeby było jasne, kilka akapitów wcześniej napisałem dokładnie, że „nie spodobało mi się to, co Alissa sobą prezentowała”.
A ponieważ jestem najwyraźniej eksponatem muzealnym albo egzemplarzem, który uciekł z laboratorium, wciąż należę do ludzi chodzących na koncerty przede wszystkim po to, żeby słuchać muzyki, a nie oglądać muzyków. Moja ocena Alissy dotyczy więc jej wokalu, nie walorów estetycznych.
Nigdy mi ten wokal nie pasował. I tyle.
Są gusta i guściki. Mnie na przykład w Decapitated bardzo pasował Rasta, podczas gdy całkiem sporo ludzi miało na ten temat zdecydowanie odmienne zdanie. I też dobrze. Nie każda różnica gustu musi od razu kończyć się wojną religijną.
Ale żeby była jasność: mój stosunek do wokalu Alissy nie zmienia faktu, że bagatelizowanie jej znaczenia dla Arch Enemy byłoby zwyczajnie nieuczciwe.
To właśnie za jej czasów zespół wszedł na obecny poziom popularności i odnosił jedne z największych sukcesów komercyjnych w swojej historii. Alissa miała w tym swój udział nie tylko jako wokalistka, ale też jako frontwoman. Miała umiejętności, charyzmę i potrafiła przyciągać uwagę ludzi, którzy wcześniej Arch Enemy mogli nawet nie kojarzyć.
Mnie jej wokal nie przekonywał. Tyle. Ale czym innym jest powiedzieć „nie podoba mi się”, a czym innym udawać, że przez ponad dekadę była dla tego zespołu postacią bez znaczenia.
Nie była.
Żeby zresztą nie było, że zatrzymałem się na Arch Enemy i z góry skreśliłem wszystko, co Alissa zrobi później, zajrzałem też do Blue Medusa, jej nowego projektu.
I tutaj żadnego wielkiego zaskoczenia nie było.
Spodobało mi się mniej więcej tak samo jak wcześniejsze dokonania Alissy pod szyldem Arch Enemy. Czyli wysłuchałem, skutecznie wyparłem z pamięci i nie mam najmniejszej ochoty tego odświeżać.

No i teraz wreszcie dochodzę do tego, o czym właściwie chciałem napisać.
W Arch Enemy pojawiła się nowa wokalistka. Lauren Hart, wcześniej związana z Once Human.
Jeśli ktoś chce być bardziej złośliwy niż ja, i stawiać teorię, że jest to zmiana na młodszy model, to argument jest nie trafiony – obie wokalistki dzieli tylko rok różnicy.
Na YouTube, w ramach ARTE Concert, pojawił się zapis koncertu Arch Enemy z Summer Breeze 2026. Włączyłem go właściwie tylko z ciekawości. Chciałem zobaczyć, jak zespół układa się z nową wokalistką, posłuchać kilku numerów i pewnie po chwili wrócić do czegoś, czego słucham z własnej woli.
I kurde.
JAKIE TO JEST DOBRE.
Miałem włączyć na chwilkę, a przesłuchałem cały występ.
Pewnie znajdą się złośliwi, którzy powiedzą, że Lauren Hart brzmi jak próba odtworzenia Angeli Gossow. Że Arch Enemy zatoczyło koło, znalazło sobie wokalistkę brzmiącą podobnie do tej, z którą weszło kiedyś na wyższy poziom, i teraz sprzedaje nostalgię starym fanom.
Może.
Tylko że mi to kompletnie nie przeszkadza.
Dla mnie Arch Enemy po prostu wróciło na właściwe tory.
Po ponad dekadzie z wokalem, który nigdy mi nie pasował, nagle włączam koncert Arch Enemy i zamiast zastanawiać się, kiedy mi się znudzi, słucham dalej.
I wygląda na to, że zespół czwartej potrzeby właśnie awansował z powrotem do trzeciej.
I serio, jeśli kiedyś nadarzy się okazja, żeby zobaczyć Arch Enemy na żywo, to dla tego wokalu chętnie pójdę pod scenę.
Przy jakiejś okazji. To istotne.
Nie jest to nagle zespół, dla którego będę jechał przez pół kraju i układał sobie weekend pod datę koncertu. Ale jeśli pojawią się gdzieś po drodze, może na Mystic Festival 2027, kto wie, to tym razem naprawdę będę chciał ich zobaczyć.
Choćby po to, żeby wreszcie usłyszeć „We Will Rise” brzmiące tak, jak dla mnie powinno brzmieć.

