Mystic Festival 2026 – relacja introwertyka, który co roku mówi „nie jadę”, a potem kupuje i tak bilet

Po każdym Mysticu wracam do domu z tą samą myślą: za rok nie jadę. Cztery dni tłumów, hałasu, przebodźcowania i walki z własną introwertyczną naturą powinny wystarczyć każdemu rozsądnemu człowiekowi. A jednak bilet na kolejną edycję kupiłem praktycznie od razu. Dlaczego? Bo Mystic nadal działa jak supermarket dla metalowca. Idziesz po kilka konkretnych rzeczy, a wracasz z koszykiem pełnym odkryć, zachwytów, rozczarowań i zespołów, o których tydzień wcześniej nawet nie słyszałeś.

Podziel się swoją opinią

Kolejny rok i kolejny Mystic Festival za nami.

To był mój trzeci Mystic, więc nie czuję się ekspertem czy festiwalowym weteranem. Jednocześnie po każdej edycji wracam do domu i mówię sobie dokładnie to samo: za rok nie jadę.

Efekt? Bilet na MF’27 już mam kupiony.

Zresztą nie pierwszy raz kupowałem ten festiwalowy odpowiednik kota w worku.

Tym razem tłumaczę to sobie tak, że daję organizatorom kredyt zaufania. Nowa lokalizacja w okolicach Polsat Areny może faktycznie okaże się lepsza. Może będzie mniej ścisku. Może nie będę musiał przedzierać się przez tłumy jak wtedy, gdy chciałem kupić tanio karpia w Lidlu. Oficjalna wersja dla samego siebie jest taka, że jeśli nowa lokalizacja mi nie podejdzie, to będzie mój ostatni Mystic.

Tak przynajmniej sobie wmawiam.

Nie chodzi o jakiegoś focha. Po prostu jestem człowiekiem, który ma zdecydowanie więcej cech introwertyka niż ekstrawertyka. Po dwóch dniach takiego festiwalu mam już dość ludzi. Kolejne dwa dni to walka z własną głową. A po powrocie obowiązkowo tydzień siedzenia w domu i odchorowywania przebodźcowania.

Więc skoro tak narzekam, to po co tam w ogóle jeżdżę?

Dla mnie Mystic działa trochę jak supermarket.

Patrzysz na lineup. Widzisz kilka rzeczy, które interesują cię od dawna i które koniecznie chcesz usłyszeć na żywo. A skoro już tam jesteś, to szkoda nie wrzucić do koszyka kilku kolejnych pozycji. Takich, dla których normalnie nigdy nie chciałoby ci się jechać do innego miasta na osobny koncert.

Dlatego od zawsze bardziej interesowały mnie mniejsze sceny i bardziej piwniczne granie niż wielkie nazwiska. Headlinery są dla mnie dodatkiem. Główny cel stanowią rzeczy, które można odkryć przypadkiem.

Zwłaszcza dzisiaj, kiedy żyjemy w algorytmicznych bańkach. Platformy streamingowe nieustannie podpowiadają nam kolejne wariacje tego samego. Dlatego przed Mystic zawsze przeglądam niemal każdy zespół, który pojawia się w zapowiedziach. I praktycznie co roku znajduję coś nowego.

Bo nie da się być ze wszystkim na bieżąco. Nie da się znać wszystkiego, co powstało wcześniej. Zawsze znajdzie się jakiś zespół działający od trzech dekad, o którym słyszysz pierwszy raz w życiu.

Warm-Up Day

I właśnie w ten sposób trafiłem na Discharmonic Orchestra.

Gdybym nie zobaczył ich w lineupie, prawdopodobnie nigdy bym po nich nie sięgnął.

O jeżu! Jaki to był koncert!

Trzech gości grających tak dziwne rzeczy, że momentami miałem wrażenie, iż każdy z nich wykonuje zupełnie inny utwór i robi to jeszcze w innym metrum. Kakofonia, która paradoksalnie miała sens. Chaos, który trzymał się kupy.

Przed festiwalem zdążyłem poznać ich ledwie pobieżnie. Co więcej, większość numerów, które szczególnie mi podeszły, pochodziła z jednego albumu. Obawiałem się więc, że koncert okaże się dla mnie średnio interesujący.

