Nie oglądałem żadnego zwiastuna. Specjalnie. Nie oglądałem też żadnej recenzji.
Złe opinie o filmie to raczej rzeczy, które usłyszałem od znajomych, gdzieś między jednym narzekaniem a drugim. Wczoraj znajoma od sesji D&D mi odradzała pójście do kina. Ale i tak to zrobiłem. Nie dlatego bo nie posłuchałem tylko dlatego, że bilet już był kupiony.
Myślę więc, że zaczynając pisać ten tekst, siadam do niego na czysto, bez zanieczyszczeń pochodzących spoza mojej piwnicy.
Recenzje obejrzę dopiero po publikacji. Nie chcę przecież przypadkiem odkryć, że mniej lub bardziej świadomie zacząłem śpiewać w wielkim chórze oburzonych pod cudzą batutą.
Tak, byłem na najnowszym filmie Christophera Nolana. Na tej słynnej „Odysei”, o której krążyły raczej kiepskie opinie.
Wyszedłem z kina. Obejrzałem. Przetrawiłem. Poukładałem sobie w głowie to, co zobaczyłem.
Chciałbym napisać, że każdy, kto uważa ten film za słaby, jest organizmem intelektualnie zbliżonym do ameby. Niestety nie mogę. Prawda, jak zwykle, okazała się bardziej skomplikowana niż moje marzenia.
Dlatego dorzucę trochę spoilerów i spróbuję opowiedzieć, co w tym filmie zadziałało, co kompletnie mnie nie przekonało, a co prawdopodobnie zrozumiałem dopiero wtedy, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe.
Homer, którego oczywiście czytałem
Najpierw ustalmy jedną rzecz. Tak, była inkluzywna checklista do odhaczenia. Tak, Helena była czarna. Kilka innych postaci również, chociaż nie mam pojęcia, kim dokładnie były i jaką funkcję pełniły w materiale źródłowym.
I postawmy sprawę jasno: aby połechtać własne ego, mogę zgodnie z prawdą napisać, że czytałem Homera w oryginale. Czyli po starogrecku.
Heksametrem. Daktyle, spondeje, rytmika i inne takie sprawy.
A teraz czas na prawdę.
Nie czytałem „Odysei”, tylko „Iliadę”. Dokładniej jej pierwsze trzy albo cztery wersy. Było to na studiach, podczas zajęć z historii starożytnej. Niczego z nich nie zrozumiałem, ale achievement unlocked. Mogę się pochwalić.
Poza tym moja znajomość Homera jest mniej więcej taka jak u większości widzów: pamiętam coś ze szkoły i tyle. Do kina poszedłem więc z podobnym poziomem znajomości materiału źródłowego jak reszta sali. Bez tabliczki z tekstem greckim, bez komentarza filologicznego i bez zamiaru wszczynania awantury o to, czy dany potwór miał odpowiednią liczbę macek.
Pamiętałem jednak, że Odyseusz był przedstawiany jako człowiek sprytny, podstępny, brawurowy i obdarzony ponadprzeciętnym talentem do wyciągania ludzi z problemów, w które najczęściej sam ich wcześniej wpakował.
Więc tak:
Mamo? Możemy mieć Odyseusza w domu?
Przecież mamy Odyseusza w domu.
Tymczasem nasz Odyseusz w domu to Matt Damon.
Podczas scen walki zachowuje się jak Jason Bourne. W pozostałych scenach zachowuje się jak Matt Damon. Rewelacji na początku nie było.
Co gorsza, przez cały film jak bumerang wracają wypowiedzi innych bohaterów, którzy uporczywie przekonują nas, że Odyseusz jest najmądrzejszym, najbardziej przebiegłym i najbardziej cwanym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkali.
Szkoda tylko, że kiedy oglądamy go na ekranie, przez większość czasu nie możemy tego doświadczyć.
Mamy Matta Damona. Tyle. Możemy się rozejść.
Cyklop piękny, scena głupia
Pierwszy poważny zgrzyt pojawił się wraz z cyklopem.
Jego wygląd, design, koncept wizualny czy jak kto woli to nazywać, był obłędny. Nie przypominał dostojnych wyobrażeń z antycznych posągów ani napompowanych sterydami potworów z generycznego fantasy. Był powykręcany, paskudny i zdeformowany. Oko oraz nos układały się w taki sposób, że powieki zamykały się niemal pionowo.