Tymczasem pod koniec zbierałem szczękę z podłogi.

To był prawdopodobnie najlepszy koncert, jaki widziałem w tym roku.

Drugim obowiązkowym punktem dnia byli Grave i Kanonenfieber.

Grave to zresztą jak zwykle klasa sama w sobie – szwedzka maszynka do okładania ludzi łopatą po głowie. Bez zbędnych fajerwerków, bez kombinowania, po prostu godzina solidnego deathmetalowego młócenia dokładnie takiego, jakiego można oczekiwać od zespołu z ich stażem.

Z Kanonenfieber mam ten problem, że kupiłem ten projekt od pierwszego odsłuchu. Jeszcze za czasów Menschenmühle, kiedy wszystko wyglądało bardziej na studyjną ciekawostkę niż regularnie koncertujący zespół.

Tym większe było moje rozczarowanie.

I szczerze mówiąc nie wiem nawet, kto był winny.

Zespół? Akustyk? Organizator?

Może po prostu stałem w fatalnym miejscu. Może taka była uroda Desert Stage.

Wokal było słychać w miarę przyzwoicie. Problem polegał na tym, że perkusja młóciła tak potężnie, że przykrywała niemal wszystko inne. Bas ginął. Gitary ginęły.

Byłem na kilku koncertach na tej scenie i tylko Kanonenfieber zabrzmiał aż tak źle.

Po piętnastu, może dwudziestu minutach odpuściłem.

Największy zawód całego festiwalu.

I nie, to nie był wyłącznie mój problem. Przede mną znajdowało się całkiem sporo osób, które również wyglądały na coraz bardziej zirytowane.

Reszta Warm-Up Day była już bardziej festiwalowym zbieraniem znaczków: Bloodfeather, Kublai Khan TX. Metalcore nigdy nie był moją bajką, ale skoro już tam byłem, to spędziłem przy tych koncertach trochę czasu.

Znacznie więcej uwagi poświęciłem Six Feet Under. Nie był to wybór wybitny, ale też trudno nazwać go stratą czasu. Trzeba było czymś zagospodarować godziny przed Kanonenfieber.

Z dużą przyjemnością obejrzałem natomiast A.A. Williams.

Mystic ma całkiem dobrą tradycję zapraszania podobnych artystek. Co roku trafia się ktoś, kto idealnie wpisuje się w ten melancholijny, ciężki, a jednocześnie bardzo emocjonalny klimat. W poprzednich latach była choćby Chelsea Wolfe.

Jeżeli ktoś lubi Chelsea Wolfe albo Emmę Ruth Rundle, to podczas koncertu A.A. Williams mógł poczuć się jak w domu.

Największą męką okazała się natomiast godzina, podczas której grało wyłącznie Ice Nine Kills.

Jestem chyba gatunkiem wymierającym. Ja chodzę na koncerty słuchać muzyki. Nie oglądać koncert. To subtelna różnica.

Ice Nine Kills to jeden z tych zespołów, gdzie sceniczny spektakl jest równie ważny, a może nawet ważniejszy od samych utworów. W moim odczuciu gitary i sama muzyka były tam raczej dodatkiem do widowiska niż jego głównym elementem. I jasne, tysiące ludzi pod sceną bawiły się znakomicie, więc ewidentnie coś w tym jest. Być może po prostu nie jestem odbiorcą tego typu projektów, które funkcjonują dziś trochę jak dobrze naoliwione, napompowane medialne machiny pokroju Sleep Token czy The President – zespołów, gdzie oprawa, wizerunek i cały koncept wydają się ważniejsze niż same kompozycje.

Ale ja po prostu nie jestem odbiorcą takiego grania.

Na szczęście pod koniec udało się jeszcze zahaczyć o Neptunian Maximalism. A potem wrócił temat Kanonenfieber, o którym już wystarczająco ponarzekałem.

Dzień pierwszy

Pierwszy pełnoprawny dzień festiwalu zacząłem z grubej rury.

Ciśnienie.

To był mój drugi raz z tym zespołem na żywo i po raz kolejny wyszedłem z koncertu pod ogromnym wrażeniem. Świetni muzycy, świetne kompozycje i przede wszystkim ogromna świadomość tego, co chcą osiągnąć swoją muzyką.

Za każdym razem, kiedy patrzę na ich klawiszowca, odzywa się we mnie taka typowa polska zazdrość. Człowiek siedzi potem w domu i przypomina sobie własne próby grania, dochodząc do wniosku, że jego największym osiągnięciem muzycznym pozostanie pewnie poprawne ogranie koła kwintowego.

Najbardziej szkoda mi jednak tego, że muzyka tego typu prawdopodobnie nigdy nie wyjdzie poza określoną niszę. A szkoda, bo ludzie tworzący z takim profesjonalizmem i zaangażowaniem zasługują na znacznie więcej niż małe sceny, małe sale i niewielkie nakłady płyt.

Po Ciśnieniu zahaczyłem jeszcze o Bloodywood.

Piętnaście lat temu prawdopodobnie byłbym zachwycony. Dzisiaj mam już trochę inne oczekiwania wobec muzyki. Coraz częściej szukam rzeczy bardziej surowych, bardziej ponadczasowych, mniej opartych na efekcie „wow”.

Bloodywood niewątpliwie potrafi robić show. Problem polega na tym, że na obecnym etapie życia bardziej interesuje mnie zawartość niż opakowanie.

Potem zaczęło się klasyczne festiwalowe skakanie pomiędzy scenami.

Overkill było w porządku.

Psychonaut również.

Marduk, choć była spora obsuwa z rozpoczęciem koncertu to też dostarczył dokładnie tego, czego można oczekiwać po czołgach z Panzer Divizion Marduk.

Największy problem miałem natomiast z Decapitated.

I nie chodzi nawet o sam koncert.

Przed występem zastanawiałem się, jak wypadnie Eemeli Bodde. W końcu mówimy o człowieku, który użyczył głosu zespołowi określającemu własną muzykę jako „symphonic post-apocalyptic reindeer-grinding Christ-abusing extreme war pagan fennoscandic metal„, czyli Impaled Rektum.

A to jest poprzeczka zawieszona absurdalnie wysoko.

Mimo wszystko nadal pozostanę przy opinii, że to Rasta był głosem, który najmocniej przyciągał mnie pod scenę Decapitated.

Warto też wspomnieć o Wønder: Games X Anime Show, czyli punkcie programu skierowanym do fanów gier, anime i szeroko pojętej japońskiej popkultury. Mystic od lat próbuje uchylić nieba także tej części publiczności. W poprzednich edycjach stawiano raczej na japońskie zespoły, co akurat nigdy nie było moją bajką. Dla mnie większość współczesnego japońskiego mainstreamu brzmi jak coś, czym internet zachwyca się bardziej z egzotyki niż z faktycznej jakości.

Tym razem postawiono na Wønder, artystkę znaną głównie z internetowych coverów i działalności na YouTubie. Jak się jednak okazało, miała pod sceną naprawdę oddany fanbase. Na tyle oddany, że publiczność zaczęła domagać się polskiego openingu Pokémonów. Sama zainteresowana ponoć początkowo się wzbraniała, a wcześniej usłyszała nawet, że Mystic Festival niekoniecznie jest miejscem na tego typu repertuar. Problem w tym, że organizator może mieć swoje zdanie, artysta może mieć swoje zdanie, ale kiedy na scenie The Void zbiera się ponad setka osób, które później chórem śpiewają razem z nią „Czy już wszystkie masz? Musimy ocalić świat”, sytuacja zaczyna żyć własnym życiem.

I bardzo dobrze. W końcu festiwale są dla ludzi, a nie dla regulaminów.

Megadeth również zaliczyłem.

Choć uczciwie mówiąc bardziej traktowałem ten koncert jako przystanek w drodze do Tides From Nebula niż główny punkt programu.

I pewnie część ludzi właśnie złapała się za głowę.

Trudno.

Tides From Nebula wygrali ten pojedynek bez większej walki.

Dzień drugi

Drugiego dnia, poza deszczem, zacząłem już walczyć z własną introwertyczną głową.