Ktoś, kto wymyślił ten projekt, zasługuje na oklaski.
Niestety na tym kończą się zalety tej sekwencji.
Reszta wygląda jak bezmyślne odhaczanie obowiązkowego punktu programu: jesteśmy w „Odysei”, więc musi być cyklop. Z tego, co pamiętam ze szkoły, był on trochę bardziej wygadany i stanowił dla Odyseusza przeciwnika nie tylko fizycznego. Tutaj mamy natomiast tango zwrotów akcji, po którym nie wiedziałem już, jaki film oglądam.
Cyklop odkrywa hałaśliwych intruzów we własnej jaskini, urywa dwóm głowy, zjada ich, po czym idzie spać. I tak przez dwa albo trzy dni.
Nie klei mi się to w głowie.
Zabiłem dwóch intruzów, resztę mam gdzieś, dobranoc.
Nie kupuję też wyjaśnienia, że greccy żołnierze między sobą tłumaczyli to, że byli dla niego jak mrówki. Cyklop hodował owce, więc intruz większy od owcy powinien być dla niego trochę bardziej zauważalnym problemem niż insekt spacerujący po podłodze. Chyba że czegoś nie zrozumiałem. Jest to możliwe. Nolanowi zdarza się przecież kręcić filmy, do których powinien dodawać instrukcję jak do mebla z Ikea.
Mam nadzieję, że udało mi się wylać frustrację związaną z tą sceną. Jeśli nie, mogę spróbować jeszcze raz… Jednak nie bo późnej pojawili się:
RoboCopowie znikąd
Później bohaterowie trafiają na kolejną wyspę. Bez całkowitego kontekstu spotykają tam dzieciaka, który zaczyna krzyczeć. Po chwili wpada grupa jego starszych braci mających po dwa i pół metra wzrostu i zaczyna dziesiątkować załogę Odyseusza.
Każdy z nich wygląda przy tym trochę tak, jakby projektant zobaczył RoboCopa, ale zapamiętał go wyłącznie jako wielką, kanciastą szafę na nogach.
I serio: nie mam pojęcia, kim oni byli ani czemu właściwie miała służyć ta scena.
Nikt mi nie wyjaśnił, co się wydarzyło. Wielcy RoboCopowie przyszli, wielcy RoboCopowie mordowali tak długo, że grecy uciekli. Być może dla osób znających poemat było to czytelne. Dla mnie wyglądało jak losowe spotkanie z gry RPG, którego twórcy nie zdążyli dopisać do głównego wątku.
Ale dobra nie jest aż tak źle. Film przynajmniej wielokrotnie tłumaczy, dlaczego Odyseusz i jego załoga tłuką się od wyspy do wyspy. Powód jest dobry, przyziemny i prozaiczny: głód oraz konieczność zdobywania zapasów na dalszą podróż do Itaki.
Na początku widzimy nawet, że Odyseusz i jego ludzie zmieniają się w zwykłych bandytów. Nie przybywają jako szlachetni bohaterowie wracający z wielkiej wojny. Wpadają do cudzych domów, podpalają je, zabierają żywność i próbują przeżyć cudzym kosztem.
I właśnie w przedstawieniu tej tułaczki muszę przed Nolanem uchylić kapelusza.
Kolejny dzień, kolejna wyspa. Bunt wisi w powietrzu. Załoga przybija do brzegu, a podwładni każą Odyseuszowi pilnować łodzi. Ten pokornie zostaje, żeby nie eskalować konfliktu. Niby drobiazg, ale dobrze pokazuje problem przywództwa: dowódca formalnie nadal dowodzi, lecz jego autorytet zaczyna przypominać dziurawy żagiel.
Wygłodniali Grecy trafiają do domu samotnej kobiety. Po wcześniejszych scenach nad spotkaniem unosi się groźba przemocy seksualnej, ale głód okazuje się silniejszy, zwłaszcza że gospodyni postanawia ich nakarmić.
Tyle że ona również nie ma wobec przybyszów dobrych zamiarów.
I wtedy zaczyna się najlepsza scena filmu.