To jest ten moment festiwalu, kiedy organizm zaczyna wystawiać rachunek za poprzednie dni. Jeszcze nie jest źle, ale człowiek coraz częściej łapie się na tym, że zamiast sprawdzać kolejne zespoły, szuka najbliższego miejsca, gdzie można przez chwilę posiedzieć w ciszy.

Dlatego plan dnia skompresowałem do minimum.

Najważniejszy punkt programu był tylko jeden.

Death To All.

Wiadomo, zdania o takich projektach są podzielone. Jedni mówią o pielęgnowaniu dziedzictwa i oddawaniu hołdu. Inni widzą w tym przede wszystkim biznes oparty na nostalgii.

Ja już dawno przestałem wierzyć w idealny świat, w którym artyści tworzą wyłącznie dla idei. Ludzie chcą zarabiać na swojej pracy. I nie widzę w tym nic złego.

Pytanie brzmi raczej, czy wartość emocjonalna takiego przedsięwzięcia jest w stanie obronić jego istnienie.

W przypadku Death To All odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak.

Rok temu oglądałem tribute dla Bathory. W tym roku przyszła kolej na Death. I choć formalnie jest to projekt hołdowniczy, to jednak mówimy o muzykach, którzy faktycznie współpracowali z Chuckiem Schuldinerem. Dla mnie to najbliższe oryginałowi, co kiedykolwiek będzie można jeszcze zobaczyć na żywo.

Bo Chuck nie żyje od 2001 roku. I tego już nic nie zmieni.

Dlatego zamiast roztrząsać moralną stronę takich projektów, po prostu cieszyłem się muzyką.

Zwłaszcza że koncert był znakomity.

Początkowo zapowiadano materiał skupiony głównie wokół Spiritual Healing i Symbolic, ale pojawiły się również inne utwory. Na szczęście.

Bo kiedy pod koniec zabrzmiał „Spirit Crusher”, przez chwilę naprawdę zapomniałem o deszczu, zmęczeniu i całej reszcie festiwalowej logistyki.

Takie momenty są zresztą jednym z powodów, dla których ludzie wracają na koncerty.

Nagle okazuje się, że utwór, którego słuchałeś setki razy w domu, samochodzie albo słuchawkach podczas spaceru, materializuje się kilka metrów przed tobą.

I nagle wszystko ma sens.

Po Death To All dzień właściwie był już wygrany.

Reszta była dodatkiem.

Trochę DOWN (tak ten z Philiem Anselmo). Trochę Rotting Christ. Trochę Electric Wizard.

Każdy z tych zespołów zrobił dokładnie to, czego można było od nich oczekiwać.

DOWN byli DOWN. Rotting Christ byli Rotting Christ. Electric Wizard byli Electric Wizard.

Czasem to największy komplement, jaki można wystawić zespołowi.

Mimo że żaden z tych zespołów nie należy do mojej pierwszej festiwalowej potrzeby, to właśnie takie momenty sprawiają, że człowiek zapamiętuje koncert na długo. Szczególnie końcówkę występu DOWN, kiedy na scenie zaczęli pojawiać się muzycy z innych zaprzyjaźnionych zespołów. Wcześniej takie rzeczy widziałem głównie na płaskim ekranie monitora albo telewizora. Na żywo wyglądało to zupełnie inaczej. Było w tym coś bardzo autentycznego – takie metalowe „friendship is magic”, które nie sprawiało wrażenia wyreżyserowanego pod publiczkę. I co najważniejsze, naprawdę dało się to poczuć nawet w środku tego deszczowego dnia.

A ja drugiego dnia Mystica nie potrzebowałem już wielkich odkryć.

Potrzebowałem kilku dobrych koncertów, odrobiny deszczu mniej i trochę energii na przetrwanie kolejnej doby.

Z tym ostatnim było już coraz trudniej.

Dzień trzeci

Ostatni dzień zacząłem od Hostii.

I tutaj nic się nie zmienia.

To wciąż jeden z najlepszych pastiszowych zespołów na polskiej scenie. W ciągu ostatniego roku widziałem ich chyba trzy razy i nadal mi się nie znudzili. To jest ten rzadki przypadek, kiedy żart nie zabija jakości muzyki, a muzyka nie zabija żartu.

Powiedzmy sobie wprost. Prawdziwi dżentelmeni. A na czele wszystkiego stoi nie byle jaki wodzirej, który doskonale wie, jak utrzymać uwagę publiczności.

Przy muzyce Hostii nie da się chyba zachować całkowitej powagi. Człowiek prędzej czy później zaczyna tupać nogą i dobrze się bawić.

Potem przyszło pierwsze rozczarowanie dnia.

A właściwie nie tyle rozczarowanie, co pogodzenie się z rzeczywistością.

W pierwotnym planie znajdował się Static-X.

Tak. Nu metal. I nie zamierzam się z tego tłumaczyć. Bardzo chciałem ich zobaczyć.

Tyle że o zamianie Static-X na Turbo było wiadomo już od dawna, więc nie było tutaj miejsca na żadne zaskoczenie ani festiwalowy dramat. Po prostu od momentu ogłoszenia zmian wiedziałem, że zamiast jednego zespołu dostanę kolejny koncert Turbo.

I tutaj dochodzimy do momentu, w którym łatwiej byłoby chyba stworzyć listę imprez w Polsce, na których Turbo jeszcze nie grało.

Nie zrozumcie mnie źle.

To nie jest zły zespół.

Problem polega na tym, że widziałem go już tyle razy, że kolejny koncert przestał być wydarzeniem, a zaczął przypominać obowiązkowy element krajobrazu.

Z drugiej strony było w tym coś ciekawego. Stojąc gdzieś z boku, słyszałem rozmowę kilku osób, w której ktoś tłumaczył zagranicznym uczestnikom festiwalu, dlaczego Turbo jest w Polsce tak ważnym zespołem. Nie chodziło nawet o samą muzykę, ale o znaczenie kulturowe. O to, że był to jeden z tych zespołów, które dawno temu wyszły poza metalową bańkę i stworzył utwór znany ludziom, którzy na co dzień metalu w ogóle nie słuchają. W pewnym momencie padło nawet określenie, że stworzyli hymn całego pokolenia. I choć sam kolejnego koncertu Turbo specjalnie nie potrzebowałem, to słuchając tej rozmowy przypomniałem sobie, że czasem łatwo zapomnieć, jak wielkie znaczenie mają zespoły, które przez lata stały się stałym elementem naszego muzycznego krajobrazu.

Na szczęście miałem znacznie ważniejszy cel.

Harakiri For The Sky.

Absolutny punkt obowiązkowy.

Jeden z tych koncertów, dla których człowiek układa sobie cały dzień.

Dlatego zameldowałem się w B90 dobre pół godziny przed występem i zająłem miejsce tuż przed stanowiskiem akustyków. Rzeczywistość festiwalowa nauczyła mnie jednego – jeżeli naprawdę zależy ci na jakimś koncercie, nie licz na szczęście.

Przy okazji musiałem podjąć kilka bolesnych decyzji.

Przepadł SCOUR, czyli Phil Anselmo bawiący się w black metal.

Przepadł też Youth Code, który wydawał się całkiem interesującą opcją.

Ale rachunek był prosty.

Harakiri albo śmierć.

Tak, wiem. Słaba gra słów. Nie żałuję.

Dostałem dokładnie to, czego oczekiwałem. Bez wielkiej pompy. Bez przesadnego spektaklu. Bez desperackiej walki o uwagę publiczności. Po prostu muzyka. I właśnie dlatego ten koncert działał.

W czasach, kiedy coraz więcej zespołów próbuje być marką, produktem, doświadczeniem multimedialnym albo internetowym fenomenem, Harakiri For The Sky wyszli na scenę i skupili się na najważniejszym.

Na graniu. Było w tym coś bardzo intymnego.

Coś, co sprawiało, że nawet stojąc pośród setek ludzi, człowiek miał wrażenie uczestniczenia w czymś osobistym.

Potem przyszedł Mastodon.

I tutaj spotkało mnie jedno z największych zaskoczeń całego festiwalu. Nigdy nie należałem do fanatyków tego zespołu. Lubiłem, szanuję, słuchałem, ale nie spodziewałem się, że ich koncert zrobi na mnie aż takie wrażenie.