Ludzie, którzy już nie jedzą, tylko żrą
Kobieta podaje Grekom jedzenie. Ci rzucają się na nie zachłannie. Jedzą coraz szybciej. Nie mogą przestać. A potem okazuje się, że gospodyni jest wiedźmą i w niezwykle brutalny sposób wykręca ich twarze, deformuje ciała oraz zamienia ludzi w świnie.
Najważniejsza jest jednak gra aktorów.
Ich ciała już nie jedzą. Ich ciała żrą.
Ręce same sięgają do misek. Szczęki pracują. Kolejne porcje znikają w ustach, chociaż bohaterowie doskonale wiedzą, że dzieje się coś potwornego. Nie są już w stanie zapanować nad własnymi kończynami ani powstrzymać odruchu pochłaniania wszystkiego, co znajduje się przed nimi.
Jednocześnie ich oczy mówią coś zupełnie innego.
Widać w nich strach. Panikę. Świadomość, że stracili kontrolę nad własnym ciałem. Chcą się zatrzymać, odsunąć od stołu, uciec, ale organizm przestał ich słuchać.
Oczy, podobno zwierciadło duszy, są przerażone. Ciało tymczasem dalej żre. W oczach jednych jest strach u innych błaganie o litość.
I właśnie ten rozdźwięk sprzedają aktorzy znakomicie. Nie potrzebują monologu ani półgodzinnego wykładu o ludzkiej naturze. Wystarczy sposób, w jaki poruszają rękami, pracują szczękami i patrzą na to, co dzieje się z nimi oraz ich towarzyszami.
To scena obrzydliwa, brutalna i bardzo czytelna. Ludzie z głodu tracą kontrolę, zachowują się jak zwierzęta, a chwilę później dosłownie zostają w nie przemienieni.
Dla mnie była to najlepsza scena całego filmu.
Później pojawia się Odyseusz. Łączy fakty, rozumie, co się wydarzyło, i ratuje swoją ekipę. Dostajemy również dialog między nim a wiedźmą, który tłumaczy jej motywacje. Jej argumentacja jest sensowna, ma ręce i nogi. Można ją kupić i zaakceptować, uzupełnić sobie jakieś backstory.
Plusik.
Niestety znaczna część dalszej podróży była dla mnie zagmatwaną średniawką, której nie potrafiłem zapamiętać albo zrozumieć. Możliwości są dwie: albo faktycznie była średnia, albo jestem za głupi, żeby pojąć, co zobaczyłem.
Obie wersje wydają się prawdopodobne.
„Twój ojciec był sprytny”, czyli lekcja szermierki
Przez większość filmu wszyscy wokół skandują, że Odyseusz jest mądry, przebiegły i wyjątkowy. Problem polega na tym, że ekran bardzo rzadko to pokazuje.
Najbardziej żenującym przykładem jest scena nauki szermierki Telemacha, syna Odyseusza. Stary, ślepy mędrzec wspomina młodemu, jak genialny był jego ojciec. Kolejny raz pada kolejna kwestia w stylu: „Twój ojciec był mądry i sprytny”.
I nagle Telemach zaczyna lepiej walczyć. Po tej jednej informacji pokonuje sparingpartnera.
Szkoda, że w dalszej części filmu na nic to się nie przydało.
Nauka walki mieczem w pierwszym „Gothicu”, tym niezremasterowanym, miała więcej sensu. Tam przynajmniej ktoś tłumaczył Bezimiennemu, jak ma trzymać broń, zamiast opowiadać, że Bezi Senior był zajebisty.
A jednak właśnie tutaj pojawia się pytanie: skoro film tak nachalnie przekonuje mnie o mądrości Odyseusza, to czy w ogóle ją pokazuje?
Moim zdaniem tak. Tylko nie tam, gdzie każe nam jej szukać.
Odyseusz jako korporacyjny menedżer
Mądrość Odyseusza nie polega na posiadaniu przepastnej wiedzy o wszystkim ani znajomości greckiego odpowiednika Sun Tzu.
Tak, wiem, że nie istniał grecki odpowiednik Sun Tzu. To żart. Ok?
Jego mądrość nie sprowadza się również do tego, że ktoś co pięć minut mówi: „Odyseuszu, ale ich zrobiłeś na szaro”.
Najważniejszą cechą bohatera jest zdolność do autorefleksji. Odyseusz rozumie konsekwencje własnych decyzji, nawet jeśli nie potrafi ich uniknąć.