Tymczasem od pierwszych minut było jasne, że trafili idealnie z formą. Ogromna energia. Świetne wykonanie. Pełna kontrola nad publicznością. To był jeden z tych koncertów, podczas których człowiek co kilka minut przypomina sobie, dlaczego dany zespół osiągnął status światowej klasy.

Jeżeli miałbym wskazać największe pozytywne zaskoczenie całego Mystica, Mastodon byłby bardzo wysoko na tej liście.

Ostatnim koncertem, na który dotarłem, był Septicflesh.

I tutaj organizm powiedział dość. Nie dlatego, że zespół zawiódł. Po prostu po czterech dniach festiwalu mój mózg przypominał już przegrzany procesor. Każdy kolejny dźwięk, każdy kolejny tłum ludzi i każda kolejna scena wymagały coraz większego wysiłku.

Wytrzymałem chwilę. Posłuchałem. I odpuściłem. To był moment, w którym bardziej niż kolejnego koncertu potrzebowałem własnych czterech ścian. Mojej strefy komfortu. I własnej ciszy.

Kiedy wróciłem do domu, przez niemal tydzień funkcjonowałem w trybie regeneracji.

Żadnych ludzi. Żadnych większych wyjść. Żadnych dodatkowych atrakcji. Po prostu powolne odzyskiwanie zdolności do kontaktu ze światem.

Po dłuższej chwili ze Septicflesh i w trakcie powrotu do wynajętego pokoju dotarło do mnie, że dla mnie kolejny Mystic dobiegł końca.

Jak zwykle zostawił po sobie trochę świetnych wspomnień. Kilka rozczarowań. Parę nowych odkryć. Kilka nowych płyt do sprawdzenia. I zdecydowanie zbyt mało energii życiowej.

I tak, wiem, że w tym miejscu ktoś może zadać całkiem zasadne pytanie:

„To dlaczego pojechałeś na Mystic, a odpuściłeś Behemotha? Moor, jesteś pozerem?”

Nie.

Po prostu Behemoth nigdy specjalnie mi nie siedział.

Szanuję ich pozycję. Szanuję to, co osiągnęli. Szanuję fakt, że dla wielu ludzi był to prawdopodobnie jeden z najważniejszych koncertów całego festiwalu.

Ale dla mnie?

Nigdy nie był to zespół, dla którego kupowałbym bilet.

A po The Satanist każda kolejna płyta i każdy kolejny występ Nergala w social media zaczęły działać na mnie jak ten jeden znajomy, który opowiada ci ten sam dowcip po raz setny i nadal oczekuje takiej samej reakcji jak za pierwszym razem.

Na początku było zabawnie. Potem było przewidywalnie. A w końcu człowiek tylko kiwa głową i czeka, aż skończy. Może to kwestia wieku. Może przesytu. A może po prostu wolę zespoły, które próbują przekonać mnie muzyką, a nie kampanią marketingową i gadką o psich chrupkach w kształcie krzyży.

Zespół jest w swoim prime, więc jeśli będę miał trochę pecha, nasze drogi pewnie jeszcze nieraz się skrzyżują. I szczerze mówiąc ani przez chwilę nie miałem poczucia, że coś straciłem.

Poza koncertami

Muzycznie tak właśnie wyglądał mój Mystic 2026.

Poza samymi koncertami udało mi się też zrobić coś, czego nie udało mi się zrobić podczas poprzednich edycji.

Kupić merch bez tracenia przy tym połowy dnia.

Tym razem zakupy ogarnąłem od razu przy odbiorze opaski. Bez stania w gigantycznej kolejce. Bez obserwowania człowieka, który od dwudziestu minut próbuje zdecydować, czy chce czarną koszulkę z białym nadrukiem, czy białą koszulkę z czarnym nadrukiem.

I bez tych obowiązkowych telefonów.

– Ej, jestem już przy kasie. Nie ma tej koszulki, którą chciałeś.
– Jak to nie ma?
– No nie ma. Jest tylko czarna.
– Poczekaj, wyślę ci zdjęcie.

Pięć minut później.

– Dobra, a ten drugi wzór jest?
– Który?
– No ten drugi.
– To też ci wyślę zdjęcie.

Kolejne trzy minuty.

– A może jednak bluzę?

Za każdym razem to samo.

No dobra. Oni też próbują optymalizować swój pobyt na festiwalu.

I dlaczego prawo Murphy’ego sprawia, że akurat wtedy kolejka obok porusza się trzy razy szybciej?

Trochę szkoda, że w tym roku zabrakło Fundacji Otwarte Klatki. Co roku coś u nich kupowałem. Co prawda i tak regularnie wspieram ich działalność, bo co miesiąc wysyłam im trochę pieniędzy, ale zawsze fajnie było dorzucić kilka dodatkowych złotówek przy okazji festiwalu i wrócić do domu z jakimś drobiazgiem ze stoiska.

Za to tradycyjnie odwiedziłem stoisko Old Temple.

I tutaj nie zmienia się absolutnie nic. To jest jedno z tych miejsc, do których człowiek przychodzi bez planu i bez konkretnego celu. A potem wychodzi z garścią płyt.

Właściciel Old Temple ma wyjątkowy talent do polecania rzeczy, o których wcześniej nie miałeś pojęcia. I właśnie dlatego zawsze tam zaglądam. To jeden z niewielu sposobów, żeby wyrwać się z bańki tworzonej przez algorytmy, które nieustannie próbują podsuwać kolejne wariacje tego samego. Najlepsze jest to, że te przypadkowe zakupy bardzo często stają się później moimi ulubionymi płytami na kolejne miesiące.

Zresztą jak myślicie, czego słucham teraz podczas pisania tego tekstu? Żadnego zaskoczenia. Płyt, które kupiłem właśnie na stoisku Old Temple.

Za każdym razem wygląda to tak samo: przychodzę bez konkretnego planu, a wychodzę z torbą pełną kaset i płyt wypełnionych brudnym, piwnicznym, surowym i często zwyczajnie paskudnym metalem. Czyli dokładnie tym, po co tam przyszedłem.

Jeżeli kiedyś spotkacie ich stoisko na jakimkolwiek festiwalu, polecam poświęcić chwilę na rozmowę.

To jeden z tych ludzi, którzy naprawdę słuchają muzyki, a nie tylko handlują płytami.

Od zeszłego roku na Mysticu pojawiła się też jeszcze jedna atrakcja, która okazała się zaskakująco przyjemnym sposobem na odpoczynek między koncertami.

Wrestling.

Tak, te przerysowane amerykańskie zapasy, gdzie część ciosów wygląda jak wyjątkowo bezczelna aktorska gierka połączona z akrobatyką, a część manewrów to są autentycznie bolesne ciosy nawet dla widza stojącego kilka metrów od ringu.

Można oczywiście godzinami spierać się o to, że to głupie. Że udawane. Że wynik jest ustalony.

Tylko że to trochę nie ma znaczenia.

Bo kiedy wokół ringu zbierał się tłum, ludzie naprawdę kibicowali. Naprawdę krzyczeli. Naprawdę cieszyli się ze zwycięstw swoich faworytów i wygwizdywali tych, których mieli wygwizdać.

Emocje były całkowicie prawdziwe, nawet jeśli część ciosów niekoniecznie.

A skoro działało na publiczność i wywoływało autentyczną euforię, to znaczy, że działało dokładnie tak, jak powinno.

Organizacyjna paranoja

A na co mógłbym ponarzekać?

Szczerze?

Niewiele.

Dla organizatorów to nie było pierwsze rodeo i było to widać.

Co roku próbują coś zmienić, poprawić i zoptymalizować. Przestrzeń festiwalu nie jest traktowana jak coś skończonego, tylko jak projekt, który nieustannie ewoluuje z edycji na edycję. I tutaj należy im się naprawdę duży ukłon, bo niewiele festiwali przykłada aż taką wagę do dostępności dla osób z niepełnosprawnościami. Platformy dla osób poruszających się na wózkach, ciągłe dostosowywanie infrastruktury – to są rzeczy, których większość uczestników nawet nie zauważa, dopóki sama nie będzie ich potrzebować. Przez większość czasu wszystko działało dokładnie tak, jak powinno.