Najlepiej pokazuje to scena przeprawy w pobliżu morskich potworów. Statek zbliża się do wiru, załoga gwałtownie odbija i wpływa między skały. Tam również nie jest bezpiecznie, bo mackowata bestia rodem ze „Snu żony rybaka” zaczyna porywać ludzi z pokładu.
Dochodzi do kłótni. Odyseusz przyznaje wprost, że wiedział, jak to się skończy. Miał świadomość, że część załogi zginie. Być może liczył się nawet z własną śmiercią. Musiał jednak wybrać, ponieważ druga droga mogła zakończyć się zagładą wszystkich.
Brzmi to trochę jak korporacyjny menedżer, który zwalnia kilka osób, żeby firma mogła płynąć dalej. Różnica polega na tym, że Odyseusz nie zasłania się restrukturyzacją, optymalizacją procesów i trudną sytuacją rynkową. Bierze na siebie ciężar decyzji.
Nie jest mądry dlatego, że zawsze wybiera dobrze. Jest mądry, ponieważ rozumie, ile kosztują jego wybory.
I to, moim zdaniem, jest clue całego filmu.
We are the bad guys
Podobnie działa motyw konia trojańskiego, rozwijany przez znaczną część filmu.
Trojanie wciągają konia do miasta, ponieważ czują się zwycięzcami, kieruje nimi pycha albo uznają konstrukcję za dar dla bogów. Powód można wybrać sobie samemu. W nocy z konia wychodzą Grecy, otwierają bramy i zaczyna się łatwy szturm zakończony zniszczeniem miasta.
Tyle. Plan zadziałał.
Problem polega na tym, że w świecie przedstawionym Grecy i Trojanie funkcjonują w obrębie podobnego porządku religijnego oraz społecznego. Wierzą w tych samych bogów, uznają znaczenie honoru, gościnności i religijnego obowiązku.
Odyseusz jako jedyny zdaje się postrzegać zwycięstwo osiągnięte podstępem jako coś niehonorowego. Własną rolę w zniszczeniu miasta traktuje jak prywatną hańbę.
Nie chodzi jedynie o zastosowanie fortelu wojennego. Odyseusz wykorzystał przeciwko Trojanom ich wiarę i zasady, które Grecy przynajmniej częściowo sami podzielali.
Film pokazuje, że Odyseusz jako jeden z nielicznych potrafi spojrzeć na własne zwycięstwo i zrozumieć, że to właśnie oni byli w tej historii potworami. W tym doszukiwałbym się jego mądrości. Nie w sprycie potrzebnym do zbudowania konia, ale w zdolności dostrzeżenia moralnych konsekwencji sukcesu.
Tak to widzę.
Albo po prostu rozpaczliwie próbuję znaleźć argumenty na obronę złego filmu.
Atena z fochem
Jak bumerang powraca również motyw Ateny, greckiej bogini będącej uosobieniem mądrości. Problem polega na tym, że niewiele z niego wynika.
W Atenę wciela się Zendaya i nie widzę wielkiej różnicy między tą rolą a jej występem jako Chani w „Diunie”. Znowu mamy dziewczynę z fochem, która rzuca półzdaniami mającymi coś wyjaśnić, ale ostatecznie nie wyjaśniającymi prawie niczego.
Gdyby jej rozmowy wpływały na decyzje Odyseusza, mielibyśmy ciekawy motyw. Atena mogłaby być źródłem jego mądrości, nauczycielką, sumieniem albo przeciwniczką zmuszającą go do refleksji. Ich dialogi mogłyby pokazywać, jak Odyseusz dochodzi do kolejnych wniosków.
Nic takiego się jednak nie dzieje.
Zamiast tego dostajemy Zendayę patrzącą spode łba i wypowiadającą kwestie, które brzmią tak, jakby powinny mieć znaczenie. Być może je mają. Być może jestem za głupi, żeby zrozumieć to, co zobaczyłem.
Ten film wyjątkowo często zmuszał mnie do rozważania drugiej możliwości.
Jak kogoś boli casting na rolę Ateny to pod koniec jest całkiem eleganckie wyjaśnienie dlaczego Atena wygląda jak wygląda. Ale już nie dlaczego ma focha. Chyba że, foch pochodzi z pierwowzoru cielesnego a nie z głowy Zeusa (za bardzo wchodzę niuanse mitologii).
Muzyka była
Głównym tematem Gatekeepera jest muzyka, więc wypada napisać również o niej. Napiszę jednak niewiele.
Muzyka była.
Po prostu.
Moje osobiste preferencje są inne. Można powiedzieć, że istnieją dwie szkoły tworzenia soundtracków. Według pierwszej muzyka filmowa jest dobra wtedy, kiedy niemal jej nie słychać i kiedy dyskretnie pracuje pod obrazem. Druga stawia na wyraziste tematy, które można rozpoznać po kilku sekundach, jak w „Gwiezdnych wojnach” albo „Władcy Pierścieni”.
Należę do drugiej grupy.
Ścieżka dźwiękowa „Odysei” wywodzi się raczej z pierwszej szkoły. Jest rzemieślnicza i podporządkowana obrazowi. Narastającym natężeniem podkreśla momenty kulminacyjne, nieustannie buduje napięcie i tworzy poczucie przytłoczenia.
W filmie działa. Jako samodzielne dzieło ma dla mnie znacznie mniej sensu.
Zapamiętałem kilka przyjemnych fragmentów syntezatorowych, może nawet dobrze nagranego akordeonu i właściwie tyle.
Moim niedoścignionym wzorem takiego podejścia pozostaje soundtrack z „Obcego – ósmego pasażera Nostromo”, gdzie dźwięk, jego projekt oraz dyskretna muzyka stają się jednym z najważniejszych elementów narracji.
Tutaj muzyka spełnia swoje zadanie. Tylko nie mam potrzeby wracać do niej po seansie.
Spacer byłby tańszy
Nie wiem, jak jednoznacznie podsumować ten film, bo trudno przejść obok niego obojętnie.
Ze złośliwością mógłbym napisać, że przez pierwszą połowę seansu byłem przekonany, iż lepszym sposobem na spędzenie niedzieli byłby spacer. Pod koniec stwierdziłem jednak, że ta „Odyseja” wcale nie jest taka zła.
Jej najmocniejsze elementy nie zostają podane wprost. Film nie zawsze potrafi pokazać legendarny spryt Odyseusza, chociaż wszyscy bohaterowie nieustannie o nim opowiadają. Potrafi jednak pokazać coś ciekawszego: człowieka, który rozumie koszty własnych decyzji.
Odyseusz nie jest mądry dlatego, że zawsze wie, co zrobić. Nie jest również mądry dlatego, że stworzył konia trojańskiego i oszukał przeciwników. Jest mądry, ponieważ potrafi spojrzeć na własne zwycięstwa, zobaczyć pozostawione za nimi trupy i przyznać, że być może nie było w nich niczego bohaterskiego.
Szkoda, że film tak bardzo stara się powiedzieć nam o jego sprycie, zamiast częściej pokazywać jego świadomość.
Przeciętna ameba może więc nie dostrzec najmocniejszego waloru „Odysei”.
Ja dostrzegłem.
Chyba.
Ewentualnie jestem amebą, która po seansie wymyśliła sobie lepszy film od tego, który właśnie obejrzała.
Zdarza się.
Post mortem, czyli jednak jeszcze dwie rzeczy
Napisałem już ten tekst, zamknąłem go, przeczytałem i teoretycznie powinienem przestać przy nim grzebać.
Ale wpadły mi do głowy jeszcze dwie rzeczy, które chciałbym omówić. Nie chce mi się już rozwalać gotowego tekstu, przestawiać akapitów i udawać, że wszystko od początku było częścią jakiegoś misternego planu. Napiszę je więc tutaj, na czysto.
Tak będzie łatwiej.
Agamemnon, czyli co to właściwie ma być?

W projektowaniu gier komputerowych, szczególnie japońskich, zdarza się podejście polegające na stworzeniu postaci tak przerysowanej, żeby dobrze wyglądała nie tylko w samej grze, ale również na plakacie, figurce i cosplayu.
Przy „Metal Gear Solid V” Hideo Kojima właściwie nie ukrywał, że projektując postacie, myślał również o tym, czy ludzie będą chcieli się za nie przebierać. Najbardziej oczywistym przykładem jest Quiet, której strój bojowy oparto najwyraźniej na założeniu, że największym zagrożeniem dla snajpera jest przegrzanie organizmu. ( ͡° ͜ʖ ͡°)
W grze komputerowej jestem w stanie to zaakceptować. Gry lubią przerysowane projekty. Czasami postać ma wyglądać tak, żeby dało się ją rozpoznać przy dynamicznej akcji nastawionej na 60 FPS.
Tylko że „Odyseja” przez większość czasu próbuje być ciężka, brudna i możliwie wiarygodna. Ludzie są głodni, poranieni, spoceni i zmęczeni. Statki skrzypią. Morze zabija. Wojna nie przypomina eleganckiej przygody dla dobrze odżywionych herosów.
I wtedy na ekran wchodzi Agamemnon.
Cały jego koncept wygląda tak, jakby ktoś projektował nie króla Myken, tylko nową skórkę premium do gry sieciowej. Jest wielka zbroja, jest dziwny hełm z złotymi kręgami które nie wiadomo czemu mają służyć. Zamy go już z plakatów, jest sylwetka, której niewiele brakuje do kolejnego RoboCopa albo Iron Mana.
Co to właściwie miało być?
Agamemnon wygląda efektownie. Nie mam zamiaru udawać, że nie. Problem w tym, że wygląda również tak, jakby przyjechał na plan prosto z Pyrkonu, pomylił hale i zamiast na konkurs cosplayu trafił pod Troję.
Jego wygląd jest oderwany od reszty filmu. Cyklop może być zdeformowany, bo jest potworem. Wielcy ludzie z wyspy mogą przypominać RoboCopów, bo nadal nie wiem, kim byli ani co tam robili. Agamemnon jest jednak człowiekiem funkcjonującym w świecie, który poza nim próbuje wyglądać względnie przyziemnie.
Nie wiem, jak faktycznie kończył Agamemnon w „Odysei”. Jak już ustaliliśmy, moje kompetencje homeryckie obejmują trzy albo cztery wersy „Iliady” przeczytane na studiach (ale w oryginale).
Na ekranie jego historia kończy się jednak gorzko. Cały ten monumentalny wygląd, zbroja i hełm sugerują człowieka większego niż życie. Króla, dowódcę, niemal maszynę wojenną.
A potem okazuje się, że nawet najbardziej wypasiona zbroja nie chroni przed konsekwencjami własnych decyzji.
Podoba mi się ten koniec. Nie sprawia, że jego hełm zaczyna nagle wyglądać mniej absurdalnie, ale przynajmniej pod tym całym żelastwem znalazło się coś więcej niż projekt przyszłej figurki kolekcjonerskiej.
Helena, czyli nagroda, która również przegrała wojnę
Pomijając kontrowersje wokół castingu, sam sposób ujęcia Heleny w tej historii działa zaskakująco dobrze.
To przecież ona miała być zarzewiem całego konfliktu. Najpiękniejsza kobieta antyku. Powód wojny. Symbol, dla którego tysiące ludzi płyną pod Troję, mordują się przez dekadę i ostatecznie obracają całe miasto w ruinę.
A potem Helena wraca do domu z paskudnymi bliznami na twarzy.
Nie wygląda jak nagroda odebrana pokonanemu przeciwnikowi. Nie wygląda jak odzyskany skarb ani symbol wielkiego zwycięstwa Greków.
Wygląda jak jedna z wielu ofiar tej wojny.
I to jest bardzo dobry motyw, ponieważ jednym obrazem podważa cały sens konfliktu. Grecy odzyskali Helenę, ale nie odzyskali kobiety, po którą podobno wyruszyli. Wojna zdążyła ją naznaczyć tak samo jak żołnierzy, miasta i wszystkich ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się na jej drodze.
Najpiękniejsza kobieta antyku wraca z wojną wypisaną na twarzy.
Gorzki obraz. Prosty, ale skuteczny.
Można zdobyć Troję. Można spalić miasto, wymordować mieszkańców i ogłosić zwycięstwo. Można nawet odzyskać Helenę.
Tylko że po wszystkim nie ma już do czego wracać. Nie ma dawnej Troi, dawnych bohaterów ani dawnej Heleny.
Wszyscy coś stracili. Nawet ci, którzy formalnie wygrali.
Dobra, tym razem to naprawdę koniec.