Dobra, czas teraz na moje osobiste żale i doświadczenia:

Problem polega na tym, że przez kilka lat pomagałem przy organizacji imprezy tysiąc razy mniejszej od Mystica i zostało mi po tym pewne skrzywienie.

Nauczyłem się zwracać uwagę na rzeczy, których większość ludzi nigdy nie zauważy.

Na te wszystkie elementy, które przez 99,9 procent czasu nie mają żadnego znaczenia, ale przy odrobinie pecha mogą skończyć się czyjąś kontuzją.

Kiedyś budowaliśmy prowizoryczny parkiet do średniowiecznych tańców. Kilka płyt, trochę kantówek, trochę improwizacji i człowiekowi wydaje się, że wszystko jest w porządku.

Potem jedna dziewczyna skręciła kostkę. Nie wiem, czy to była nasza wina – Pewności nie mam.

Ale od tamtej pory mój mózg automatycznie analizuje każdą imprezę pod kątem rzeczy, które potencjalnie mogą pójść źle.

Dlatego podczas Mystica łapałem się na tym, że obserwuję ciągi komunikacyjne, miejsca tworzenia się tłoku, wystające elementy konstrukcji czy błoto po deszczu.

I jasne. Ktoś wcześniej sprawdził dokumentację. Ktoś odebrał teren. Ktoś podpisał wszystkie papiery.

Ale wiem, że czasem takie eventy mogą się trzymać tylko na taśmie klejącej, trytytkach i słowie honoru organizatora, albo podwykonawcy.

Ale ten rodzaj organizacyjnej paranoi już chyba zostanie ze mną na zawsze.

Mógłbym więc zrobić listę rzeczy, które według mnie można było poprawić.

Tylko że nie miałoby to większego sensu. Pożegnaliśmy się ze Stocznią. W przyszłym roku Mystic przenosi się pod Polsat Arenę i wiele problemów związanych z dotychczasowym terenem po prostu przestanie istnieć.

Jeżeli miałbym wskazać jedną rzecz, którą faktycznie warto poprawić, byłaby to strona i aplikacja.

Kilka razy serwery wyraźnie nie wyrabiały. Powiadomienia działały wybiórczo. Marduk się spóźniał, informacja pojawiła się na stronie, ale nie wszyscy dostali powiadomienie.

Zmiany w harmonogramie? Podobnie. Niby były. Niby dało się je znaleźć. Ale trzeba było jeszcze wiedzieć, że należy ich szukać.

Przy festiwalu tej wielkości komunikacja jest równie ważna jak sam lineup.

Zwłaszcza kiedy człowiek przez cztery dni biega pomiędzy kilkoma scenami i próbuje nie przegapić tego jednego koncertu, dla którego przyjechał przez pół Polski.

I znowu to samo

No i tak to wygląda. Cztery dni koncertów, kilkadziesiąt zespołów. Kilka nowych odkryć, parę rozczarowań. Trochę zakupów. Trochę deszczu.

Zdecydowanie za dużo ludzi. I zdecydowanie za mało energii życiowej po wszystkim.

Jak co roku wróciłem do domu zmęczony. Jak co roku przez kilka dni unikałem ludzi. Jak co roku mówiłem sobie, że może już wystarczy.

A potem przypomniałem sobie: Discharmonic Orchestra, Death To All, Harakiri For The Sky, Mastodon.

Wszystkie te zespoły, których pewnie nigdy nie zobaczyłbym w ciągu jednego tygodnia w żadnych innych okolicznościach.

I przypomniałem sobie, dlaczego mimo wszystko wracam. Bo Mystic nadal działa dla mnie jak supermarket. Idę po kilka konkretnych rzeczy. Wracam z pełnym koszykiem rzeczy, których w ogóle nie planowałem. A potem przez kolejnych dwanaście miesięcy zastanawiam się, co znajdzie się na półkach następnym razem.

Ja już nie muszę się zastanawiać. Bilet na MF’27 kupiłem zaraz po rozpoczęciu sprzedaży.

Podziel się swoją opinią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *